środa, 29 kwietnia 2015

Olejek dla skóry tłustej i mieszanej|Olejek z drzewa herbacianego Etja

Olejek z drzewa herbacianego - kto go nie zna? Chyba każda z nas chociaż raz o nim słyszała :) Ja swoją pierwszą przygodę miałam z nim kiedy miałam jakieś 12/13 lat i kanałowe leczenie zęba... które nie za bardzo wyszło dentystce i pół twarzy mi opuchło ;) wtedy stosowałam napar z szałwii oraz olejek herbaciany do płukania jamy ustnej.

***
Przed napisaniem więcej na temat olejku z drzewa herbacianego chciałabym podkreślić baaaardzo ważną sprawę - na wielu stronach można przeczytać, że jest on bezpieczny w stosowaniu solo jako jedyny olejek eteryczny. Wszystkie inne olejki rozcieńcza się z olejem bazowym. Jednak nie zalecam stosowania olejku z drzewa herbacianego w postaci nierozcieńczonej! Jeżeli chcecie poeksperymentować kosztem swojej twarzy to proszę bardzo ;) ale co najwyżej myślę, że na niezbyt wrażliwej skórze może być stosowany jedynie punktowo bez rozcieńczenia. Natomiast nałożenie go na całą twarz, która na dodatek jest jeszcze podrażniona (po kwasach albo po peelingu, czy chociażby sama w sobie jest wrażliwa) może po prostu skończyć się oparzeniami. Niestety widziałam kilka blogerek, które polecały stosowanie tego olejku solo na całą twarz, często po różnych zabiegach :/ Olejki eteryczne są naprawdę silne i skoncentrowane, więc nawet tak pozornie bezpieczny olejek jak ten z drzewa herbacianego może mocno podrażnić. Warto więc zachować rozwagę i stosować zalecane propocje czyli 3 - 5 kropli olejku eterycznego na 10 - 12 kropli oleju bazowego (może to być rycyna, olej kokosowy, olej jojoba, ze słodkich migdałów). Najlepiej zaczynać od najmniejszych wartości a potem obserwować reakcję skóry i po prostu zwiększać ilość olejków eterycznych. Jeżeli więc nie wiecie jak wasza skóra reaguje na dany olejek nie słuchajcie kogoś kto zapewnia Was, że nic się nie stanie! Właściwie używane olejki eteryczne nie robią krzywdy, oczywiście o ile nie jest się na nie uczulonym :)
***


Olejek z drzewa herbacianego pojawił się w moim życiu na stałe kilka lat temu, kiedy okazało się, że mam okropne uczulenie na ukąszenia muszek. Moje nogi w ciągu jednej nocy spuchły jak balony i pokryły się twardymi bąblami. Otrzymane w aptece leki mi nie pomagały, ale akurat nie miałam w domu tego olejki, więc w akcie desperacji posmarowałam nogi maceratem łopianowym z dodatkiem olejku z drzewa herbacianego, który stosowałam do włosów i w ciągu jednego dnia nastąpiła znaczna poprawa. A potem już popędziłam do apteki po olejek herbaciany :) Jakiś czas temu pisałam Wam TUTAJ o produkcje, który uratował moje stopy i też ma w składzie sporo olejku herbacianego.

Olejek herbaciany ma bardzo szerokie spektrum działania jest on olejkiem antyspetycznym, przeciwzakaźnym, bakterio oraz grzybobójczym, przeciwbolowym oraz antywirusowym. Do tego doskonale odświeża. Więcej informacji na jego temat możecie znaleźć TUTAJ jest to strona ukazująca produkt, którego używam obecnie, czyli olejek z drzewa herbacianego Etja, warto dodać, że jest to produkt naturalny.
Pamiętajcie, żeby na skórę oraz ogólnie do inhalacji czy sprzątania używać tylko naturalnego olejku! Często można kupić bowiem olejki zapachowe, które są przeznaczone do kominków aromatycznych, ale to tylko chemiczna kompozycja, która absolutnie nie może być nakładana na skórę! Poza tym taki olejem w inhalacji nie działa tak dobrze jak naturalny olejek. Dlatego też polecam korzystanie ze sklepu Etja, nie tylko ze względu na to, że z nimi współpracuję, ale głównie ze względu na to, że olejkami eterycznymi zajmują się od 20 lat, więc znają się na rzeczy. Mogę też polecić Mazidła oraz Zrób Sobie Krem, bo z ich olejków eterycznych też korzystałam. Więc jeżeli kupujecie zwłaszcza olejki eteryczne to róbcie to u sprawdzonych sprzedawców, bo inaczej może okazać się, że zakupiony został sztuczny olejek :/ Kupując w aptekach też trzeba na to zwrócić uwagę!

Zawartość limonene oraz linaloon nie świadczy o tym, że olejek jest sztuczny, bo to naturalne substancje występujące w tym olejku, po prostu powyżej określonej zawartości muszą być wymienione na opakowaniu :)
A w ramach ciekawostki dodam, że drzewo herbaciane czyli Malaleuca Alternifolia nie ma wiele wspólnego z herbatą, ani nawet nie jest drzewem tylko krzewem. Za to jest "kuzynem" krzewów Manuka, których liście pomagają w walce z trądzikiem (i wylądowały w kosmetykach Ziaja z serii Liście Manuka). A samo drzewo herbaciane wygląda tak: (źródło australianseed.com)



Olejek z drzewa herbacianego Etja jest zapakowany w kartonik z ulotką na której można znaleźć najważniejsze informacje dotyczące stosowania olejków eterycznych, bardziej rozbudowane informację można odnaleźć na stronie Etja KLIK. Sama buteleczka jest wykonana z ciemnego szkła i ma porządną zakrętkę, dzięki temu nawet w podróży nic się nie wyleje. Dzięki kroplomierzowi/zakraplaczowi (czy jak tam się to ustrojstwo nazywa :P) można bez problemów odmierzyć ilość olejku. Wielki plus za to, że kropelki lecą dosyć szybko, bo w wielu opakowaniach tego typu trzeba czekać wieki zanim kropelka zdecyduje się na wypadnięcie ;)



Do czego ja stosuję olejek z drzewa herbacianego? Przede wszystkim jest on doskonały dla skóry tłustej i mieszanej. Doskonale odświeża, oczyszcza i ściąga skórę, pomaga też zwalczyć niedoskonałości. Mieszam go albo z tonikiem i przecieram skórę płatkiem kosmetycznym, albo po prostu mieszam go z olejem bazowym i nakładam na noc. Rano wszystkie zaczerwienienia są zgaszone. Myślę, że przypadnie on do gustu wszystkim właścicielkom skóry mieszanej oraz tłustej, bo jego działanie jest dosyć konkretne oraz szybkie. Warto jednak pamiętać, że może on wysuszać, więc umiar jest kluczowy :)

Olejek ten doskonale działa też na wzrost paznokci! Pamiętacie odżywkę olejową Laura Conti KLIK? Też go miała w składzie :) Moja ulubiona mieszanka na porost paznokci to olej kokosowy plus olejek z drzewa herbacianego plus olej ze słodkich migdałów! Taka mieszanka daje prawdziwego kopa paznokciom oraz pielęgnuje skórki.

Inne zastosowania urodowe olejku z drzewa herbacianego Etja to:
- używam go przy pedicure jako dodatek do wody, w której moczę nogi
- dodaję odrobinę do peelingu do skóry głowy - cukier mieszam z łyżką odżywki oraz kilkoma kropelkami olejku eterycznego z drzewa herbacianego, taki peeling doskonale odbija włosy od nasady, odświeża je oraz zapobiega przetłuszczaniu
- aromatyzacja powietrza z jego użyciem jest naprawdę przyjemna i relaksująca

Nie miałam jeszcze okazji stosować go na opryszczkę, ale na pewno wypróbuję, bo słyszałam, że działa wyśmienicie przy tym problemie, a jak pewnie wiecie dotykał on mnie niespotykanie często i nadal lubi o sobie przypomnieć :/


Olejek z drzewa herbacianego stosuję także do sprzątania oraz do prania, zwłaszcza w przypadku bielizny i ręczników właśnie ze względu na jego odkażające właściwości. Na Targach Kosmetycznych udało mi się też dobrać orzechy piorące, więc teraz w pewnym stopniu moje pranie jest bardzo eko :) Używam go także do czyszczenia łazienki, bo pozostawia świeży zapach.

No właśnie - zapach. Zapach olejku jak dla mnie jest miętowo-eukaliptusowo-zbutwiały :P Ale można się do niego przyzwyczaić, a stosowany do czyszczenia, na ciało, czy do kominków gubi tą zbutwiałą nutę i jest całkiem przyjemny. Warto jednak wiedzieć, że zapach jest na tyle silny, że przebija się przez wszystkie inne.

Myślę, że to produkt naprawdę godny uwagi i powinien znaleźć się w każdej łazience oraz apteczce. Zwłaszcza teraz, kiedy zaczyna się sezon na muszki oraz komary ;) Do tego dochodzi niska cena, tutaj kosztuje niecałe 10 zł za 10 ml, w podobnej cenie można go znaleźć też w innych miejscach.
Jeżeli chcecie poznać inne olejki eteryczne to szeroki wybór znajdziecie w sklepie Etja, który oferuje też oleje do pielęgnacji ciała i włosów

Znacie olejek z drzewa herbacianego? Do czego go używacie?
Buziaki, Mila :)

Yankee Candle - mała świeca Sicilian Lemon|Czuć cytrynę czy nie?

Ta świeca trafiła do mnie jakoś jesienią, wygrałam ją w rozdaniu u Marii N., ale zima jakoś nieszczególnie inspirowała mnie do wąchania sycylijskiej cytryny, więc na wielki debiut czekała do ocieplenia temperatury. Jak sprawdziła się mała świeca Sicilian Lemon od YC (zapach dostępny w goodies.pl).


Zapaliłam dwa razy po około 3 - 4 godziny i zapachu nie czułam - takie było moje pierwsze doświadzenie. Poczułam się więcej niż zawiedziona, w końcu woski pachną, a świecie, które nie kosztują mało nic a nic? Na szczęście okazało się, że Marzena ma większe doświadczenie z świecami oraz woskami i poleciła mi zostawić święcę postawioną do góry nogami na tydzień, bo według jednej z teorii dzięki temu olejki zapachowe trochę spływają. Owinęłam też świeczkę grubo folią aluminiową, bo trochę tunelowała i jakie efekty?
Zapach poczułam chyba dopiero po godzinie palenia, ale za to jaki mocny! Po prostu soczysta, konkretna cytryna! Lekko kwaskowata cytryna z odrobiną słodyczy. Uwielbiam cytrusy, więc ten zapach pokochałam od pierwszego poczucia.


Bez wątpliwości stał się to jeden z moich ulubionych zapachów. Długo unosi się w powietrzu, pachnie mocno, ale nie przyprawia o ból głowy. Dodatkowo zauważyłam, że doskonale roznosi się po całym domu i na moich skromnych 70 metrach kwadratowych czułam go praktycznie w każdym pomieszczeniu! Czyli jest moc i to całkiem spora ;) Na pewno w przyszłości zaopatrzę w wosk Sicilian Lemon, aby móc sobie porównać świecę z woskiem.

Czy kupię jeszcze jakąś świecę od YC? Nie wiem, bo palą się one bardzo długo... a ja lubię szybki zmieniać zapachy :D Ale na pewno zaopatrzę się w jakieś samplery, a jeżeli zapach przypadnie mi do gustu to nie wykluczam zakupienia świecy. Ta świeca jak i różne inne dostępne są w sklepie goodies.pl KLIK.

Znacie ten zapach? Podoba Wam się?
Buziaki, Mila :)






wtorek, 28 kwietnia 2015

Dlaczego MUSISZ mieć olej kokosowy?|Recenzja oleju z miąższu kokosa Etja

Olej kokosowy jeszcze jakiś czas temu brylował w łazienkach włosomaniaczek, a potem... no cóż dopadło go to co prędzej czy później dopada każdą gwiazdę - rutyna i nowe pokolenie ;) a że oleje są baaaardzo w modzie to pojawiają się coraz nowsze propozycje. Mimo to olej kokosowy zawsze był i zawsze będzie w mojej łazience. Obecnie zaszczytne miejsce zajmuje olej z miąższu kokosa BIO firmy Etja. Myślę, że to jeden z bardziej uniwersalnych olejów.



Dlaczego musisz mieć olej kokosowy w łazience?

1. Działa na ciało - może nie każdemu działać na włosy (chociaż u mnie efekt jest super), ale na ciało sprawdzi się w 90% przypadków. Jako balsam do ciała na suchą lub mokrą skórę (w drugim przypadku nie zostaje na skórze i można od razu ubrać białą bluzkę do pracy i nie martwić się o plamy), jako "maska" całonocna na zniszczone pięty, jako "maska" na ręce (przy okazji super działa na paznokcie!), idealny do olejowania pod paznokciami (po prostu nabieram trochę zimnego oleju kokosowego a on powoli się rozpuszcza). Ma bardzo szerokie zastosowanie. Daje uczucie nawilżenia, lekkiego natłuszczenia i odżywienia. Jest też wydajny.

2. Masaże i aromaterpia - zapach oleju kokosowego jest po prostu cudowny (o ile uwielbia się kokos) coś jako lekko gorzkie wiórki kokosowe. Poza tym roztapia się on w temperaturze powyżej 24/25 stopni (wcześniej jest zwarty i twardy), więc można go roztopić w kontakcie ze skórą. Moim zdaniem jest to najlepszy olej do masażu, ponieważ po roztopieniu ma dosyć "wodnistą" konsystencją, więc gładko sunie po ciele, nawet jeżeli wchłania się dosyć szybko. Jest więc też idealny do łączenia z olejkami eterycznymi, TUTAJ pokazałam jeden taki przepis, akurat z olejek rafinowanym, ale ten nierafinowany jest lepszy, bo zachowuje więcej składników :) 

3.Naturalny deodorant - to chyba jeden z powodów dla których ten olej zawsze musi być w mojej łazience, jest to bowiem naturalny i bezpieczny deodorant. Olej kokosowy ma właściwości przeciwgrzybiczne oraz antybakteryjne, około 3- 4 łyżki oleju można wymieszać z 1/4 łyżki sody oczyszczonej i uzyskać w ten sposób naturalny deodorant. Ja osobiście nie stosuję sody, tylko sam olej kokosowy. Oczywiście nie jest to bloker, więc nie zmniejszy pocenia, ale dla mnie to jest ważne ze względu na to, że kiedy tylko mogą staram się nie używać środków blokujących oraz deodorantów, bo miałam kilka lat temu poważne podrażnienia pach ze względu na ich używanie. Pocimy się trochę mniej, ale pot nie pachnie brzydko. Do tego skóra pod pachami jest w doskonałym stanie - nawilżona, gładka, wszelkie podrażnienia po depilacji są wspomnieniem!




Poza podanymi zastosowaniami można go używać na wiele innych sposobów. Doskonale nadaje się do robienia kosmetyków w domu, które muszą zachować trochę zbitą konsystencję. Nie wspominając o takich sprawach jak stosowanie go w celach kulinarnych oraz ssanie oleju, który przy oleju kokosowym staje się dosyć przyjemnym zajęciem. W razie zabrudzenia nim ubrań bardzo łatwo się spiera.



Co do samego oleju kokosowego Etja to jest on zapakowany w porządny słoiczek. Taka forma pakowania pozwala na użycie go do "ostatniej kropli" oraz na łatwe wydobywanie bez konieczności podgrzewania opakowania. Na opakowaniu znajdują się wszystkie potrzebne informacje, a naklejka nie ściera się po pierwszym załapaniu jej mokrymi rękoma ;) Jasne, po prawie miesięcznym użytkowaniu i dotykaniu mokrymi/naolejonymi rękoma nie jest piękna, ale nadal się nie odkleiła ani nie starła. Wielki plus też za zakrętkę, która otwiera się na tyle łatwo, że mając nawet mokre ręce można bez problemów otworzyć oraz zamknąć kosmetyk.

Posiada on certyfikat bycia produktem BIO, więc nie jest to kolejny produkty z serii "bio i luksusowy", który w rzeczywistości taki nie jest.
Cena wyjątkowo korzystna, bo 18 zł za 150 ml produktu, który jest naturalny, wytworzony z surowców ekologicznych i nie jest rafinowany. Uważam, że olej kokosowy to o tyle dobry pomysł, że nawet jeżeli nie sprawdzi się na przykład w pielęgnacji włosów to może sprawdzić się w masażach. Jak dla mnie wraz z olejem rycynowym są doskonałą bazą do wszelkich eksperymentów.
Cała oferta firmy Etja do zobaczenia TUTAJ.

A Wy lubicie olej kokosowy? A może macie jakiś inny olejowy "must have"?
Buziaki, Mila :)

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

IV Targi Kosmetyczno-Fryzjerskie we Wrocławiu - relacja+zakupy

Sobotę 25 kwietnia spędziłam w bardzo miłym towarzystwie :) Razem z Marią N. ruszyłyśmy w wspólną podróż na wrocławską Halę Stulecia. Akurat trafiłyśmy na tramwaj pełen rodziców z dziećmi udającymi się do wrocławskiego zoo... więc podróż tramwajem spędziłam wciśnięta między biletomat a jakiegoś dwumetrowego ojca haha :D Ale ważne, że dotarłyśmy (szkoda tylko, że w pomniejszonym składzie :( ), a po dotarciu na miejsce mignęła nam Agusiak (i okazało się, że dobrze mieć nietypowe imię, bo jak tylko usłyszałam "Milena!" to się odwróciłam :D).
Na początku myślałam, że w Hali będą tłumy oczekujące na IV Targi Kosmetyczno-Fryzjerskie Dni Urody i Spa we Wrocławiu i chociaż faktycznie przy kasach było sporo osób to szybko udało się nam wejść do środka, a po kilku chwilach tłum się rozszedł i było o wiele luźniej. Myślę, że w przyszłym roku też wrócę na to wydarzenie.
Wszystkie zdjęcia są autorstwa Marii N. bo Mila zapomniała aparatu :D

Całe targi obeszłyśmy w jakieś niecałe 1,5 godziny. Potem obeszłyśmy je jeszcze prawie dwa razy. Na początku myślałam, że to minus i poczułam niedosyt, ale na dobrą sprawę dzięki temu oraz temu, że nie było tłumów mogłyśmy podejść do każdego stanowiska, nigdzie nie musiałyśmy się przepychać, miałyśmy też okazję skorzystać z różnych zabiegów, a w razie potrzeby bez problemów wracałyśmy po jakieś zapomniane zakupy. Poza tym nie wiem jak Wy, ale ja zawsze dłuższy pobyt w mieście oraz w tłumie muszę odchorować bólem głowy, zmęczeniem i uczuciem, że jestem cała posklejana od kurzu ;) Może zabrakło kilku stanowisk więcej, ale na dobrą sprawę takie niewielkie targi mi się spodobały :)

Jedną z pierwszych marek na których stanowisko zwróciłyśmy uwagę była marka Resibo, która pochodzi z bliskiej mi Świdnicy. Szczególnie zainteresowała nas ściereczka do demakijażu z olejkiem, czyli po prostu zestaw do olejowego oczyszczania skóry :)


Skorzystałam też z możliwości podejrzenia mojej skóry głowy przy pomocy specalistycznego sprzętu. Niestety, ale wydawało mi się, że Pani, która mnie obsługiwała nie miała wielkiego pojęcia na temat skóry głowy oraz włosów :/ Powiedziałam, jej, że przetłuszczaj mi się skóra głowy, a ona odpowiedziała, po chwili, że mam przetłuszczającą się skórę głowy :D W każdym bądź razie mogłam potwierdzić swoje przypuszczenia na temat tego, że moja skóra głowy z przodu jest w gorszym stanie niż z tyłu. Mogłam też w przybliżeniu zobaczyć moje włosy i okazało się, że ich stan jest dobry, a zniszczone końcówki to rzadkość :)



Pozytywnie zaskoczyła mnie marka Sylveco z mego uśmiechniętymi konsultantami, którzy od razu witali wszystkich sporą torbą próbek, a do każdego zakupu można było wybrać sobie dowolną pomadkę. Za pierwszym razem skusiłam się na żel do higieny intymnej z ich nowej serii BioLaven oraz pomadkę peelingującą. A potem trafił do mnie jeszcze krem pod oczy oraz pomadka brzozowa.


Zakręciłam się też wokół stanowiska nieznanej mi dotychczas firmy Biotanic w celu bliższego poznania masła shea. Pędzle Maestro okazały się niezbyt dobrym wyborem, chociaż są porządnie wykonane to trzonki mają meeega długie i niewygodnie leżały mi w dłoni :/ ale za to mieli tam bardzo przystojnego Pana :P  Sklep Atalla przygotował ciekawą ofertę a miły Pan "częstował" nasze dłonie naturalnymi olejkami arganowymi oraz różanymi :)


W planach miałam też zakup odżywki do włosów, udało mi się to uczynić na stanowisku sklepu Kalina. Interesowały mnie też piwne kosmetyki Saela, ale cóż... cena nie była niższa niż w sklepie internetowym, a kiedy tylko wzięłam do ręki opakowani odżywki to wyskoczyła na mnie konsultantka z testerem w dłoni. Nie dość, że nie miała testera odżywki to jeszcze to co miała w dłoni było w jakiejś zastępczej buteleczce i ściskała ten tester jak największy skarb... Szkoda, że firma nie była w stanie poświęcić po jednej butelce swoich produktów to testowania przez odwiedzających, w końcu butelka jest też ważna w użytkowaniu, a na dodatek firmy mające kremy w dużo większych cenach często miały jako testery nawet po kilka opakowań tego samego produktu...


Firma TianDe uraczyła nas zabiegiem na dłonie. Pierwszy raz miałam okazję wypróbowania peelingu enzymatycznego i wow! To działa :D A do tego ich kosmetyki przepięknie pachną, aż chciałoby się je zjeść. Efekty był naprawdę długotrwały :)


Dzięki LaboratoriumNOVA miałam okazję przyjrzeć się kosmetykom GoCranberry, ale zawiodłam się na ich zapachu niestety :/ Myślałam, że będzie bardziej żurawinowy. Nie wykluczam jednak zakupów w przyszłości.


Skorzystałyśmy też z masażu firmy SmartMassage. Urządzenie wielkości mp3 potrafiło nieźle wymasować zmęczone noszeniem zakupów ramiona ;) A szczególnie spodobał mi się masażer-łapka, którego niestety na zdjęciach nie ma.



Do tego miałam okazję zobaczyć wiele ciekawostek, takich jak gąbka o konsystencji galarety :P kremy ze śluzu ślimaka czy ze smoczej krwi (cholera wie skąd oni wzięli tego smoka :D), czy przepiękne włoskie mydła. Gdzieś po drodze zaatakowała mnie też Pani z metodą depilacji, która polega na... pocieraniu czymś w stylu papier ścierny po skórze xD Niestety, nie usunęło wszystkich włosów na ręce i jeszcze bolało :P
Ogólnie zauważyłam też dwa trendy - mega technologie albo powrót do natury ;) Więc komórki macierzyste i infuzje tlenowe przerywane były kosmetykami eco oraz olejkami :) Powzdychałam chwilę do masażerów za grube pieniądze i foteli do manicure po 20 tysięcy :P Może kiedyś, kiedyś ;)








Z targów przywędrowały do mnie skromne zakupy oraz masa próbek i katalogów/broszurek :)
Poniżej widać pomadki od Sylveco, żel do higieny intymnej, odżywkę Natura Siberica, krem pod oczy, mydło Aleppo, masło shea oraz orzechy piorące z Mydlarni u Franciszka.


Różne próbki, w tym próbki trzech różnych mydełek ze sklepu Kalina, próbki kosmetyków Natura Siberica oraz podwójne próbki Sylveco (dopiero później się zorientowałam, że dostałam kolejny raz próbki do zakupów :)) oraz kilka mniejszych próbek z innych miejsc. Nie wspominając ile rzeczy wsmarowałam w swoje ciało :D


Sterta ulotek i katalogów, długopisy oraz opaska z mikrofibry :)


Uffff to wszystko! :) Ogólnie Targi wspominam bardzo przyjemnie i na pewno ucieszyłabym się gdyby były odrobinę większe :)

A może któraś z moich czytelniczek też była na tych Targach? :)
Buziaki, Mila :)

niedziela, 26 kwietnia 2015

Ekologiczny hydrolat z róży białej Mazidła|Czy hydrolaty są dla Ciebie?

Coraz bardziej skłaniam się ku naturalnej i ekologicznej pielęgnacji. Dlatego ze sklepu Mazidła wybrałam sobie do testowania między innymi ekologiczny hydrolat z róży białej. Na pewno skusił mnie opis dostępny na stronie mazidła.com :
Dzięki obecności olejków eterycznych hydrolat działa gojąco, przeciwzapalnie i łagodząco.
Posiada działanie antyseptyczne, antybakteryjne i lekko ściągające; polecany jest przy drobnych ranach i poparzeniach oraz w formie okładów na podrażnione i zmęczone powieki.
Wykazuje ponadto działanie wzmacniające wobec naczynek krwionośnych, antyoksydacyjne i przeciwzmarszczkowe. Hydrolat różany polepsza ogólną kondycję skóry – wygładza, matuje, oczyszcza i ożywia. Działa ponadto odmładzająco, regenerująco, przeciwdziała starzeniu się skóry i zmarszczkom. Poprawia także elastyczność i gładkość skóry.
Od strony aromaterapeutycznej, zapach różany wykazuje działanie uspokajające, stosowany przed snem (wystarczy skropić poduszkę) łagodzi napięcia, stresy , stany lękowe i bóle głowy różnego pochodzenia.
Cały opis znajdziecie TUTAJ.


Nie mam skóry typowo trądzikowej, jest ona mieszana i nie jest idealnie gładka. Do tego moje oczy często są opuchnięte ze względu na pracę przy komputerze. Poza tym uwielbiam zapach róży, dlatego właśnie hydrolat z białej róży wydawał mi się idealnym wyborem.

Na początek powiem kilka słów o zapachu do którego okropnie zraziłam się po przybyciu do mnie przesyłki ;) Dlaczego? Bo chciałam go powąchać i jakimś cudem wlałam sobie trochę hydrolatu do nosa :D a jak wiadomo co za dużo to niezdrowo i po jakiejś godzinie, kiedy cały czas czułam okropnie mocny zapach róży zraziłam się do niego na tyle, że przez ponad tydzień używałam produktu z zatkanym nosem ;) Ale kiedy już mi przeszło to bardzo polubiłam zapach, jest słodki, niezbyt mocny, relaksujący, trochę miodowy. Doskonale sprawdza się przed snem, bo pomaga się odprężyć. Nie utrzymuje się długo na skórze, jest raczej ulotny, ale nie jest to minus.


Sama butelka jest wykonana z grubego i ciemnego szkła, najlepiej część produktu sobie przelać do innego pojemniczka - ja przelałam do pustej, plastikowej buteleczki po olejku z atomizerem. Dzięki temu można sobie bez kłopotów spryskiwać twarz i używać bez obawy o to, że wyleje się za dużo produktu albo, że spadnie on i się potłucze. Ja do innej buteleczki przelewam niewielką ilość, dzięki temu reszta jest schroniona w głębi szafki przed światłem i tym samym przed szybszym popsuciem. 

Ekologiczny hydrolat z białej róży z Mazideł polubiłam szczególnie jako tonik. Dobrze oczyszcza skórę, delikatnie ściąga ale nie daje uczucia mocnego ściągnięcia i tym samym nie czułam potrzeby szybkiego nałożenia kremu. Doskonale sprawdza się też jako okłady na oczy. Po prostu odrobinę hydrolatu trzymałam w lodówce a potem nasączałam nim waciki i nakładam na powieki. Po takim zabiegu opuchlizna się znacznie zmniejsza, a skóra jest gładka oraz przyjemnie nawilżona. Nie podrażnił mojej skóry, a wręcz pomagał niwelować wszelkie podrażnienia. Jest bardzo dobrą bazą pod wszelkie oleje stosowane na twarz czy na ciało.
Chętnie stosuje go także na włosy, bo na nich zapach utrzymuje się trochę dłużej. Nie ma obawy o to, że je wysuszy, doskonale sprawdza się przy skręcaniu na noc koczka-ślimaczka na suchych włosach.


Hydrolaty są o tyle uniwersalne, że można je stosować w wielu przypadkach - jako toniki, do okładów, jako odświeżająca mgiełka do ciała, do rozrabiania glinek oraz do ich spryskiwania, do tworzenia własnych kosmetyków. Ich spektrum działania jest bardzo szerokie, ceny niewielkie (np. kupując pół litra tego hydrolatu zapłacić trzeba tylko około 37 zł, a taka ilość wystarczy na bardzo długi czas!). Poza tym istnieje wiele różnych hydrolatów, więc nie ma większych kłopotów z doborem odpowiedniego dla siebie.

Znacie ten hydrolat? A może macie jakiegoś ulubieńca wśród hydrolatów?
Buziaki, Mila :)

czwartek, 23 kwietnia 2015

Co kupować na promocjach -40% i -49%|Natura & Rossmann

Zaczęła się wiosna, czas na zmiany :) więc Natura i Rossmann znowu kuszą kosmetykami. W końcu -40% albo nawet -49% brzmi... świetnie! Noo... z tym Rossmannem to taka plotka, ale zazwyczaj te plotki się potwierdzają. Patrzcie w piątek czy promocja się pojawiła czy nie.


Co warto kupować na takich promocjach?
Tylko to co naprawdę jest Ci potrzebne! Naprawdę, promocja jak promocja. Szczerze to ceny nie zawsze powalają, a nie raz nie dwa zdarza się, że sklep zawyża cenę produktu na kilka dni przed tylko po to, żeby potem móc go sprzedać "taniej" ;) W rezultacie oszczędza się zawrotną sumę grosza albo dwóch, czasami do interesu trzeba dopłacić. Dlatego punkt pierwszy brzmi - nie rzucaj się na promocję! :D W sklepach internetowych niejednokrotnie można kupić taniej a koszty wysyłki rekompensują przedzieranie się przez dzikie tłumy, wymacane produkty, oszustwa na cenach oraz ewentualne pieniędze za bilet autobusowy/paliwo ;) Lepiej sprawdzić czy cena faktycznie jest konkurencyjna.




A punkt drugi brzmi - nie kupuje jak nie potrzebujesz. Łatwo wpaść w pułapkę promocji i zakupów, a potem okazuje się, że ma się zapas na rok... a przecież za kilka tygodni/miesięcy znowu będzie jakaś fajna promocja i trzeba będzie znowu coś kupić "bo przepadnie". W ten sposób przepadają tylko i wyłącznie kosmetyki! Dlatego postanowiłam nic nie kupować na żadnej promocji, bo w sumie... nic dobrego z tego nie wychodzi :D Poza tym nie lubię zakupów "pod presją" oraz dzikich tłumów w sklepie. Więc odpuszczam, nie umrę jeżeli nie będę miała pięciu tuszów w zapasie.
Głupi przykład - ale szukałam gazetki Natury do tego wpisu, zobaczyłam -30% na produkty do depilacji i pomyślałam "o, kupię coś!" a po chwili dopiero "a po chuj mi to?". No właśnie :P Mam paczkę maszynek, nowy żel do golenia, nową paczkę plastrów i pół tubki kremu do depilacji. No i jeszcze depilator, który używam. A zanim to zużyję to będzie z 10 promocji po drodze :)

A Wy poczyniłyście zakupy? A może planujecie? :)
Buziaki, Mila :)

środa, 22 kwietnia 2015

Co u moich włosów słychać? #3

Dawno nie było tutaj o moich włosach ;) Ale w sumie... od pewnego czasu nie dzieje się z nimi NIC.

Ostatni raz podcinałam je w okolicach października/listopada i o dziwo nie mam żadnych rozdwojonych końcówek! Szok i niedowierzanie, bo wcześniej często mi się to zdarzało, a teraz muszę nieźle się namęczyć, żeby znaleźć jedną rozdwojoną końcówkę. Nie planuję, więc ich podcięcia dla samego podcięcia, ale myślę nad zmianą kształtu. Teraz to bliżej nie określone proste włosy (a mówiłam "poproszę w V" :P ) Długość? Chyba trochę krótsza niż rok temu ;) Wszystko przez genialny pomysł mojego męża "zetnij 10 cm" i jego obcinanie :D Ale w sumie nie żal mi długości, po prostu nie mam na nie pomysłu.

Porównanie długości, pierwsze zdjęcie to luty 2014, drugie kwiecień 2014 i w końcu kwiecień 2015 :)





Kolor jak widać też jest bliżej nie określony... Mam też spory odrost, który jednak wygląda na tyle naturalnie przy obecnym kolorze, że na razie go zostawiam. Aczkolwiek mam jeszcze kilka szamponetek w szafie i chyba sobie strzelę albo czerwień albo brąz. Muszę tylko się w końcu zmobilizować do przemyśleń :P

Jaką fryzurę noszę najczęściej? Wszelkie kucyki, koczki, warkocze. Czyli wszystko to co wygodne i niewymagające dużego zaangażowania. Zazwyczaj włosy zostawiam same sobie, po prostu rosną, wywijają się i żyją. Czasami za to kręcę je albo na jakieś metody nie używając ciepła, albo przy pomocy lokówki, którą dostałam na urodziny :)

Tutaj loki uzyskane przy pomocy warkoczy-ślimaczków na noc.



 A tutaj na wypełniaczu do koka - pełny opis TUTAJ.



Oraz efekt uzyskany lokówką, a raczej efekt na drugi dzień po reaktywacji koczkiem ślimaczkiem oraz wodą różaną ;) Ogólnie nabieram coraz więcej wprawy w pracy z lokówką, a moja jest baaardzo fajna i niedługo napiszę o niej więcej :)




Zauważyłam też zwiększone przetłuszczanie, ale to wina szamponu :/ W ruch idzie więc soda i glinka i będę odświeżać skalp :D Poza tym muszę kupić nową odżywkę, bo mi się skończyła i nakładam na nie tylko odrobinę maski z olejem. 

Podsumowując krótko:
- nie wiem co z nimi robić
- nie wiem co robić z kolorem
- nie wiem jaką odżywkę kupić (może piwna? na targach kosmetycznych we Wro będą chyba piwne kosmetyki.... a tak btw - ktoś będzie na targach?)
- nie wiem nic
POMOCY! :D Po raz pierwszy w życiu nie wiem co chcę zrobić z moimi włosami. To się kończy nietrafnymi decyzjami ;)

A co u waszych włosów słychać? :) Jakie zmiany przyniosła wiosna?
Buziaki, Mila



wtorek, 21 kwietnia 2015

Yankee Candle - Black Coconut|Męski kokos

Uwielbiam kokosa i jego zapach, wspominałam o tym już nie raz. Yankee Candle - Black Coconut (zapach dostępny w goodies.pl) był więc moim naturalnym wyborem, bo w końcu... kokos, a na dodatek czarny? To musi być ciekawe :) No i jest ciekawie, a do tego według mnie dosyć... męsko. Jednak nie dyskwalifikuje to zapachu jako przyjemnego.



Czarny kokos jest ciemny, nie za słodki i spowity nutą tajemniczości. To drzewo cedrowe, które jest obecne w nutach zapachowych sprawia, że jest to trochę męski zapach, pachnie po prostu jak dobre, męskie perfumy, jednak nie jest ostry czy nieprzyjemny. O dziwno połączenie zapachów zastosowane w wosku jest dosyć rześkie i świeże. To trochę dziwne, bo kokos nie kojarzy mi się z czymś bardzo świeżym. Ah i tak... kokos, no właśnie - kokos jest, ale lekko wyczuwalny, moim zdaniem trochę za lekko. Kokos tutaj gra raczej drugie, albo trzecie skrzypce, co nie jest wadą, ale nie jest to zapach mocno kokosowy i na początku poczuł się trochę zawiedziona ;)

Co do trwałości i mocy to ten zapach nie jest tak silny jak Salted Caramel czy Cranberry Ice, jest dużo lżejszy i utrzymuje się też krócej, bo pachnie mocniej około 4 - 5 godzin, a potem zaczyna blaknąć. Nie trzeba się obawiać, że przyprawi o ból głowy, nawet w małym pomieszczeniu. 
Wosk ten jak i inne produkty Yankee Candle można kupić w sklepie goodies.pl

Znacie ten zapach, podobał Wam się?
Buziaki, Mila :)

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Ekologiczny olej tamanu Mazidła|Dlaczego warto go mieć?

Moja skóra jest mieszana w kierunku suchej, mam też rozszerzone pory. Szczerze nie mogę się powstrzymać przez dotykaniem mojej twarzy, a jak tylko widzę jakiegoś nieprzyjaciela to muszę go zniszczyć ;) Poza tym często nękają mnie opryszczki, teraz ich ilość się zmniejszyła i wiem jak działać, ale usta i tak cierpią przez długi czas. Dodatkowo urodzona ze mnie sierota i co chwilę gdzieś się podrapię, zadrapię albo przetnę.... Co ma wspólnego wszystko to? No cóż, jest jeden taki olejek, który może pomóc w każdym z tych przypadków!



Olej ten otrzymałam do testowania dzięki uprzejmości firmy MAZIDŁA. Jaki to olejek? Olej tamanu. Pod tą trochę egzotyczną nazwą ukrywa się płynne złoto i produkt naprawdę godny uwagi.


Olej tamanu ma działanie przeciwzapalne, przeciwbakteryjne, przeciwgrzybiczne i pobudzające regenerację tkanek. Regeneruje skórę, redukuje zmarszczki i poprawia napicie skóry zapobiega powstawaniu rozstępów. Przyśpiesza regenerację naczyń krwionośnych. Wspomaga proces gojenia, podwyższa odporność. Olej tamanu dobrze się wchłania w skórę, daje efekt uelastycznienia, nawilżenia, odżywienia i odprężenia. 
Używa się go jako dodatku do olejków leczniczych przy ropiejących i zainfekowanych ranach przy trądziku, zanieczyszczonej skórze. Zapobiega tworzeniu się zaskórników.



Jak się w rzeczywistości sprawdza ekologiczny olejek tamanu 

Bardzo dobrze działa punktowo jak i nałożony na całą twarz. Ma trochę lejącą konsystencję, więc niewielka buteleczka 10 g wystarczy na wieki. Olejek testowała też moja piętnastoletnia siostra i również ona zauważyła, że szybko pomaga zwalczyć stany zapalne oraz zmiany trądzikowe. Wystarczy nałożyć go na noc i rano skóra jest w dużo lepszym stanie. 

Nałożyłam go też na opryszczkę i to za to działanie najbardziej go pokochałam. Zastosowałam go już na wytworzony bąbelek (niestety, ale apteczna maść nie zatrzymała rozwoju opryszczki), zwykle do zniknięcia bąbelka potrzebowałam około 4 - 5 dni, plus jeszcze raz tyle na regenerację skóry. Z olejkiem tamanu zaleczenie opryszczki oraz regeneracja skóry zajęła... 3 dni! Jak dla mnie super wynik, nakładałam go raz rano, w ciągu dnia i na noc w większej ilości. Wypróbowałam go na drobne zadrapania (wiecie, mam dwa koty ;)) i też zauważyłam przyśpieszoną regenerację skóry. Na pewno nie zapycha i nie przyczynia się do powstawania zaskórników. Nie wysusza skóry stosowany na całą twarz.

Można go też mieszać z innymi olejami, jeżeli komuś przeszkadza zapach.
No właśnie zapach jest charakterystyczny. W buteleczce pachnie baaardzo mocno... rosołem i lubczykiem ;) Ale kiedy go nałoży się na twarz zapach rosołku się gubi i zostaje tylko lekko orzechowy i lekko ziołowy zapach. Nic strasznego w każdym bądź razie, chociaż szczerze powiem, że kiedy wyniuchałam go w butelce to miałam poważne wątpliwości co do tego, czy uda mi się go nałożyć :D


Jak już wspomniałam konsystencja jest lekko leista, a pod wpływem ciepła skóry lubi sobie spływać. Kolor jest żółtawy, po nałożeniu na całą twarz daje wrażenie zmiany koloru skóry, ale nie farbuje ani skóry ani poszewek. Wchłania się dosyć szybko. 
Powiem jeszcze kilka słów o buteleczce, która upadła mi i... przeżyła! :D Fajnie, że została zrobiona z ciemnego szkła, dzięki temu olejek na dłuższy czas zachowuje swoje właściwości. Olejek nie leci z otworu bardzo szybko, dzięki temu można go sobie dowolnie dozować. Można go kupić w sklepie Mazidła tutaj cena to około 10 zł/10 gram, można też kupić próbkę 5 g za trochę ponad 6 zł.

Jak dla mnie olejek tamanu to bardzo dobry produkt, który powinien znaleźć się w każdej kosmetyczce oraz apteczce. Nie kosztuje wiele a dzięki szerokiemu zastosowaniu doskonale sprawdza się w pielęgnacji. Dostaje ode mnie 10/10.

Znacie ten olejek? Stosujecie?
Buziaki, Mila :)

czwartek, 16 kwietnia 2015

K#%wa, ja pie^&olę! Czyli o przekleństwach blogera

Kiedy miałam jakieś 12/13 lat na wakacje do mojej wsi (tzn. wsi w której mieszkam, swojej wsi jeszcze nie kupiłam ;)) przyjeżdżały dwie siostry. Z obydwiema kumplowałam się tak samo i razem z liczną grupą przyjezdnych dzieciaków tworzyliśmy wspólną paczkę. Ale zwłaszcza jedną z nich, Agnieszkę, zapamiętałam sobie szczególnie, dlaczego? Bo nigdy nie przeklinała, a zamiast soczystej kurwy, mówiła "kwiatek". Takie miała zasady i chociaż było to dziwne to cóż, jej wybór.

Ja nigdy nie stroniłam od przekleństw, czasami powiem spierdalaj, czasami rzucę kurwą, powiem komuś 'no i chuj', wyrażę mój podziw krótkim 'o ja pierdolę!', czasami powiem komuś, że jest pojebany. Przeklinam też w towarzystwie mojej mamy ;) która czasami powie mi, że nie powinnam przeklinać, a czasami sama powie w akcie desperacji do swojego rozmówcy przez telefon "Ale ja mam dzieci debili!". Jak trza przekląć, to trza. W końcu przekleństwa to tylko słowa, nie stosuję kurwy jako przecinka, ale czy powinno się używać "brzydkich słów" na blogu?


Słowo pisane na blogu różni się tym od słowa mówionego, że teoretycznie mamy okazję, żeby się poprawić. Ale cholera - ja nie chcę się poprawiać! Dlaczego mam zrezygnować z przekleństwa? Naprawdę nie wydaje mi się, żeby moje teksty były pełne wulgaryzmów, czasami używam ich więcej, czasami mniej, a czasami w ogóle.
Z jednej strony rozumiem trochę czytelników, bo ostatnio widzę dziwny trend, że bycie "oryginalnym"  (a może "hipsterskim"?) blogerem jest... pożądane po prostu. A jak to najszybciej zrobić? A no rzucić kurwą tu i tam, wyzwać od chujów każdego i na śniadanie wpierdolić zdrową i pyszną jaglankę z mlekiem (z jebanych migdałów albo kurewskiego ryżu, bo te od krowy jest dla ćwoków!). Jestem dosyć wyczulona na to jak ludzie się sprzedają i niektórzy lubią sprzedawać się poprzez bycie wulgarnym - zawsze tak było, jest i będzie.


Jak dla mnie przekleństwa zawsze będą częścią mojego bloga. Nie mam zamiaru udawać, że ich nie używam, nie będę zmieniać ich na jakieś ładniejsze synonimy. Były, są i będą :D A co jeżeli na mój blog wejdzie jakieś dziecko? No.... to pewnie niczego nowego się ode mnie nie dowie w zakresie "brzydkich słów", bo wbrew pozorom dzieci wiedzą więcej niż rodzice by chcieli ;)

Przekleństwa są ludzkie, a nic co ludzkie nie jest mi obce. Nie mam zamiaru wybielać mojej osoby, nie chcę budować idealnego wirtualnego wizerunku Mili, która jest blogerką bez skazy i śpi w białej pościeli, przed śniadaniem biega, potem bierze prysznic w porannej rosie i słuchając śpiewu ptaków zjada jaglankę na tarasie. Nie, bo jestem pełna wad i skaz, mam okropny charakter, kiedy się budzę to rosy nie ma już od jakiś trzech godzin, a jaglanka smakuje mi trawą. No i mam uczulenie na aktywność fizyczną ;)

Tak, więc pozdrawiam Was szczerze moi drodzy czytelnicy :) I kiedy piszę, że coś jest chujowe, to naprawdę jest chujowe ;) Ja po prostu tak się wyrażam - prostacko i po chamsku bom dziołcha ze wsi!

A Wy co o tym myślicie? Czy Waszym zdaniem przekleństwa na blogach powinny być cenzurowane?
Buziaki, Mila :)

środa, 15 kwietnia 2015

Co mają wspólnego autyzm i niebieski lakier do paznokci?

Czy wiesz czym jest autyzm? Wiesz na czym polega ta choroba? Potrafisz powiedzieć coś na temat autyzmy? Wiesz jak zachowywać się w towarzystwie chorej osoby? Nie?
Nie martw się, ja też wiele o nim nie wiedziałam jeszcze jakiś czas temu. Autyzm był w mojej świadomości, ba - mam nawet przypadek w rodzinie. Ale nigdy nim się nie interesowałam i nie wiedziałam co się na niego składa. Teraz wiem, bo zwiększam swoją świadomość na temat tej choroby. 

Zachęca do tego akcja Blogi na niebieski 2015, przypomina ona, że autyzm jest wśród nas, że istnieje i że nie jest niczym dziwnym ani wykluczającym ze społeczeństwa. Chcesz się przyłączyć do akcji? Cały kwiecień jest dla nas miesiącem autyzmy, jeżeli masz bloga to po prostu dołącz się! A jeżeli nie masz bloga to poczytaj o autyzmie. Dowiedz się na czym polega, jak wygląda życie osoby z autyzmem, poczytaj co mówią rodzice chorych osób.

Niebieski to kolor autyzmu. Podziel się czymś niebieskim i powiedz innym dlaczego takie to ważne :)

A ja mam dla Was kilka niebieskich inspiracji. Mam nadzieję, że zainspirują Was do zapoznania się z autyzmem!



















Bądźcie niebiescy :) Zapraszam jeszcze raz do wydarzenia - KLIK

Buziaki, Mila :)

zdjęcia pochodzą z serwisu weheartit.com
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...