czwartek, 3 listopada 2016

Mega DENKO - 53 kosmetyki

Denko, w którym pojawia się aż 53 kosmetyków? To możliwe tylko u mnie ;) Dawno nie było u mnie żadnego denka, ale tych zużyć nie zbierałam od poprzedniego razu. To efekt ostatnich 2 - 3 miesięcy plus niedobitki, które z różnych przyczyn zostały zabunkrowane w mojej łazience ;)


poniedziałek, 31 października 2016

Moje TOP 3 od Nivea

Krem Nivea - klasyka klasyki, kto go nie zna? Zawsze w mojej kosmetyczce, a miniaturka gdzieś w torebce - bo po prostu warto, sprawdza się do rąk, na ciało i na twarz w awaryjnych sytuacjach. Do tego nabłyszcza buty zamiast pasty, schroni psie łapy przed pękaniem - dosłownie służy do wszystkiego!



środa, 12 października 2016

Dlaczego NIE lubię hybryd.... czyli o trudnej relacji love-hate

Mam wrażenie, że wszyscy oszaleli na punkcie hybryd, a producenci kuszą coraz to nowszymi kolorami i opcjami. Ja także jakieś dwa lata temu wpadłam w szał hybryd - o mój boże, ale ja sikałam po nogach na ich widok! A ile namawiałam mojego męża na taki prezent (całe 10 minut ;)), ile o nich czytałam i jak się podniecałam, bo u mnie przecież lakier nie trzyma się nigdy bez odprysków więcej niż jeden dzień.


poniedziałek, 4 lipca 2016

Tutti Frutti, balsam do mycia rąk - Happy Box

Jakiś czas temu pisałam o Happy Box of Farmony. Recenzję produktów postanowiłam zacząć od produkty, który towarzyszył mi najkrócej. Chodzi o balsam do mycia rąk Tutti Frutti o zapachu wiśniowo-porzeczkowym.



poniedziałek, 13 czerwca 2016

Pizda, pedał, bez jaj... czyli kiedy facet się maluje

Facet, który nakłada makijaż, jakbyś go nazwała? Pizda? Pedał w rurkach? Homo niewiadomo? A może makijażysta, aktor albo inny celebryta, który musi w TV czy na gali wyglądać idealnie? No właśnie... o tym, że męski makijaż istniał, istnieje i ma się bardzo dobrze mało kto pamięta, większość z nas zakłada, że tylko aktorki się malują, a faceci tego nie robią, a przecież im też się pudruje nosek ;)


czwartek, 2 czerwca 2016

Dwa paznokciowe buble - pisak do zdobień i lakier

Dzisiaj mam dla Was dla paznokciowe buble. Są to pisak do zdobień Nail Art Pen w kolorze białym od Allepaznokcie oraz lakier miniMAX od Eveline. Na pierwszy ogień opiszę pisak.


wtorek, 31 maja 2016

Antyperspirant nawet po depilacji - delikatny Antipersp T

Jeżeli jest coś, co mnie wkurza w używania antyperspirantów i dezodorantów to fakt, że większości lepiej nie nakładać na skórę zaraz po depilacji. A gdzie, jak gdzie, ale pod pachami depiluję się najczęściej. Dlatego zazwyczaj w dni, kiedy jestem w domu i wiem, że nie będę wiele robić, to rezygnowałam z takiej ochrony i wybierałam na przykład olej kokosowy, który nie szczypie, a dodatkowo pielęgnuje. Na szczęście są na świecie jeszcze dobrzy ludzie, który tworzą delikatne antyperspiranty.

poniedziałek, 23 maja 2016

Dlaczego nie lubię grubych ludzi?

Do napisania tego wpisu zainspirowało mnie kilka usłyszanych lub przeczytanych historii o osobach z nadwagą/grubych/o "mocnych kościach"/pulchnych (zwał jak zwał) - w 99% pojawia się zawsze jakieś usprawiedliwienie dotyczące zbyt dużej wagi, a to "ze względu na chorobę/leki", "mam predyspozycje do tycia" lub "mam rozwaloną przemianę materii"...

Tak jakby ktoś nie mógł po prostu być gruby. Ja jestem gruba. Wiecie dlaczego? Bo lubię wpierdalać i nie lubię ruszać dupy, ale chyba nie muszę się z tego każdemu tłumaczyć? A może każda gruba osoba powinna powody swojej nadwagi mieć wypisane na koszulce?

Generalnie nie lubię grubych osób. To nie jest kwestia tego jak ktoś wygląda, bo każdy może wyglądać jak chce. Ani kwestia tego, że lubię tylko osoby będące fit (sama taka nie jestem). Po prostu nie lubię osób, które głupio się tłumaczą i wynajdują sobie jakieś niesłychane i niestworzone wymówki na swoją wagę i nie tylko. To samo tyczy się wszystkiego innego, łącznie z wyglądem włosów  (mam brzydkie włosy, bo... ). Pomijam już przypadki, kiedy ktoś naprawdę choruje, bierze leki powodujące tycie czy naprawdę ma coś nie tak z metabolizmem  - ale to naprawdę niewielki procent osób! Reszta nawet się nie stara, za to mają przygotowany wachlarz usprawiedliwień.



"Jem mało i tyję"
Moja rada: przestań jeść w ogóle! Kalorie nie biorą się z powietrza, skoro jesz i nie chudniesz, to znaczy, że przyjmujesz więcej kalorii niż spalasz. Nie ma w tym żadnej magii. Ja też nie jem dużo, ba! Mój mąż je więcej ode mnie, a on jest szczupły, a ja gruba! To na pewno dlatego, że ja mam wolny, rozwalony metabolizm a jego przemiana materii zapierdziela jak bolid. A może to kwestia tego, że kiedy rozmawiamy ja zawsze siedzę, a on chodzi po pokoju jak dziecko z ADHD? A może kwestia tego, że ja do pierogów dołożę sobie dwie łyżki śmietany, a pół godziny po obiedzie zjem jeszcze kanapkę z serem, bo w sumie to bym coś przekąsiła? No właśnie... Kiedy ktoś gruby mówi, że je mało i nie może schudnąć, to zawsze mi się chce śmiać. Sama miałam taką wymówkę kilka lat temu, ale w końcu uświadomiłam sobie, że wcale nie jem tak mało. Z kolei moja szwagierka twierdzi, że je bardzo dużo, a waży mniej niż 50 kilogramów... Dlatego, że tak naprawdę to ona je dużo od okazji, a na co dzień skubie jedzenie jak wróbelek i nigdy nie dojada do końca. Ot cała tajemnica, która potwierdzona została też przez wiele badań - większość osób ma zbliżony do siebie metabolizm, tylko każdy inaczej widzi swój talerz.

"Nie mogę ćwiczyć, nie stać mnie na dietę, więc nie schudnę"
Chodakowska szturmem podbiła odtwarzacze DVD większości Polek i w sumie wyszło dobrze... ale też źle. Moja siostra napaliła się na Chodakowską jak szczerbaty na sucharki, ma dwie książki i jak patrzę na jej przepisy... to też nagle czuję się biedna, nie stać mnie na taką dietę. Ale w odchudzaniu nie chodzi o to, żeby jeść codziennie jarmuż z łososiem i orzeszkami piniowymi, a potem przegryźć to kawiorem. Chodzi o to, żeby wpieprzać mniej kalorii i możliwie jeść zdrowiej. Kebab kosztuje, powiększony zestaw w McDonaldzie też, a cola też za darmo w kranie nie leci. Chcesz schudnąć? To nie wpierdalaj czekolady, a za zaoszczędzone 2 zł kup kilogram buraków, wyjdzie Ci na zdrowie.

Do tego ćwiczenia - jasne są fajne, działają na różne partie ciała, spalają tłuszcz, ale można chudnąć i bez nich. Można, tylko zamiast instalowania na telefonie Endomondo i wybierania odpowiedniego stroju do biegania lub karnetu na siłownię, po prostu wyjdź z domu i przejdź (w szybkim tempie) kilka kilometrów, chociażby ubrana w dżinsy i szpilki. Lepszy taki wysiłek niż żaden. Po prostu na koniec dnia musisz spalić więcej niż wylądowało w Twoim żołądku.

"Skłonność do tycia?"
U mnie w rodzinie wszyscy są grubi, więc i ja mam skłonność do tycia! Tak, tak, jasne. Można mieć skłonność do odkładania się tłuszczu w brzuchu albo na biodrach. Za to skłonność do tycia siedzie w psychice. Dlaczego widać całe grube rodziny? Bo jedzą tłusto, niezdrowo, często, słodzą po 5 łyżeczek i nie uprawiają żadnych sportów. To całkiem normalne, że do pewnego wieku jesteśmy zależni od rodziców, a wpojone nawyki trudno porzucić. Nie zawsze muszą oznaczać one wpieprzanie fast foodów codziennie. Znam osoby, które są grube, a jedzą normalnie... ale każde rodzinne śniadanie ma po 1500 kcal na głowę, a po obiedzie obowiązkowo czekolada i słodkie ciasto. Ale to tylko geny...

Bonus - choroby a otyłość
Znam osobę, która w dorosłym wieku odkryła, że choruję na pewną chorobę, która może powodować otyłość. Bingo! Nagle rozmiar XXXL na ubraniach nabrał sensu. Operacja, leki, pacjent jest zdrowy, ale waga... nie spadała w dół. Po wielu latach badań, ciągłych wędrówek po lekarzach ta osoba usłyszała "Proszę po prostu jeść mniej" i tak to siadło tej osobie na ambicji, że w końcu schudła... I tak oto okazało się, że to nie choroba, a ciasteczka powodowały otyłość. Jasne - nie zawsze tak jest, ale kiedy zobaczyłam całą walkę o kilogramy, to zdałam sobie sprawę z tego, że to chyba nie jest odosobniony przypadek.

Moja lista wymówek 
Zawsze ważyłam trochę więcej niż powinnam, w mojej głowie oczywiście było to spowodowane przez:
- Skłonność do tycia, bo moja mama jest szczupła, a rodzina taty już niekoniecznie - jakoś przez lata życia ignorowałam jednak fakt, że jako nastolatka jadałam obiady w szkole, a potem jeszcze w domu. No i że ogólnie lubię dużo jeść.
- Zajadanie stresu. No bo wiadomo, że w stresie to człowiek traci zmysły i nie może porzucić jedzenia czy wybrać marchewkę, trzeba wpierdolić coś co ma co najmniej 200 kcal/100 gram.
Brak czasu na ćwiczenia. Nigdy na nic nie mam czasu, bo prokrastynacja zabiera mi go za dużo.
Teraz na moją wagę mogę powiedzieć tylko jedno - jestem gruba, bo sama tego chcę. Nie chce mi się odchudzać, nie chce mi się trzymać diety, mam gdzieś zdrowie, wejście w rozmiar XS, czy opinie innych.


Jeżeli chcesz być gruba, to masz do tego pełne prawo, tylko się do kurwy nędzy z tego nie tłumacz! I nie obrażaj się, kiedy ktoś powie, że przytyłaś. Bo wagi nie ukryjesz, legginsów nie oszukasz, ale to nie znaczy, że nie możesz być gruba. Jesteś gruba na pewno nie przez to, że głodujesz i wpierdalasz tylko sałatę, ale możesz być gruba, zielona i owłosiona. Tylko bądź sobą i nie szukaj głupich usprawiedliwień.

sobota, 21 maja 2016

UltraNAWILŻENIE dla ultraMARUDY - Krem-żel Dermedic

Na starość robię się chyba coraz bardziej marudna... ale może to dobrze? W końcu w którymś momencie w życiu trzeba dojść do punktu, kiedy zaczyna się wybierać tylko najnajnajlepsze rzeczy, a nie tylko te bardzo dobre. Właśnie takiego kremu poszukuję od jakiegoś czasu - najlepszego do cery suchej.



Krem-żel Dermedic Hydrain3 był dla mnie w pierwszym odczuciu niewiadomoco. Krem? Żel? Ultranawilżenie? Dla każdej skóry? Blablabla... Jak coś jest to wszystkiego, to jest do niczego, prawda? No niekoniecznie, bo miłą niespodzianką jest fakt, że firma Dermedic nie wciska bajerów, tylko obiecuje i dotrzymuje obietnic. Krem-żel? Check - konsystencja kremowo-żelowa, dziwna, ale nie nieprzyjemna. Ultranawilżenie - jest, nie wiem czy przez 48 godzin, bo nawet nie czuję potrzeby nakładania go codziennie, ale na pewno bardzo długotrwałe. Dla każdej skóry? Dla skóry suchej na pewno tak, dla mieszanej też... no i dla takiej po kwasach również. Więcej o kremie-żelu tutaj. Bonus: w TV widziałam kilka razy jego reklamę (chociaż u siebie TV nie mam, ale bywam u osób, które mają :P), więc można zaszpanować przy innych słowami "mam i używam" - to dodaje + 10 do lansu.

Krem ma poręczny słoiczek, który jest po prostu ŁADNY i się nie co niego nie lepi! Kurwa, wiecie jakie to dla mnie ważne? Zazwyczaj ze wstydem chowam kremy po kątach, bo co z tego, że opakowanie super, poręczne i wytrzymałe, skoro prędzej czy później napis się zetrze, zostawi smugę na pół słoiczka, a cały brud z łazienki będzie się czepiał etykiety, fragmentu kleju czy po prostu będzie lepił się, bo krem jest strasznie tłusty i brudzi nakrętkę. W tym przypadku problem z głowy, opakowanie służy mi już drugi miesiąc i nadal wygląda świetnie!



Wydajność w stosunku do ceny bardzo poprawna. Za 50 ml trzeba zapłacić 38 zł. Dużo? Może jeszcze kilka lat temu bym tak powiedziała, ale to były czasy parafinowych kremów za złotych pięć. Teraz powiem - dobra cena i naprawdę warto wydać ciężko zarobione cztery dyszki. Poza tym  można go kupić np. w zestawie prezentowym i wychodzi dużo taniej. Krem dzięki konsystencji jest bardzo wydajny, smaruje się nim jak masłem. Mi wystarcza na około 2 miesiąca przy stosowaniu raz dziennie. Do tego pachnie świeżo, ogórkowo, przyjemnie, typowo dla serii Hydrain3.

Podsumowując - polecam, tak po prostu. Dermedic to w moim odczuciu porządna firma, bubel mi się jeszcze od nich nie trafił, a seria Hydrain3 to bardzo udana seria dla osób z suchą cerą. Niech dodatkową rekomendacją dla Was będzie to, że to już moje drugie opakowanie i na pewno nie ostatnie. Znacie ten krem-żel?

Buziaki,
Mila :)

czwartek, 19 maja 2016

Jak uszczęśliwić chorą blogerkę? Dając jej pudełko... Happy Box by Farmona

Blogerki są trochę jak koty i kochają wszelkie pudełka, szczególnie takie niespodziewane, a już zwłaszcza wtedy, kiedy zupełnie się tego nie spodziewają. U mnie osłoda w postaci Happy Box od Laboratorium Kosmetyków Naturalnych Farmona przyszła zupełnie niespodziewanie w czasie choroby, więc ucieszyłam się podwójnie :)

Blogerskie pudełka nie muszą być ładne, one MUSZĄ zachęcać do tego, żeby zmolestować ich wnętrze blogerskimi mackami. Happy Box by Farmona doskonale zachęca do tego, jest pastelowe, ozdobione ślicznymi kwiatami, porządne, wykonane z grubej tektury... pudełkowy orgazm. A wnętrze? Bardzo przemyślane i doskonałe na początek lata - co zresztą przyświecało temu pudełku. To cztery produkty (plus próbki), jednak satysfakcja jest ogromna!



Balsam do mycia rąk Tutti Frutti
Balsamów do mycia rąk nigdy nie wiele, a specjalnie takich, które pachną jak wiśniowo-porzeczkowy orgazm. Dosłownie. Po prostu masakryczna przyjemność podczas mycia rąk! Do tego balsam do mycia jest kremowy, ładnie się pieni, buteleczka jest niewielka i poręczna. Wróżę nam udany romans.

Kuracja w ampułkach z wyciągiem z bursztynu do włosów bardzo zniszczonych i osłabionych, Jantar
Ohhh Jantar, Jantar... Kochanek wielu Polek, mój dobry przyjaciel, ale nie ukochany. Nigdy nie mogłam z nim dojść do ładu, ale krzywdy nie zrobił. Może to przez to, że ma beznadziejny aplikator, a może to męski zapach? Nie wiem, ale kuracja w ampułkach zostanie chętnie przetestowana na moich włosach, testy zaczynam lada dzień, kiedy pozbędę się resztek choroby i wkroczę w mój naturalny rytm dnia.



Dezodorant do stóp 4w1 dla kobiet, Nivelazione
Farmona chyba czyta w moich myślach, bo całkiem niedawno po raz pierwszy raz w życiu, zakupiłam dezodorant do stóp! Tak, tak, całe życie byłam tym typem osoby, której nogi śmierdziały po ściągnięciu butów ;) Aż w końcu zebrałam się w sobie i kupiłam ten, jak dotychczas, zbędny dla mnie kosmetyk. Z wielką chęcią przetestuję także dezodorant Nivelazione, a przy okazji będę miała od razu porównanie dwóch produktów :) Muszę tylko sobie wyrobić nawyk jego regularnego używania.

Suchy szampon do włosów przetłuszczających się, Herbal Care
Suchy szampon to kosmetyk, do którego ostatnio się przekonałam, ale Batiste to nie zawsze dobry wybór, bo to cholerstwo lubi mnie podrażniać i zamiast suchej głowy to mam suchą głowę i zajebisty łupież :/ Po dwóch użyciach Herbal Care mogę stwierdzić, że buteleczka jest niewielka, ale wydaje się bardziej wydajny niż Batiste, pachnie dziwnie, babcinie, ziołowo i nie zostawia osadu na włosach. Więcej czas pokaże.




Z takim zestawem oczekuje bardzo udanych testów, a jak to będzie? Czas pokażę, recenzję zaczną pokazywać się niedługo :)
Znacie te kosmetyki Laboratorium Farmona? 

Buziaki, Mila :)

środa, 30 marca 2016

Zestaw idealny? Nivea Repair & Targeted Care - nowość

Z tą recenzją wstrzymałam się do ostatniej chwili, bo ciągle sprawdzałam, czy zestaw jest tak cudowny, jak go reklamują ;) Ta nowość, to Nivea Repair & Targeted Care, zestaw który testowałam składał się z odżywki oraz szamponu. Odżywka dobiła dna, szampon jeszcze nie (typowe, prawda? :D), a ja dla Was mam recenzję.



Kosmetyki Nivea Repair & Targeted Care są reklamowane jako te, które skupiają się na partiach włosów, które potrzebują odbudowy. Oczywiście, ja wychodzę z założenia, że nie jest to możliwe na 100%, w końcu to tylko kosmetyk, a nie robot. Mimo to seria sprawdziła się bardzo dobrze i być może zasłużyła na miano idealnego zestawu do włosów ze zniszczonymi i suchymi końcówkami.



Obydwa kosmetyki mają typową dla Nivea konsystencję. Szampon jest lekko wodnisty, o perłowym kolorze, a odżywka dosyć gęsta. Zapach delikatny, utrzymuje się na włosach. Opakowania zostały odświeżone i opakowanie odżywki nie "zasysa" się tak bardzo, jest trochę sztywniejsze, ale mimo to można wycisnąć wszystko z niego do końca. Wydaje mi się, że poprawiono też zamknięcia, bo są mocniejsze i na pewno kosmetyki nie wyleją się w torbie.



Zestaw bardzo polubiłam, chociaż szampon lekko przetłuszcza włosy przy regularnym stosowaniu - jak dla mnie sprawia to, że nie będzie moim ulubieńcem, ale na pewno co dwa mycia po niego z przyjemnością sięgnę, bo przy takiej częstotliwości nie ma efektu tłustych włosów. Dobrze zmywa oleje, łatwo się go spłukuje i tworzy naprawdę dużo piany.
Odżywka pachnie przyjemnie, jest treściwa i nie spływa z włosów. Jest też niezwykle wydajna. Zostawia końcówki w naprawdę dobrej kondycji. Włosy się po niej nie elektryzują.

Po regularnym stosowaniu tego szamponu i odżywki stan moich włosów się poprawił, a przede wszystkim włosy nabrały fajnej konsystencji i nie czułam potrzeby nakładania na  nich odżywki bez spłukiwania czy serum. Włosy są zabezpieczone i chociaż w odbudowę nie wierzę do końca, to wiem, że zabezpieczenie jest bardzo ważne przy dbaniu o włosy i pomaga utrzymać lepsze efekty :)

Znacie ten zestaw? Stosowaliście już kosmetyki do włosów z serii Nivea Repair & Targeted Care? 
Buziaki,
Mila :)

środa, 16 marca 2016

Kuracja kwasem glikolowym 10% - Lotion Lite 10, GlySkinCare

Ostatnio pisałam o delikatnym płynie do mycia twarzy GlySkinCare, który był uzupełnieniem kuracji kwasami. W tym roku wybrałam kwas glikolowy 10%. Przygodę z kwasami miałam w tamtym roku, ale nie byłam zachwycona.
(opakowanie jest fioletowe, tylko mój aparat nie łapie tego koloru ;))



GlySkinCare proponuje dwa rodzaje Lotion Lite - 5% oraz 10%. Teoretycznie powinno się zaczynać od 5%, ale ja mam raczej odporną skórę, więc wybrałam większą wartość. Szczerze, to bałam się, że żadnego efektu nie będzie, bo na wielu blogach przeczytałam, że takie stężenie nie da rady złuszczyć naskórka, jedynie nawilżyć.

Lotion Lite 10 jest zamknięty w kartoniku, buteleczka ma aż 100 ml. Powiem Wam od razu - kupujcie go na spółkę z koleżanką, siostrą lub kimś innym ;) No chyba, że lubicie nałożyć naprawdę duuuuuużo tego typu produktów albo stosujecie je od początku jesieni do początku wiosny. Produkt jest naprawdę wydajny. Opakowanie na raz wypuszcza niewielką ilość produktu, więc nie ma problemów z tym, że nie wiadomo co zrobić z nadmiarem. Pompka działa bez zarzutów.



Jak w końcu było z działaniem? Ja jestem zachwycona! Moja skóra jest nawilżona, rozjaśniona i mam dużo mniej przebarwień, a wypryski praktycznie się nie pojawiają. Pierwsze dni, poza pieczeniem, nie dawały mi nic i już myślałam, że będzie bubel. Nakładałam wtedy kosmetyk codziennie, oczywiście przed tym wykonałam próbę uczuleniową według zaleceń producenta. Po tygodniu zaczęłam się łuszczyć, ale delikatnie i nadal stosowałam Lotion Lite 10 codziennie. Po dziesięciu dniach przyszło porządne złuszczanie i to mi się naprawdę spodobało :) Zaczęłam nakładam kosmetyk co dwa dni, zawsze na noc. Cała moja kuracja trwała ponad dwa miesiące i po tym pierwszym, dużym złuszczeniu, które trwało dosyć długo (jak to przy kwasach), skóra zaczęła robić się coraz fajniejsza i fajniejsza. W tej chwili jest oczyszczona, doskonale chłonie wszystkie kosmetyki, ale nie jest przesuszona.



Używanie w formie nakładania na noc bardzo mi się podoba, bo nie trzeba liczyć ile minut minęło, ani nie trzeba obserwować skóry. Po prostu nakładałam kosmetyk i szłam spać. Pieczenie było odczuwalne przez pierwsze kilka minut, a jego intensywność była zależna od tego, ile warstw nałożyłam. Nie określiłabym go jako bolesnego, raczej jako lekkie uczucie dyskomfortu.


Na stronie http://diagnosis.pl/ znajdziecie więcej kosmetyków GlySkinCare. Za rok na pewno powtórzę kurację kwasem glikolowym, bo bardzo mi się spodobało jego działanie. Dodam, że nie mam typowo tłustej i trądzikowej skóry, jest raczej normalna, czasami się przesusza, ale mam wypryski pojawiające się od czasu do czasu, a przebarwienia robią mi się bardzo łatwo. Trudno mi określić, czy Lotion Lite 10 od GlySkinCare spłycił zmarszczki, ale widzę, że skóra po prostu wygląda lepiej.

Znacie kwas glikolowy?
Buziaki, Mila :)

środa, 9 marca 2016

Uzupełnienie kuracji kwasami - delikatny płyn do mycia twarzy GlySkinCare

Wiosna idzie... teoretycznie, bo u nas na przemian spada śnieg i topi się, więc w obecnej chwili mamy dosłownie błoto po kostki ;) No i prawie miesiąc nie pisałam na blogu! Nałożyło się na to trochę rzeczy, a ostatnio dobiła mnie choroba... Nie polecam nikomu anginy ropnej połączonej z zapaleniem węzłów chłonnych :/

Wracając do przyjemniejszych tematów - wiosna idzie, a to znaczy, że mieliśmy zimę :) Zima to doskonały czas na kurację kwasami, o tegorocznych zmaganiach kwasami napisze już za kilka dni, a w międzyczasie produkt, który delikatnie dbał o mycie twarzy podczas stosowania kwasu - Gentle Cleanser od GlySkinCare. 




*** na zdjęciach opakowanie jest niebieskie, ale to tylko wina mojego aparatu, który nie wyłapał fioletu - opakowanie jest fioletowe, możecie to zobaczyć w linku podanym wyżej :) ***



Gentle Cleanser zamknięty jest w wygodnej buteleczce o pojemności 200 ml,  buteleczka posiada pompkę, którą można w razie potrzeby zablokować. Opakowanie bez zarzutów, nic się z butelki nie zmywa, a pompka działa bez zarzutów. Produkt jest praktycznie bezzapachowy. Konsystencja lekka, trochę jak pianka do mycia twarzy, kremowa i delikatna. Jedna pompka wypuszcza niewielką ilość kosmetyku, więc można sobie dowolnie dozować produkt. Cena około 50 zł, ale w drogeriach internetowych widziałam go też taniej i w zestawach, więc warto zapolować. 



Ten kosmetyk z pewnością doskonale spełnia swoją funkcję - myje i to bardzo, bardzo delikatnie. Przy stosowaniu kwasów miałam momentami mocno przesuszoną skórę, a raz przesadziłam w okolicach nosa i skóra była naprawdę w złym stanie. Mimo to, po użyciu Gentle Cleanser nie zdarzyło mi się żadne podrażnienie czy pieczenie. Do tego bez problemów pozbywa się resztek kosmetyków do makijażu. Zostawia skórę gładką, ale nie ściągniętą czy wysuszoną. 
Minusem jest SLS w składzie - niektórych może podrażniać, chociaż u mnie nie miało to miejsca.

Zapraszam na stronę http://diagnosis.pl/, gdzie znaleźć można więcej ciekawych kosmetyków. 


Znacie ten produkt do mycia twarzy?
Buziaki,
Mila :) 

czwartek, 18 lutego 2016

ZILA FLASH 116 Lanti - piękny i trwały lakier holograficzny

Lakiery holograficzne albo mnie zachwycają, albo zniechęcają. Niestety, ale propozycje wielu producentów nie kryją dobrze, a efekt jaki dają jest dosyć... wiejski, dyskotekowy, bazarkowy? Kiedy więc dotarła ode mnie paczka od Drogeria.pl (o której pisałam Wam ostatnio) to do razu wiedziałam, że lakier holograficzny ZILA będę musiała dobrze przetestować.


Lakier do paznokci ZILA FLASH 116 Lanti na szczęście od samego początku mnie zachwycił. Zgrabna buteleczka mieści 8 ml lakieru, a średniej szerokości pędzelek ułatwia aplikację. Konsystencja jest dosyć rzadka, ale nie rozlewa się na skórki i szybko wysycha. Dodatkowym plusem dla mnie w tym momencie jest to, że lakiery ZILA nie mają w składzie formaldehydu, który spowodował u mnie okropną reakcję alergiczną, gdyż ukrył się w bazie pod inną nazwą ;) Właśnie dlatego moje paznokcie są teraz takie krótkie - musiałam je obciąć, żeby uniknąć postępowania onycholizy. Lakier ZILA nakładałam kilka razy pod rząd i nie powodował podrażnienia, a dodatkowo zatuszował nieidealny wygląd paznokci.



Ten lakier doskonale kryje - dwie warstwy w zupełności wystarczą. Do tego ma przepiękny, liliowy kolor, który mieni się w świetle. Kolor przy tym nie jest zbyt krzykliwy. Największe brawa należą mu się za trwałość - na moim FB możecie zobaczyć, jak wyglądał u mojej mamy po dziewięciu dniach noszenia - po prostu idealnie, zero odprysków, jedynie końcówki się starły, a dodam, że moja mama pracuje fizycznie i to właśnie dłonie ma w dużym ruchu, więc każdy manicure jest narażony u niej na uszkodzenia. U niej zastosowałam bazę i top, ale sama nakładałam go solo i bez żadnego wspomagania wytrzymał cztery dni pisania na klawiaturze, mycia garów bez rękawiczek i wykonywania innych prac domowych. Jak dla mnie to naprawdę super wynik, bo większość lakierów odpryskuje po jednym dniu.





Mnie to przekonało do tego lakieru w stu procentach i na pewno poznam bliżej asortyment Drogeria.pl. Lakiery ZILA występują w wielu opcjach kolorystycznych, więc jest w czym wybierać, ale jeszcze przez jakiś czas będę nosić kolor 116 Lanti, bo się w nim po prostu zakochałam :)

Znacie lakiery ZILA? Podoba Wam się ten kolor?
Buziaki, Mila :)

poniedziałek, 15 lutego 2016

Szampon z naftą NEW Anna Cosmetics

Szampon z naftą? Brzmi jako doskonałe rozwiązanie w sezonie jesienno-zimowym. Miałam przyjemność przetestować szampon z naftą od New Anna Cosmetics, jak się sprawdził?

Szampon zamknięty jest w niewielkim, prostym opakowaniu, które otwiera się bez problemów. Jedynym elementem, który mi się w nim nie podoba jest design - dla mnie trochę zbyt "apteczny" i kojarzy mi się z jakimiś szamponami leczniczymi... chociaż w sumie w pewnym sensie jest to szampon leczniczy, na delikatną skórę głowy ;) Nie jest to jednak opakowanie, które zachwyca wizualnie, ale nie jest to najważniejsza dla mnie rzecz.


Szampon ma przyjemny, lekko kwiatowy zapach. Włosy po jego zastosowaniu są czyste, błyszczące i pachnące, jednak nie przedłuża świeżości. U mnie sprawdził się doskonale po wcierce, która wysuszyła mi i podrażniła skórę głowy - po użyciu tego szamponu problem zniknął. Nie plącze włosów. Ogólnie nie mam nim mu do zarzucenia.



Szampon New Anna Cosmetics nie pieni się mocno, uzyskanie piany jest raczej ciężkie, więc jeżeli ktoś lubi szampony mocno pieniące się, to ten mu się raczej nie spodoba. Podsumowując - dobry szampon, który spełnia swoją funkcję i dodatkowo chroni włosy przed przesuszeniem i elektryzowaniem się. 

Znacie ten szampon? Stosujecie szampony z naftą?
Buziaki, Mila :)


P.S. Skład, trochę rozmazany, ale wystarczy powiększyć i można przeczytać całość:

piątek, 12 lutego 2016

Żeń Szeń - czy naprawdę poprawia samopoczucie i uodparnia na stres?

Niedawno pisałam o stevii, a dzisiaj inny produkt ze sklepu ZielonySmak.pl - tym razem żeń szeń syberyjski.

Czym zainteresował mnie żeń szeń? Przede wszystkim obietnicami ;) Ze strony sklepu:

- wspomaga ośrodkowy układ nerwowy,
- pomaga w zdolnościach adaptacyjnych organizmu, 
- podnosi wydolność psychiczną i fizyczną,
- poprawia ogólne samopoczucie, 
- zwiększa tolerancję na stres,
- nasila i aktywuje procesy detoksykacji (odtruwania)i wydalania szkodliwych metabolitów.

Ogólnie jest to więc suplement działający nad stroną fizyczną i psychiczną naszego ciała, a mnie bardziej zainteresowało podniesienie wydajności psychicznej oraz zwiększenie tolerancji na stres. Sam produkt ma formę proszku, o trochę dziwnym, ale przyjemnym zapachu, można go spożywać bezpośrednio w formie zmielonej, ale ja robiłam herbatkę zgodnie z tym, co napisane na opakowaniu - zalewałam żeń szeń gorącą wodą i przykrywałam na 45 minut. Proszek się nie rozpuszcza, a smak takiej herbatki trochę przypomina mi imbir. Żeń szeń jest wydajny, a 100 gram kosztuje 14,90 zł, więc cena jest przystępna - dziennie przyjmuje się od 1 do 3 gram, więc opakowanie starczy od miesiąca do trzech. Sposób pakowania wygodny, opakowanie jest porządne i chroni produkt przed ciepłem i światłem. Dodatkowy plus dla osób uczulonych na gluten - w zakładzie nie używa się produktów z glutenem, więc suplement jest dla nich bezpieczny. 

Najważniejsze jednak w nim jest działanie, jak się u mnie sprawdził? Ten produkt przyjmuję od 2,5 miesiąca, więc czas na podsumowanie. Przyjmowałam 1 gram dziennie, pity w formie herbatki. Po pierwsze łatwiej mi zapamiętać niektóre rzeczy - wcześniej musiałam dosłownie wszystko zapisywać w kalendarzu. Po drugie - w końcu budzę się z budzikiem ;) W moim przypadku jakieś 90% prób porannego wstawania kończyło się tym, że nieświadomie wyłączałam budzik, nawet potem o tym nie pamiętałam, a następnie spałam dalej i budziłam się dosyć późno, zdziwiona, że znowu przespałam! Zmiana budzików, kładzenie telefonu w innym miejscu itp. nie pomagały, pomógł mi w końcu żeń szeń. Teraz przy budziku budzę się świadomie w większości przypadków i łatwiej mi wstawać nawet bardzo wcześnie. Jak dla mnie to argument, który mnie przekonuje całkowicie do tego produktu i już zakupiłam kolejne opakowanie proszku. Stres też mnie tak szybko nie zjada, aczkolwiek zmiana w tym przypadku nie jest aż tak widoczna.

Jak dla mnie żeń szeń syberyjski stał się produktem, z którego chętnie będę nadal korzystała. Skusicie się na niego?
Buziaki, Mila :)



piątek, 5 lutego 2016

Alternatywa dla cukru? Liście stevii

Stewia/Stevia to roślina, której popularność ciągle rośnie, a jej liście i produkowane z nich słodziki stają się alternatywą dla cukru. Udało mi się wypróbować stevię w całych liściach ze sklepu Zielony Smak, ale teraz jej tam nie ma - dostępne na chwilę obecną są mielone liście. 



Na stronie znaleźć można o stevii takie informacje:

Zdrowotne właściwości i garść zalet:
- idealna alternatywa dla cukru,
- w pełni bezpieczna dla naszego zdrowia,
- nie podnosi poziomu cukru we krwi ani nie uczestniczy w procesie odkładania się tkanki tłuszczowej,
- wykazuje silne działanie prozdrowotne,
- jest idealnym rozwiązaniem dla osób chcących się odchudzić, 
- polecana osobom cierpiącym na cukrzycę,
- doskonale sprawdza się w kuchni – jest wydajna, odporna na wysoką temperaturę i nie ulega fermentacji.

Sama stevia ma podstać liści, które łatwo się kruszą i można je samodzielnie zmielić albo przygotować z nimi syrop. Kilka listków stewii wystarczy wrzucić do herbaty lub napoju.  

Nie byłam jakoś szczególnie sceptyczna, bo miałam okazję spróbować kiedyś świeżych liści stewii i cóż - są mocno słodkie. W suszonych liściach słodycz również jest mocno wyczuwalna. Co do smaku - trzeba sobie uświadomić, ze stewia to nie cukier biały! To dużo zdrowszy zamiennik, ale nie jest idealnie taki sam. Po pierwsze liście są dużo słodsze niż cukier - dodajcie dwie łyżeczki do herbaty i umrzecie z przesłodzenia ;) Po drugie sam smak i zapach jest trochę inny, czuć trochę czegoś ziołowego, a sama słodkość jest po prostu inna. Trudno to wytłumaczyć, bo słodki smak to słodki smak, ale stewia wydaje mi się bardziej mdła i dłużej czuć ją w ustach. Przy zwykłych używaniu jednak nie będzie to przeszkadzała, w końcu cukier, a w tym przypadku stewie, dodaje się do różnych potraw i napojów, więc nie gra pierwszych skrzypiec. 
Stevia jest z pewnością bardzo wydajna i można ją stosować w ciastach, naleśnikach, herbatach, domowych ketchupie i wielu, wielu innych. Ja dosypują ją "liściastą" albo robię syrop z kilku łyżeczek stevii i wody - gotuję je razem, a powstały "napar/syrop" trzymam w lodówce i zużywam w kilku dni. Stewia to bardzo zdrowe rozwiązanie, nie jest rafinowana, wpływa korzystnie na organizm, pomaga w walce z kilogramami, obniża apetyt i nie czuć po niej ciągu do produktów słodzonych białym cukrem, prawie nie ma kalorii. 
Jeżeli chcecie spróbować tego produktu, to polecam sklep Zielony Smak ze względu na to, że ich produkt jest świeży, dobrze zapakowany (mocna torebeczka zamykana strunowo), a ceny nie są wygórowane :)
Znacie stewię? Używacie jakiś innych zamienników białego cukru?
Buziaki, Mila :)

środa, 3 lutego 2016

Słodka paczka od Drogeria.pl

Dzisiaj szybki post z miłą przesyłką, którą dostałam od Drogeria.pl, ciekawi co jest w środku?



W środku tej ślicznie zapakowanej paczki (uwielbiam takie drobnostki) znalazł się lakier do paznokci ZILA FLASH 116 Lanti i pięknym, liliowym kolorze oraz szablony do malowania wzorów 11 Diamond. Lakier już niedługo znajdzie się na moich paznokciach, a szablonu bardzo mnie ciekawią. Moje dotychczasowe doświadczenia z produktami tego typu ograniczają się do pasków do frencha w różnych kształtach, które mnie nigdy nie zachwycały i zawsze było mi łatwiej zrobić frencha bez nich niż z nimi ;) Te szablony wydają się grubsze i mam nadzieję, że lakier nie będzie pod nie podchodził.




***
Przy okazji - też czasami macie tak, że ŻADNE manicure nie chce Wam wyjść? ;) Ja tak miałam kilka dni temu, malowałam paznokcie trzy razy pod rząd, bo ciągle coś było nie tak... Lakiery nakładały się dziwne, wpływały, pod naklejki wodne podchodziła woda, przesuwały się, lakier się ściągał z końcówek... Grrrr... Koniec końców stanęło na czymś takim. Wyszło tragicznie, ale już nie miałam siły.
Zielony to O.P.I, który pokazywałam ostatnio, kolor That's HULA-rious, oraz biały Paese z drobinkami 393. Do tego naklejki wodne z piórkami.



Buziaki, Mila :)

środa, 27 stycznia 2016

Niby fajny, ale jednak nie - Zmywacz do paznokci z gąbką, BeBeauty

Lubię sprytne rozwiązanie, takie gdzie można uzyskać szybki efekt przy minimalnym nakładzie pracy. Zmywacz z gąbką wydawał mi się takim rozwiązaniem - wkładasz palca, przekręcasz i gotowe! Proste i efektowne… takie są założenia, ale plany swoją drogą, a życie swoją drogą ;)



W Biedronce już od jakiegoś czasu widywałam zmywacz do paznokci z gąbką marki BeBeauty, małe opakowanie 75 ml, koszt 5,99 zł. Nie wiem czy był to produkt, który pojawił się sezonowo, ale w “mojej” Biedronce leży z innymi lakierami już od dawna, tylko ceny przy nim nie ma. Opakowanie jest w sam raz, poręczne i nic się nie wylewa nawet jeżeli postawimy je do góry nogami. Po otworzeniu miła niespodzianka - wypełniony gąbeczką pojemniczek pachnie słodko, trochę kwiatowo, trochę jagodowo, ale z zużyciem zaczyna trochę pachnieć lakierami - nic dziwnego, w końcu one zostają tam gdzieś w środku ;) Mimo to zapach nadal jest delikatny i nie powala tak, jak zwykłe zmywacze.



Niestety, pomimo zachęcającego początku nie zachwyciło mnie jego działanie, bo na zmycie w ten sposób paznokcia trzeba poświęcić więcej czasu, niż przy pomocy wacika i innego zmywacza. Przekręcenie palca raz nic nie zmieni, trzeba to zrobić kilkanaście razy i przy tym dociskać płytkę do gąbeczki, inaczej lakier zejdzie tylko częściowo i bardzo niedokładnie. Im ciemniejszy kolor, tym trudniej się go pozbyć niestety :/

Wydaje mi się, że wejście powinno być szersze - jasne, bez problemów można wsadzić palec, ale krawędzie są trochę ostre i na przykład przy kciuku albo małym palcu wolałabym mieć więcej miejsca na kręcenie nimi.


Palec po wyciągnięciu jest mokry i śliski, tak jakby był pokryty olejkiem, ale uwaga! Nie przykładaj go przypadkiem na żadną powierzchnię - lakierowany stół, obudowa komputera, cokolwiek innego, bo… zostanie po nim znak ;) W ten sposób niechcący odbarwiłam sobie biurko. Od razy wycieramy palucha w ręcznik papierowy, a potem ręce myjemy. Poza tym zmywacz nie masakruje skórek, więc za to ma plus.

Szkoda, że ten produkt nie działa lepiej, wtedy stałby się moim ulubionym zmywaczem. Jest za to świetną opcją na wyjazd, kiedy chcesz mieć ze sobą coś małego, ale do pracy, jeżeli chcesz móc szybko zmyć lakier bez zatruwania otoczenia.

Znacie ten produkt?
Buziaki, Mila

wtorek, 26 stycznia 2016

Zakupy = nowości (nie tylko kosmetyczne)

Wczorajszy dzień mogę określić mianem… lekko stresującego ;) O ile pierwsza połowa minęła przyjemnie, to druga już niekonieczne, więc w ramach rozluźnienia zebrałam wszystkie nowe i piękne rzeczy w jednym miejscu i zdecydowałam się Wam je pokazać :D Zasługę w tym ma także odwiedzenie przeze mnie nowego centrum handlowego - Alei Bielany, wizyta była zupełnie nieplanowana, ale nie żałuję, bo lubię odwiedzać nowe miejsca.




W Rossmannie w oko mi wpadł balsam do ciała Alterra, z serii z granatem i masłem shea, a że kocham zapach maski do włosów, to oczywiście musiałam kupić ten balsam! Okazuje się, że bardziej niż balsamem to jest mleczkiem, a zapach ma obłędny - więcej za jakiś czas :)


Olejek do ciała z olejem jojoba i masłem shea to produkt serii Welnness & Beauty z Rossmanna. Ma dosyć przyjemny skład i ładny zapach. Za to już teraz wiem, że niewypałem będzie olejek Lirene Vital Code - parafina na pierwszym miejscu, serio? Do tego buteleczka plująca olejkiem, podobnie jak w przypadku Bielendy… nie wiem, czy zrobienie dobrego opakowania to taka sztuka? Le Petit Marseillais jakoś zrobiło fajny olejek w zajebistym opakowaniu i nikt od tego nie umarł.




Ostatni wykazuję przejawy lakieroholizmu, więc nie mogłam sobie odmówić ciemnego lakieru od Eveline z serii Mini Max (miałam z niej nieudaną zieleń, może tutaj będzie lepiej), a w TK Maxxx wpadła mi w łapki czwórka miniaturek z O.P.I. z kolekcji Hawaii. Tych lakierów jeszcze nigdy nie miałam, a kolekcja Hawaii to była zeszłoroczna propozycja na wiosnę/lato. Wybrałam jednak wybrakowany zestaw - zamiast ostatniej czerwieni Aloha from OPI, wybrałam sobie taki, w którym był dołożony inny mini lakier z tej firmy. Dlaczego? Bo czerwienie nie noszę zbyt często, więc pewnie by się marnowała, w zamian mam lakier Princess Rule! - różowy z drobinkami (lubię róż na paznokciach ;)).



Co więcej? Kallos Milk, który podczas zakupów prawie mi urwał ramię :P Wrzuciłam tą ogromną masę do mojej torebki i podczas rajdu po sklepach nieźle mnie uwierało. Tej maski jeszcze nie miałam, z pewnością sprawdzę jej działanie dosyć gruntownie.


W Hebe wpadł mi również suchy szampon Batiste, wersja Cherry. No cóż, za suchymi szamponami nie przepadam, ale mimo wszystko chciałam przetestować tą wersję, która przez wiele osób określana jest jako najlepsza ze wszystkich.


Te produkty z kolei otrzymałam do testowania, czyli Gentle Cleanser oraz Lotion Lite 10 z kwasem glikolowym 10% od GlySkin Care. Tego zestawu używam od ponad tygodnia, za jakieś 2 - 3 tygodnie pojawi się pełna recenzją, a ja już mogę podziwiać pierwsze efekty w postaci delikatnego łuszczenia oraz rozjaśnienia cery.




Na koniec kilka zdobyczy nie kosmetycznych. Mega deal, czyli skórzana torebka z H&M - jeżeli chodzi o torebki to jestem skąpa i najlepiej jakby dali mi ją za darmo ;) Mam jeden model, który noszę aż do śmierci i dopiero potem kupuję coś innego. Moja torebka musi być jak worek na ziemniaki i mieścić wszystko, ta torebka była przeceniona na 60 zł, wykonana jest z cienkiej skóry, jest duża i pakowna, więc z bólem serca ją kupiłam (serio - 30 zł za lakier do paznokci mnie tak nie rusza jak 60 zł na dobrą torebkę :P). Przy kasie okazało się, że akurat tego dnia wszystkie przecenione produkty są po 30 zł. Głupi chyba zawsze ma szczęście, bo jakieś dwa miesiące temu, kiedy kupowałam zimową kurtkę, też udało mi się kupić model przeceniony na 340 zł za połowę ceny, bo była jakaś magiczna promocja, o której nic nie widziałam (a zawsze patrzę na plakaty i informację w sklepach). Tak to mogę żyć :D


Z większą świadomością kupiłam w Sinsayu dwie bluzy za niecałe 30 zł jedna - mają fajny materiał, a jak będzie z trwałością? Nie wiem, miałam z tego sklepu dotychczas dwie koszulki i jedna jest super, a z drugiej zrobiła się szmata do podłogi ;) Ale za 30 zł to nawet nie kupię jakiejś fajnej bluzy w chińczyku. Do tego kupiłam legginsy/spodnie/nie znam się (nie ma ich na zdjęciu), w których wyglądam trochę jak dżokej, ale za 20 zł będę idealne do tego, żeby nosić je jedynie w domu ;)


Na chwilę obecną to wszystkie nowości, wyczekujcie recenzji!
A Wam udało się ostatnio kupić coś ciekawego? 

Buziaki, 
Mila :)

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Idealny french manicure od Bell

Ostatni raz french manicure miałam na sobie... prawie cztery lata temu, w dniu mojego ślubu ;) Szczerze to nigdy nie przepadałam za takim manicure na swoich dłoniach, ale raz na kilka lat można się skusić, prawda? Głównym problemem dla mnie było znalezienie idealnego, mlecznego, półprzezroczystego lakieru, ale udało mi się go odnaleźć w najmniej oczekiwanym miejscu - w Biedronce, w szafie z kosmetykami Bell.



Wybrałam kolor biały 01 oraz róż 04 z serii Bell, French Manicure. Lakiery o pojemności 11,5 grama kosztują 6,99 zł.
Biel jest mocno kryjąca, jedna warstwa to nawet... za dużo! Chciałam uzyskać lżejszy efekt i nałożyłam biały na jedną warstwę różu, a na górę znowu dałam jedną warstwę różu i okazało się, że mogłam zastosować jej dużo mniej - będę wiedziała na przyszłość ;) Biały jest dosyć gęsty i nie spływa z pędzelka.



Róż z kolej jest rzadszy i nie kryje mocno, ale dwie warstwy moim zdaniem wyglądają wystarczająco dobrze. Ma idealny, mleczny kolor, po prostu uwielbiam go i na pewno wykorzystam jeszcze nie raz na swoich paznokciach.

Pędzelki tej serii również skradły moje serce - są dosyć szerokie i jednym pociągnięciem można pokryć całego paznokcia. Co do trwałości to czuję się bardzo miło zaskoczona, marka Bell kojarzyła mi się zawsze raczej ze słabą jakością, a lakier wytrzymuje u mnie dwa dni ciągłego stukania w klawiaturę i prac domowych bez rękawic. Jak dla mnie to super wynik, naprawdę, bo przez moją pracę mam nawet problemy z utrzymaniem hybryd dłużej niż pięć dni ;) a większość lakierów ma już mega odpryski po pierwszym dniu, w tym przypadku wszystko wygląda idealnie przez dwa dni.



Jeżeli więc poszukujecie dobrze kryjącej bieli, ślicznego mlecznego różu lub po prostu chcecie mieć trwały french manicure to mogę szczerze polecić te lakiery.
Buziaki, Mila :)

sobota, 23 stycznia 2016

Najlepsza wcierka do włosów przetłuszczających się i cienkich - Aloevit

Moje włosy są cienkie i przetłuszczające się - taki opis mogłabym dodawać do każdego wpisu, bo raczej ciężko te właściwości zmienić ;) Szczególnie teraz, kiedy czapka idzie częściej w ruch, to co dwa dni muszę myć głowę. Na szczęście mam sprawdzoną wcierkę, która przedłuża świeżość włosów i jest w stanie je odświeżyć nawet pomiędzy myciami!



O jakiej wcierce mowa? Aloevit, płyn odżywczo - wzmacniający firmy Kosmed, ten produkt towarzyszy mi już od dawna, we wpisie o ograniczeniu przetłuszczania włosów (klik) o nim pisałam, a to było dwa lata temu :) Przez ten czas płyn zmienił trochę swój wygląd oraz formułę, a mimo to nadal jest świetny!

Skład oparty jest na alkoholu, nie każdy go lubi, ale wydaje mi się, że ta nowsza wersja ma go trochę mniej lub jego działanie jest "zamortyzowane" poprzez inne składniki - po prostu czuję go w wcierce dużo mniej. Poza tym zaraz na przodzie składu znajduje się ekstrakt z korzenia łopianu, aloes, olej rycynowy, a trochę dalej m.in. olejek lawendowy, rozmarynowy, olej oczarowy, glyceryna, wapń, olej kukurydziany, biotyna i wiele innych olejów oraz składników. Skład jest naprawdę bogaty i nastawiony na włosy i ich wzmocnienie.


Płyn Aloevit zamknięty jest w szklanej butelce o pojemności 100 ml (która włożona jest do kartonika), cena to mniej niż 10 zł, więc nie jest wygórowana. Zapach ma alkoholowo-ziołowy, nie utrzymuje się długo na włosach. Szkoda, że nie zastosowano w nim aplikatora jak we wcierce Joanna Rzepa, ale na szczęście przez niewielką dziurkę nie wylewa się na raz zbyt dużo produktu.


Jak stosować? No cóż, tutaj trochę rozmijam się z założeniami producenta, który mówi, żeby zostawić go na 5-10 minut i w razie potrzeby umyć włosy szamponem... a co jeżeli nie mam takiej potrzeby? ;) Szczerze mówiąc płyn nakładam po myciu (jak zazwyczaj robię z wcierkami) i tyle, zostawiam aż do następnego mycia głowy - zresztą z poprzednią wersją robiłam tak samo.
Nie miałam nigdy z tego powodu jakiś problemów, a myślę, że dzięki temu wcierka zadziała lepiej. Czasami zdarza mi się ją stosować między myciami, kiedy nie mam możliwości umycia włosów, a są niezbyt świeże. Rozczesuję włosy, wcieram niewielką ilość w skórę głowy i lekko wysuszać suszarką na niskiej temperaturze - taki trick daje mi kolejny dzień świeżych włosów! Kluczem jest tylko to, żeby włosy nie były już naprawdę mocno przetłuszczone, bo wtedy nim im już nie pomoże. Niestety, ale suche szampony u mnie odpadły ze względu na to, że okropnie mnie po nich swędzą włosy.

Po użyciu wcierki mogę myć włosy co trzy, a nie co dwa dni, a co z baby hair? Cały czas rosną i rosną :) Nie mam typowego wysypy, bo w sumie od lata cały czas coś wcieram/łykam na włosy, ale wcierka na pewno wzmacnia włosy i podczas jej stosowania nie mam dużych problemów z wypadaniem. Na chwilę obecną to jest moja ulubiona wcierka, może z nią konkurować tylko Joanna Rzepa, która również świetnie działa, natomiast Jantar się przy niej chowa :)

Znacie ten płyn? Jakie są Wasze ulubione wcierki?
Buziaki, Mila :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...