wtorek, 31 marca 2015

Wpadki włosomaniaczki

Chyba każda z nas w swojej karierze włosomaniaczki miała jakąś wpadkę. Ja w sumie zaliczyłam kilka mniejszych i większych wpadek z włosami w roli głównej ;)

Złotowłosa
Kiedy już byłam dosyć mocno w włosomaniactwie zapragnęłam być blondynką. Oczywiście stwierdziałam, że zrobię to tylko i wyłącznie rozjaśniaczem...po co fryzjer, po co jakieś kąpiele i co z tego wyszło? A no wyszło, że miałam złote włosy ;) Na szczęście ten zabieg pomimo trzymania rozjaśniacza 40 minut na głowie nie zniszczył moich włosów tak bardzo... ale do następnego mycia moje włosy były po prostu złote, a potem żółte. O dziwo ten kolor miałam na głowie długo, bo nie mogłam się zdecydować czy podoba mi się czy nie, a rodzina i znajomi podzielili się na dwie grupy - tych, którzy się zachwycali tym jak korzystnie wyglądam i na tych, którzy mówili, że mi nie pasuje ;) Ktoś chyba mnie okłamywał. Za to pasowałam kolorystycznie do koloru ścian w salonie mojej mamy :P



Zielone włosy
No taaakkk... w końcu nadszedł w kilku miesiącach czas, kiedy zdecydowałam, że żółć mi nie pasuje :P Pierwsza zasada? Rozjaśnianych włosów się nie farbuje na brązowo, bo wyjdą zielone! Oczywiście musiałam to sprawdzić na moich włosach i potwierdzam - wychodzą zielonkawe. Po dwóch dniach pokryłam to rudością i wyszedł za to całkiem ładny brąz ;)


Żelatyna we włosach...
Laminowanie włosów było zabiegiem, który fundowałam sobie często. Aż do momentu, kiedy przypadkowo użyłam do niego przeterminowanej żelatyny... Co skończyło się godzinnych wyczesywaniem z poplątanych włosów posklejanej żelatyny ;) Nigdy więcej nie nałożyłam tego produktu na moje włosy.


Kawowa płukanka
Lubię zapach kawy, a że akurat wtedy nosiłam brąz na głowie to płukanka kawowa wydała mi się idealna. Zrobiłam, nalałam do miski, poszłam umyć włosy i spłukałam je kawą z wodą. Nie wzięłam pod uwagę faktu, że wanna w mieszkaniu teściowej może po prostu zostać zafarbowana przez kawę... Nie wiem jakim cudem, pewnie ze starości, na wannie zrobiły się żółte, kawowe zacieki. Kolejną godzinę przed przyjściem teściowej do mieszkania spędziłam w oparach CIFu i innych środków czystości starając się doszorować pozostałości po kawowej zbrodni. O dziwo moja pamięć jest chyba wybiórcza, bo kilka tygodni później zrobiłam sobie kawowy peeling w tej samej wannie... efekt podobny :>


Fryzjer dwa dni przed ślubem
Nigdy, przenigdy nie idźcie do fryzjera na kilka dni przez ślubem... zwłaszcza na dwa dni wcześniej ;) Zwłaszcza do nowego fryzjera.... taaaa popełniłam ten błąd przed moim ślubem i wyszłam z grzywką obcięta na skos, z tym, że zaczynała się prawie od zera i dochodziła do długości ledwo do brwi. Coś jak lekko odmieniona Jaga Hupało ;> Jak to się stało? Po prostu dała się zagadać fryzjerce i zorientowałam się, co ona mi robi kiedy prawie skończyła, a cała grzywka była mega nie równa i już wolałam, żeby ją wyrównała, bo wyglądałam jakbym ją sobie wygryzła.. i w ten sposób poszły kolejne centymetry.
Mój prawie-mąż, kiedy wrócił do domu i otworzyłam mu drzwi zaczął płakać ze śmiechu... Koniec końców umyłam włosy i maksymalnie naciągnęłam grzywkę na szczotkę i suszarkę (bez prostowania jej, bo inaczej była mega cienka i wyglądała jeszcze gorzej) i wyglądałam jak na zdjęciu poniżej, oczywiście utrwaliłam grzywkę toną lakieru, tylko, żeby się nie rozwarstwiała. W sumie to się cieszę, że nie mam wielu zdjęć ze ślubu.



Wkręcona w suszarkę
Kiedy byłam dzieckiem pamiętam, że wkręciłam sobie włosy do takiego małego wiatraczka-zabawki na baterie. Mama trochę wyplątała, trochę wycięła i włosy były jak nowe. Ale nigdy bym nie pomyślała, że kiedyś wkręcę sobie włosy w... suszarkę do włosów! Korzystałam z suszarki mojej szwagierki, która miała założony dyfuzor, a że nie umiem się nim obsługiwać to go ściągnęłam, a po kilku chwilach pasmo wilgotnych włosów wpadło mi do środka suszarki przez gęstą kratę i po prostu wkręciły się w wiatraczek w środku :P Na szczęście jakoś udało mi się jakoś wyszarpać wkręcone włosy bez większych strat. Dobrze, bo nie wyobrażałam sobie pójść do kogoś po pomoc :P

To chyba wszystkie większe wpadki jakie pamiętam, pewnie po drodze były tysiące innych, a jeżeli sobie je przypomnę to na pewno spiszę :)
A Wam jakie wpadki z włosami w głównej roli się przytrafiły? 
Buziaki, Mila :)

poniedziałek, 30 marca 2015

L`Oreal, Skin Perfection - serum nieperfekcyjne

Serum L`Oreal, Skin Perfection Advanced Correcting Serum w krótkim czasie podbiło internet i serca wielu kobiet. Ale czy w rzeczywistości jest to kosmetyk godny uwagi? Przeczytajcie, a się dowiecie ;)

Wizualnie opakowanie serum to małe dzieło sztuki - przynajmniej w moich oczach. Proste, ale szykowne, dumnie stoi na szafce w łazience i chętnie się po nie sięga. Można by powiedzieć, że opakowanie to kwintesencja kobiecości, ale co z zawartością?



Serum jest dosyć lejące, lekkie, ale przez to tez niewydajne. Abym mogła pokryć całą twarz potrzebne mi się co najmniej trzy pompki produktu. Przez to opakowanie starcza na 2 - 3 tygodnie używania raz dziennie. Szybko się wchłania, ale nie daje uczucia nawilżenia, czy miękkości. Poza tym okropnie śmierdzi alkoholem, po jego nałożeniu przez chwilę pachnę jak gorzelnia, na szczęście zapach ten szybko się ulatnia. 

Po pierwszych użyciach byłam nawet zadowolona, bo skóra była gładka, ale na dłuższą metę się nie sprawdza i po chwilowej poprawie stan skóry nie zmienia się na plus. Produkt ma trzy zadania założone przez producenta:
- zwężenie porów - nie robi tego ani trochę, jak były tak są
- eliminacja przebarwień - serum nic w tym kierunku nie robi, jak były tak są
- wygładzenie - chwilowe po pierwszych aplikacjach

Wielką wadą tego produktu jest to, że okropnie roluje się na twarzy! Nakładam go tylko na noc, bo nie wyobrażam sobie nałożyć go na dzień czy pod makijaż. Wystarczy podeprzeć się dłonią, żeby pół twarzy się zrolowało i osypało... coś okropnego! Krótko mówią - nie polecam. Jak dla mnie szkoda pieniędzy na to serum, aczkolwiek wiem, że u wielu osób się sprawdza... jedynym rozwiązaniem jest chyba tylko i wyłącznie zdobycie próbki (często są w gazetach) albo odlewki od znajomej. Ja wykończę opakowanie (niewiele w nim zostało już), aczkolwiek do tego serum z pewnością nie powrócę!

Znacie może to serum? Jak się u Was sprawdziło?
Buziaki, Mila

niedziela, 29 marca 2015

Mixa?Nie, dziękuję!

O tym produkcje wspomniałam już TUTAJ i oceniłam go jako działający, godny uwagi, nie nadający się pod podkład. Czy moje zdanie się zmieniło po dłuższym czasie użytkowania? Tak i to sporo!



Obecnie mam ogromny, naprawdę ogromny problem, żeby go wykończyć! Męczy mnie tępy zapach, męczy mnie konsystencja i ta wieczna lampa na gębie. Męczy mnie też to,  że moja skóra zaczyna być w trochę gorszym stanie :/ Sam krem CC od Mixy faktycznie działa na zaczerwienione miejsca i łagodzi je, po wyjściu na mróz nie miałam czerwonych policzków jak Święty Mikołaj. Wydawało mi się, że też lekko wyrównał koloryt. Mimo to strasznie męczy jego tłusta i klejąca konsystencja (a ponoć taka nie miała być!), świecenie, a na dodatek bardzo się roluje na twarzy! Nie podrażnił.

To taki kosmetyk dobry - nie dobry, zależnie chyba od punktu siedzenia ;) Wykańczam go mieszając z olejkami i w ten sposób jakoś lepiej mi się go zużywa. Z pewnością jednak nie sięgnę już po tą wersję kremu!

Znacie go? Jaka jest Wasza opinia o nim?
Buziaki, Mila :)


piątek, 27 marca 2015

Współpraca blogerska a rzetelność

Ten temat chodzi mi po głowie już od jakiegoś czasu, ale szczerze - ciężko coś konkretnego napisać. Ale wczoraj trafiłam na blogu urodowym na recenzję... śpiewnika dla pielgrzymów, oczywiście otrzymanego w ramach współpracy blogerskiej. To chyba zaważyło na tym, że dzisiaj takie temat się pojawia ;)


PISZĘ SZCZERZE I POZYTYWNIE...
To nie żaden sekret, że blogerki od czasu do czasu dostają rzeczy do testowania w ramach współpracy - od czasu do czasu, bo tych propozycji naprawdę nie jest tak wiele. Wszystko to trochę składowa szczęścia, bo znam masę blogerek, które długo żadnej propozycji nie otrzymały, a są też takie, które zakładają bloga tylko w celu otrzymywania darmowych gadżetów, kosmetyków i codziennie piszą dziesiątki próśb do różnych firm... co jest cholernie przykre i szczerze to dla takiej osoby nie mam wiele szacunku i raczej nie czytuję jej bloga.
Każda firma, sklep czy ktokolwiek inny kto wysyła produkt do testów chciałby, aby recenzja była pozytywna i to chyba oczywiste - chcą oni mieć dobrą opinię, a blogi coraz częściej są ważnym narzędziem dla potencjalnych klientów. Są więc blogerki, które przyjmą wszystko i piszą "rzetelne i tylko pozytywne recenzje" (cyt. z jednego z blogów) i o każdej rzeczy napiszą tylko pozytywy!

Wyżej wspomniany śpiewnik pielgrzyma to tylko kropla w morzu środków czystości, kostek do WC, papierów toaletowych, szklanych figurek i próbek. (A każda rzecz ma pozytywną opinię ;)) Właśnie próbki - są firmy, które w ramach testowania wysyłają próbki. I to wcale nie jakieś wypasione próbki czy w ilości litra... po prostu jedna saszetka tego, druga saszetka tamtego i tyle. A blogerki, które je otrzymują zachwycają się i pieją z radości, że ot odkryły nowy kosmetyczny cud... No nie wiem, ale na podstawie próbki mogę najwyżej powiedzieć, czy kosmetyk mnie ewentualnie zainteresował czy nie, ale z pewnością recenzją tego nie można nazwać, a takie pozytywne recenzje próbek widuje się codziennie.

TESTOWANIE NIEDOPASOWANE
Nagminne jest także recenzowanie produktów niedopasowanych do potrzeb skóry - blogerka ma włosy suche i nie przetłuszczające się, a dostaje od firmy szampon dla włosów przetłuszczających się i co? "Nie mam przetłuszczających się włosów, ale wiem, że ten szampon byłby dla nich super!" albo po prostu nie wspominają o tym fakcie i myślą, że nikt się nie zorientuje, że dziewczyna ma młodą skórę z trądzikiem, suchą, zmęczoną ze zmarszczkami, ma rozstępy ciążowe (ale bez ciąży), włosy suche i normalne, farbowane i naturalnie brązowe i wszystko co tam jeszcze można mieć ;>



SZCZERZE = NEGATYWNIE?
A z drugiej strony - mi zdarzyło się kilka współprac i produktów, a nie napisałam strasznie dużej ilości negatywnych recenzji kosmetycznych na temat tych produktów, powód? Po prostu nie biorę wszystkiego tak jak leci i miałam to szczęście, że w większości trafiły mi się dobre kosmetyki. Jednak na blogu jest kilka negatywnych opinii, bo po prostu prędzej czy później zły kosmetyk musi się trafić. U mnie to w większości kosmetyki zakupione przeze mnie, ale gdybym nie kupowała i tyle dostawała to w "darach losu" też coś złego by się trafiło, prawda?

Jak poznaję to, że blogerka jest nierzetelna? Sprawdza się często zasada - im więcej bierze, tym więcej kłamie ;) Na palcach jednej ręki mogłabym wymienić blogerki, które mają masę współprac, a widać, że ich opinie są szczere. I nie chodzi o to, że negatywna opinia = szczera, po prostu jeżeli ktoś codziennie dodaje recenzję otrzymanego produktu i codziennie odkrywa nowy hit pielęgnacji to coś jest nie tak ;) A najlepszy sposób? No cóż... ufać tylko samej sobie :D Ja znam kilka blogerek, które wiem, że nigdy by nie wchodziły w tyłek firmie za próbki czy za beznadziejny produkt tylko, że złapać następną współpracę. Osobiście pisze szczerze i nigdy mi się nie zdarzyło pomyśleć "a napisze pozytywnie to może coś jeszcze wyślą" i naprawdę nie rozumiem sprzedania siebie i swojej prawdomówności za kosmetyk i nie ważne czy kosztuje on 10 zł czy 10 tysięcy... moja szczerość jest bezcenna! Prędzej czy później trafię w ramach współpracy na zły albo średni produkt i po prostu o tym napiszę :)

A Wy co sądzicie o tym temacie?
Buziaki, Mila :)

czwartek, 26 marca 2015

Zielona herbata - Elizabeth Arden, Green Tea EDT

Uwielbiam zieloną herbatę w kosmetykach oraz do picia. Uwielbiam też jej zapach, więc logicznym było, że Green Tea EDT od Elizabeth Arden wpadnie mi w nos ;)


Chociaż samej zielonej herbaty nie ma w nutach zapachowych to cała kompozycja idealnie się na nią składa. Czuć też (głównie przy skórze) trochę gorzkiej pomarańczy co doskonale podkreśla świeżość zapachu i nie zaburza go. Kiedy zaczyna blednąć lekko wyczuwalny jest jaśmin, ale to zielona herbata króluje przez cały czas. Ten zapach nie rozwija się za bardzo i nie zachwyci osób, które uwielbiają zmienne zapachy, po prostu zaczyna być trochę słabszy, jest to jednostajna zielona herbata, bardzo orzeźwiająca, lekka i niezwykle przyjemna. Wraz z nadejściem wiosny zaczynam tego zapachu używać coraz częściej, bo doskonale pasuje do słonecznych, ciepłych dni.

Nuty zapachowe:
nuta głowy: bergamotka, cytryna, pomarańcza, mięta
nuta serca: rabarbar, jaśmin, nasiona selera, goździk
nuta bazy: mąkla tarniowa, ambra, piżmo.




Minus? Jest straszliwie ulotny, ale z drugiej strony jest to EDT, aczkolwiek spodziewałam się trochę większej trwałości 1 - 2 godziny i już go nie ma na skórze. Otoczenie wyczuje go tylko przez pierwsze kilka minut po nałożeniu, a potem wyczuwalny jest z bliskiej odległości. Na szczęście jest na tyle lekki, że bez problemów można go dołożyć.

To naprawdę przepiękny zapach, bardzo mi się podoba i jest moim faworytem. Niestety jego ulotność sprawia, że raczej już nigdy go nie kupię w tej wersji. Może skuszę się na wersję EDP, może poszukam czegoś innego o podobnych nutach zapachowych. Bez wątpienia jest to zapach kultowy, znany chyba większości chociażby z widzenia. Miłośnicy zielonej herbaty będą oczarowani! Moje opakowanie to 30 ml, buteleczka jest poręczna, aplikator psika bardzo dobrze i chętnie zabieram ją do torebki, żeby popsikać się w ciągu dnia.

Znacie ten zapach? A może coś podobnego o świeżym, herbacianym zapachu?
Buziaki, Mila

środa, 25 marca 2015

Batiste XXL - znowu nie takie cudo!

Batiste od niedawna pojawiły się w Rossmannie, wcześniej miałam inną wersję no i cóż - zdanie na jego temat miałam różne, zależnie od dnia ;) zużyłam i nie planowałam powrotów. Recenzja KLIK.
Kiedy jednak zobaczyłam wersję XXL to postanowiłam ją wypróbować, dlaczego? Bo mam wieczny problem z przyklapniętymi włosami, a skoro XXL odświeża i unosi u nasady to super, prawda? Tak, ale tylko teoretycznie!




Butelka jest taka sama jak w przypadku poprzedniej wersji, dobrze wykonana, psikacz się nie zacina. Zapach nie wybija się, czuć go tylko przez chwilę. Ale działanie... no cóż... jest okropne ;)

Ten szampon ani odświeża, ani unosi. Dzięki zawartości lakieru powinien dać dużą objętość, a tak naprawdę to nie robi wiele poza dziwnym usztywnieniem włosów, uniesione przez chwilę się trzymają na górze, ale po chwili i tak opadają. Do tego czuć po nim dziwną lepkość i ma się ochotę od razu iść umyć włosy! Poza tym pozostawia masę białego osady, który za cholerę nie daje się wyczesać, ani wymasować palcami. Daje bardzo niechlujny efekt, a włosy wydają się być jeszcze bardziej przetłuszczone i posypane białym nalotem... Do po jego użyciu pojawia się łupież.
Zobaczcie same jak beznadziejne "odświeża" włosy, obydwa zdjęcia po użyciu, to przed niewiele się różniło ;)


Żeby się go pozbyć, wyczesać i ładnie umieść włosy trzeba pewnie więcej czasu niż na ich umycie ;) Dlatego niestety, ale u mnie dostaje ocenę 1/10! Zużyję go do robienia jakiś fryzur z tapirem czy coś, gdzie można go psiknąć z tyłu i przykryć innymi włosami, tej wersji na pewnie już nigdy nie kupię.

A wy go znacie? Jak się u Was sprawdza?
Buziaki, Mila

wtorek, 24 marca 2015

Garnier Fructis Gęste i Zachwycające - opinia po miesiącu stosowania!

Do napisania tego wpisy zabierałam się już od jakiegoś czasu, w końcu przygotowałam Wam obiecaną TUTAJ  opinię o serii Garnier Fructis Gęste i Zachwycajace z której używałam szampon, odżywkę oraz maskę do włosów. Wszystko co producent ma do powiedzenia na temat tej serii znaleźć można TUTAJ.



Seria ta wydawałaby się idealna dla mnie, bo mam włosy oklapnięte i cienkie, a ponoć ma ona dawać efekt gęstych i zdrowych włosów. Ale czy faktycznie po miesiącu moje włosy się bardzo poprawiły? Na początek rozbierzmy serię na składniki pierwsze.


Szampon ma bardzo przyjemny zapach i jest on dosyć mocny. Dobrze domywa skórę głowy, pozostawia włosy dosyć gładkie i nie są po nim splątane. Dobrze się pieni, nie jest mega gęsty i dobrze wyłazi z opakowania. Jednak po około 2 tygodniach zaczął lekko obciążać skórę głowy, która mocniej się przetłuszczała. Z tego powodu oceniam go na 6/10.

Odżywka jest najlepsza! Wystarczyło ją nałożyć na minutę a włosy były gładziutkie i mięciutkie. Naprawdę fajna, fajna odżywka. Nie obciążała, jest lekka, a włosy po niej sypkie. Jak dla mnie 8/10, bo cud to nie jest, ale porządny produkt tak :)

Maska do włosów jest chyba z tej serii najgorsza. Zadziwiła mnie tym, że jest bardzo lekka, ale włosy po niej ani były gładki, ani odżywione, ani miękkie tylko szorstkie i trudne do rozczesania. Jak dla mnie 2/10, tylko za to, że ładnie pachnie i nie obciąża, ani nie podrażniła.

Cała seria? No cóż... patrząc pod kątem zwykłych produktów to wyrzucając z zestawienia maskę wyszłoby nawet coś nawet przyzwoitego, ale na pewno nie daje efekt gęstych i bujnych włosów. Obietnice producenta nie sprawdziły się za bardzo. Zobaczcie same na zdjęciu, włosy wyglądają ok, aczkolwiek nie jest to jakiś powalający efekt, a gęstości w nich też nie widać. Na plus fakt, że cała seria jest bardzo wydajna i zostało mi jeszcze naprawdę dużo szamponu i trochę odżywki, a włosy myłam co 3 dni.


Odżywkę na pewno jeszcze kiedyś kupię, bo jest fajna. Do reszty raczej nie wrócę.

Znacie tą serię Garniera? Co o niej sądzicie?
Buziaki, Mila :)


zdj. ze strony producenta

poniedziałek, 23 marca 2015

5 rzeczy, które mocno mnie zdziwiły we Włoszech

We Włoszech mieszkałam przez ponad 2 lata. Konkretnie na północy, w miejscowości niedaleko Mediolanu. Dzisiaj powiem Wam o tym co naprawdę mocno mnie zdziwiło w tym kraju!





ŚNIADANIA
Jak wygląda polskie śniadanie? Jajecznica, szynka, żółty ser, owsianka... coś w tym stylu. A we Włoszech? Rogalik albo ciasteczka, do tego mleko, kawa lub herbata... Ot całe śniadanie. Teoretycznie porcja dla kaloryczności to około 5 ciasteczek. 5 niewielkich ciasteczek... Jak dla mnie ok na przekąskę, ale na śniadanie, posiłek który powinien dawać siły na cały dzień? Włosi jednak nie ruszą niczego innego, a mój facet pochłaniał jakieś 200 gram ciasteczek i dobre pół litra mleka na śniadanie... Dobrze, że ma szybką przemianę materii, bo inaczej ważyłby z 200 kg.
Najbardziej przeraża mnie fakt, że podaje się takie śniadania też małym dzieciom - herbatka albo mleko i ciasteczka.... i nie żeby to były jakieś pełnoziarniste, niskosłodzone ciastka. Po prostu zwykłe suche ciasteczka (w sensie z żadnym kremem, galaretką czy masą, są to ciasta typu pieguski, jeżyki, herbatniki coś w tym stylu) pełne cukru. Na zdrowie ;)
Ja próbowałam się przekonać do włoskich śniadań, ale żeby się najeść to musiałabym chyba zjeść kilogram. Zawsze po godzinie byłam znowu głodna. Mój facet za to w Polsce je na śniadanie chleb z dżemem albo miodem, z szybką i serem nie przełknie ;)



GODZINY PRACY
W Polsce byłam przyzwyczajona do tego, że do około godziny 15 - 16 firmy są otwarte, tak samo jak mniejsze sklepy, urzędy. We Włoszech pracę zaczyna się zazwyczaj około 8 w urzędach/biurach/sklepach i kończy w przedziale od 17 do 19. Dlaczego? Bo od godziny 12 większość miejsce się zatrzymuje, w tym wiele szkół robi przerwę na obiad dla uczniów (a tak przy okazji - do szkoły chodzi się też w sobotę i nie ma ferii zimowych!). Czasami jest to godzina (w przypadku fabryk, nie jest wliczana w godziny pracy), czasami 3 godziny (od 12 do 15, w większości sklepów i dla biur). Część fabryk zaczyna pracę wcześniej - o 7, albo nawet o 6. Jeżeli jesteś we Włoszech to w południe zazwyczaj nie opłaca się wychodzić z domu (o ile nie jesteś w mega turystycznym miejscu).



DIALEKTY
We Włoszech prawie każdy mówi w swoim własnym dialekcie! Dla mnie, jako osobie z Dolnego Śląska, która nie zna żadnego dialektu i nie zna nikogo kto by się czymkolwiek innym niż język polski posługiwał, wydawało się to niesamowite! I nadal wydaje. Zwłaszcza, że wystarczy przejechać 10 km, żeby usłyszeć zupełnie odmienny dialekt.
W rozmowach rodzinnych czy z przyjaciółmi większość osób po prostu używa dialektu, a włoski słyszy się głównie w oficjalnych sytuacjach i w sklepach czy z nieznajomymi. Bardzo mi się to podoba, bo w końcu język to część naszej przynależności kulturowej. Jednak jakiś czas temu dialekty były szykanowane i ośmieszane, w związku z tym na przykład mało osób umie pisać w dialekcie mojego faceta. Bo pokolenie, które nim się posługuje idealnie często jest niepiśmienne, albo po prostu słabo im to idzie (we Włoszech szkoła wygląda inaczej, ojciec mojego faceta chodził do szkoły bardzo krótko, bo nie było obowiązku szkolnego, jego dziadkowie nie chodzili wcale, podczas gdy moi dziadkowie musieli chodzić do jakiegoś tam wieku),a  pokolenie, które ma obowiązek szkolny po prostu było długo przekonywane, żeby dialektów nie używać. Teraz jednak zaczyna się je promować ponownie, jednak mimo wszystko używane są głównie w mowie.
O dziwo dla mnie okazało się, że zaczęłam łapać dialekt dosyć szybko. Nie mówię w nim, bo brzmi megaaaaaa dziwnie i nie potrafię tak intonować słów (jak dla mnie brzmi jak jakiś język arabski z dużą ilością francuskich słów i dziwnych dźwięków :P), aczkolwiek rozumiem co się do mnie w nim mówi. Za to szwagier mojego faceta, który jest z południa zaczął rozumieć dopiero po długich, długich lata. A jego dialekt brzmi jak inny język.
Poniżej mapa włoskich dialektów, warto dodać, że każdy kolor to grupa dialektów, które mniej więcej brzmią podobnie, ale w każdym mieście i na każdej wsi mówi się i tak trochę inaczej.




IMIGRANCI
"Mamo, czy my nie jesteśmy przypadkiem w Afryce?" zapytała moja siostra będąc w Wenecji ;) W sumie była niedaleko prawdy, bo we Włoszech jest masa imigrantów z krajów afrykańskich oraz arabskich. I mówiąc masa, mam na myśli naprawdę dużo. Na początku mocno mnie to dziwiło, bo w sumie w Polsce nie ma wielu imigrantów. Kiedy byłam w Warszawie przez miesiąc i codziennie po niej jeździłam to może zauważyłam z pięć osób, które pochodziły z tamtych krajów. We Włoszech za to nie trzeba ich specjalnie szukać. Poza tym pełno jest Ukraińców, Albańczyków, Bułgarów, o dziwo wielu Polaków nie spotkałam, ale wydaje mi się, że Polacy wyjeżdżają częściej trochę bardziej na południe. Na "naszym podwórku" (raczej dziedzińcu, bo większość niskich bloków jest ułożona w podkowę wokół dziedzińca) chyba co drugie mieszkanie było zajęte przez obcokrajowców, w większości pochodzących z krajów arabskich. Wielu imigrantów niestety sprawia mniejsze lub większe problemy z prawem i niczym dziwnym nie było, że policja ich odwiedzała dosyć często.



PRZESTĘPCZOŚĆ
Na początku nie chciało mi się wierzyć i myślałam, że przekonanie o wysokiej przestępczości i przestrzeganie przed samotnym wychodzeniem jest mocno przesadzone. Odprowadzanie dzieci do szkoły (która znajduje się kilometr dalej) aż do 13 roku życia? Przesada. Nie zostawianie dziecka w zamkniętym ogrodzie chociaż na chwilę? Przesada. Kraty w oknach i strach przed samotnym spaniem w domu? Przesada. A potem okazało się, że to wszystko jest bardzo racjonalne i nie przesadzone. Mój facet, kiedy pierwszy raz przyjechał do Polski był w głębokim szoku, że latem zostawiamy czasami otwarte okna do domu. I że nie mamy okiennic ani krat. Oraz, że moja dziewięcioletnia siostra wychodziła z domu sama i szła do koleżanki. U nich zadźganie kogoś na ulicy to może nie chleb powszedni... ale zdarzało się tam widzieć i takie rzeczy. Tak samo jak narkomani w centrum Mediolanu, których trzeba obchodzić z daleka.
Co robią polacy, kiedy widzą pijaczka idącego w ich stronę? "Panie, nie dam Panu kasy, niech Pan spada!" Co robią włosi w takiej samej sytuacji? Zaczynają taktycznie się oddalać, żeby przypadkiem nie stracić życia. Dziecko mojej szwagierki spało z rodzicami w pokoju, aż do momentu, kiedy w jej sypialni nie zamontowano krat. A kiedy wyjeżdżali na wakacje to trzeba było codziennie wieczorem pojechać do nich i trochę pobyć w domu - zapalić światło, włączyć telewizor. Dlaczego? Bo po osiedlach kręcą się wieczorami podejrzane typki i kiedy przez dwa, trzy wieczory nic się w domu nie dzieje to z pewnością zostanie on czwartej nocy okradziony. Wyprowadzenie dziesięciu samochodów w nocy z podziemnych garaży pod domami nikogo już tam nie dziwi, tak samo jak wchodzenie przez okno na czwartym i wyższym piętrze.


Mimo dużej ilości zdziwień oraz pewnych minusów mimo wszystko Włochy to cudowny kraj, który warto odwiedzić. To taka mała Ameryka, bo każdy region jest inny, ludzie porozumiewają się innymi językami i wyglądają oraz zachowują się odmiennie :) Pamiętajcie, że ten post piszę z perspektywy osoby, która mieszkała na południu, jeżeli chcecie poczytać trochę o życiu na południu i o tamtejszych ludziach to Zuzia z bloga W pogodni za rozumem, czyli blondynka w Italii (KLIK) przybliży Wam ten temat doskonale :)

Mam nadzieję, że wpis Wam przybliży trochę Włochy. A może same macie coś co Was mocno dziwi we Włoszech i w innych krajach? 
Buziaki, Mila :)

zdj. weheartit.com

piątek, 20 marca 2015

Chloe za dychę?|Czy można kupić dobre perfumy za 10 zł?

Perfumy za 10 zł? No cóż, nie brzmi bardzo przekonująco. Za taką cenę można najwyżej kupić chińską podróbkę, w której znajduje się niewiadomoco ;) Jednak, kiedy kobieta widzi w sklepie przecenę perfum i cena to tylko 10 zł za flakonik no to cóż... same wpadają do koszyczka. Zwłaszcza jeżeli marka jest znana i wiadomo, że nie jest to coś co rozlewane zostało z brudnych beczek w Indonezji do flakoników. Takim oto sposobem jesienią tamtego roku trafiły do mnie profumy Bi-es Oshi.





Firma Bi-es kojarzy mi się z czasami, kiedy miałam około 13 lat i dostałam perfumy plus deodorant w prezencie gwiazdkowych. Nie pamiętam jaki to był zapach, ale wiem, że był świeży i opakowanie było niebieskie. Same perfumy nie były jakieś wybitne i szybko się ulatniały, ale jakiś sentyment do firmy mi pozostał ;) Zwłaszcza, że były to moje pierwsze perfumy, więc zapadają w pamięci na długo. Dopiero niedawno zaczęłam "uczyć się perfum" na nowo, bo jeszcze we wrześniu moja kolekcja była marna KLIK - moje zapachy. Oshi w sumie trafiło na próbę.



W prostym flakoniku, który ma w sobie figlarne coś, skrył się jednak prawdziwy skarb :) Chociaż na pierwszy psik zapach wydał się okropnie słodki i alkoholowy, tym samym wywołując u mnie myśl "czyli nic z tego nie będzie..." a po chwili pokazał, że jest czegoś wart :) 
Ale najpierw co mówi producent o tym zapachu:

Woda Perfumowana BI-ES OSHI 
Zapach dyskretny i subtelny, połączenie delikatnych nut kwiatowych z ciepłem przypraw i akordów drzewnych.Polecany dla wszystkich kobiet na każdą porę dnia.
Nuta głowy: frezja, liczi, piwonia, pieprz brazylijski
Nuta serca: konwalia, magnolia, fioletowe róże
Nuta podstawy: nuty pudrowe, drzewo cedrowe, białe piżmo

Jest to bez wątpienia zapach podobny do Chloe EDP, nie wiem jednak jak wychodzą w bezpośrednim starciu, bo Chloe nigdy nie wąchałam. Aczkolwiek widać podobieństwo.
Chloe:
Nuta głowy: liczi, frezja
Nuta serca: róża, konwalia, piwonia
Nuta podstawy: nuty pudrowe, bursztyn, piżmo, drzewo cedrowe
Pogrubiłam te nuty, które się powtarzają, z tym, że piwonia w Oshie jest nutą głowy, a nie serca. Brak w Chloe za to pieprzu. Patrząc na nuty podobieństwo jest spore, ale różnica w cenie - ogromna. Oshi w cenie regularnej to około 15 zł. Kupione w promocji to 10 zł za 50 ml. Chloe to wydatek rzędu 150 zł/30 ml i wzwyż. 


Czy jest to podróbka Chloe? 
Nie! Bo podróbka to produkt, który udaje produkt podrabiany, czyli ma prawie taki sam kartonik, prawie takie samo opakowanie i teoretycznie zawartość też powinna być podoba. To wszystko ma na celu zmylenie konsumenta, który myśli, że jest to oryginał (chociaż czasami trzeba być bardzo naiwnym, jak W TEJ sytuacji). Czasami opakowanie nie wiele się różni, czasami jest błąd w nazwie. Ale sprzedaż podróbek jest nielegalna, tak samo jak ich produkowanie, często pochodzą z niewiadomych miejsc i tak naprawdę zawierają szkodliwe składniki. Zapach inspirowany/podobny/zamiennik - zwał jak zwał - to po prostu zapach wydawany pod inną marką, który jest podobny, albo bardzo podobny do jakiegoś znanego zapachu, aczkolwiek nie udaje że nim jest, bo to inna kompozycja. 

Jak już napisałam wcześniej - na początku poczułam ogromną słodkość, która jednak po krótkiej chwili się ulotniła wraz z alkoholowym zapachem. Zakładam, że początkowy buch słodkości zapewniła piwonia. Po chwili jednak Bi-es Oshi pokazują, że są naprawdę interesujące. Za 10 zł nie spodziewałam się wiele, a teraz te perfumy noszę w torebce przy każdym wyjściu. Jak na mój nos na początku są lekkie, jednak wyczuwalny w nich jest "posmak" pieprzu, a potem z czasem osiadają coraz głębiej, aż w końcu zaczyna się wydobywać z nich przepiękny pudrowo - cedrowy zapach. Ja wyczuwam w nich też nutkę... miodu :)  Dosyć ciekawie się prezentują i są wielowymiarowe, co bardzo mi się podoba, zwłaszcza ze względu na to pudrowe wykończenie. Ja stosuje 3 - 4 psiki i jest to optymalna ilość, więcej nie potrzebuje, a jak się trzymają na skórze? Zadziwiająco długo jak na tani produkt, spokojnie przez około 3 -4 godziny są wyczuwalne przez otoczenie, potem ich moc zaczyna słabnąć i wyczuwalne są przy skórze przez naprawdę długi czas. Na ubraniach trzymają się przez cały dzień, a jak się porządnie skropię to i dwa dni. Jak dla mnie za taką cenę to trwałość jest super! Nie szkoda się nimi dopsikać w ciągu dnia :) 

Sam flakon jest poręczny, zatyczka prawidłowo zatyka, ale złotko z psikacza szybko zaczyna się łuszczyć ;) Aplikator działa bez zarzutów i rozpyla chmurę perfum bardzo dobrze. 



Nie jestem żadnym ekspertem w sprawie zapachów, ale ten po prostu mi się podoba. Nie jest zbyt nachalny, nie dusi i pomimo pozornej pierwszej słodkości jest doskonałym codziennym zapachem. Według mnie warto wrzucić je do koszyka, albo chociażby wypróbować - i nie dajcie się zrazić pierwszemu uderzeniu słodkości :) 

Znacie te perfumy? A może macie jakieś inne tanie hity perfumowe?
Buziaki, Mila :)

P.S. Ten post miał się ukazać w przyszłym tygodniu... ale jak już przypadkiem go opublikowałam to niech wisi :P Dzisiaj macie, więc dwa wpisy na blogu ;)

Kiedy włosy żyją własnym życiem

Nie raz, nie dwa powtarzałam, że moje włosy żyją własnym życiem. Ale o co dokładniej mi chodzi?
No cóż, ogólnie to ciężko jest je utrzymać razem. Wyplątują się ze wszystkich upięć, uciekają od końskich ogonów, spinki im nie straszne, a do tego kiedy są rozpuszczone to każdy idzie w inną stronę ;)

Na pewno wpływ na to ma fakt, że lubią się strąkować, a ja nie lubię ich czesać ;)
Dobrze to widać na zdjęciach, bez czesania szybko się dzielą na różne frakcje ;) Co zazwyczaj sprawia, że mam look na żulika :D Najgorsze jest to, że nie mogą się zdecydować czy kręcić się, czy jednak nie... a fale czasami są falami, a czasami tylko zawiniętymi końcówkami, podczas gdy reszta jest idealnie prosta...



Do tego z tyłu głowy robi mi się zawsze "gniazdo". Zawsze, zawsze, zawsze... cokolwiek z nimi nie zrobię ;)


Poza tym grzywka się zawsze rozdziela i nigdy nie mogę sobie z nią poradzić. Kiedyś miałam prostą grzywkę, ale przez to ciągłe rozdzielanie się wyglądała po prostu t-r-a-g-i-c-z-n-i-e !


Moje pocieszenie? To chyba genetyczne ;) Poniżej są włosy mojej siostry - jak widać też pełne strąków, a stosujemy zupełnie inne pielęgnacje i nosimy inne fryzury. O ile ich nie wyprostuję to też jej się dzielą na różne części.



Jak sobie poradzić z tymi problemami? Nie pozostaje nic jak tylko czesać, czesać i jeszcze raz czesać ;) niestety, ale wszelkie metody typu odstawienie silikonów, suszenie suszarką i inne nie pomagają. W włosomaniactwie siedzę już dobre 5 lat i jeszcze żadnego sposobu nie znalazłam.
W ujarzmieniu włosów pomaga trochę lakier, ale jego często nakładanie nie działa dobrze ani na włosy, ani na skalp. Upinanie jest dobrą metodą, ale jak już mówiłam - moje włosy to taki włosowy Houdini, z każdego miejsca wylazą. Dlatego podczas spacerów, żeby nie niszczyć ich na wietrze muszę zacząć częściej stosować apaszkę założoną na głowę, bo wtedy nie muszę ani nich co chwilę odgarniać, ani nie majtają się na wietrze. (zdj. słabej jakości, bo robione telefonem w małej rozdzielczości)


Jak z tym żyć? Normalnie, trzeba się przyzwyczaić po prostu ;) Na zdjęciach każdy może sobie idealnie ułożyć włosy, a w realu mogą one być całkowicie średnie. Nigdy nie miałam i nie będę miała przez cały dzień idealnej gładkiej tafli i czasami zastanawiam się gdzie te wszystkie piękne włosy, które widzi się w internecie, bo w życiu realnym tylko kilka razy widziałam włosy, które cały dzień prezentują się bardzo ładnie. Ja mimo to jestem z moich włosów zadowolona, bo wiem, że w dużo lepszym stanie nie będą, bo nie dadzą rady - nic więcej z nich nie wyciągnę! Gdybym pozbyła się tych problemów to byłyby idealne. Ale o ile jeszcze na strąkowanie mogę sobie poradzić modelowaniem i lakierem, to jak zrobić, żeby nie tworzyło się z tyłu gniazdo? Chyba tylko przeszczep by pomógł ;)

Pewnie nie jestem osamotniona w samodzielności moich włosów ;) Wasze jakie Wam sprawiają kłopoty?
Buziaki, Mila :)

czwartek, 19 marca 2015

Ile zarabiam na blogu?

Zarabianie na blogu to temat, który drażni wielu blogerów. Nie każdy chce o tym rozmawiać i dzielić się informacjami na temat swoich zarobków z czytelnikami. Każdy ma inny sposób patrzenia na swoją prywatność i na to co chce powiedzieć czytelnikom, a czego nie chce. Ja z mojego punktu widzenia nie mam problemu z przyznaniem się do tego ile dał mi ten blog. Ten wpis powstał dla wszystkich mniej i bardziej ciekawych tego czy zarabianie na blogu jest możliwe.

Bardziej niż zarabianie, w moim przypadku chodzi o dorabianie. Bo zarabiam pracując, a nie blogując. Od razu chce zaznaczyć, że dla mnie osobiście blog nigdy nie miał być pracą! Jasne, przed rozpoczęciem blogowania przez krótką chwilę myślałam jak większość :jak będzie dla mnie pracą i będę mogła na nim zarabiać to super. Ale szybko się zreflektowałam, że przecież ja sama zarabiam pisząc jako copywriter i... nie chcę, żeby moje hobby mieszkało się z pracą :) Praca to obowiązki, obowiązki nie zawsze kojarzą się dobrze... a ja nie chcę, żeby blog był obowiązkiem, chcę żeby był przyjemnością. Chociaż kocham pisanie to blog to dla mnie od tego odskocznia - w sumie nie wielka, bo nadal tutaj piszę :D Ale zawsze na tematy jakie lubię i nie chcę tego zaburzać.

Kilka razy różni znajomi proponowali mi stworzenie strony, tani hosting, pomoc techniczną, wypozycjonowanie, a także przeniesienie wszystkiego na wordpressa. Miałam bym to wszystko w cenie "robocizny" można powiedzieć, ja bym im napisała jakieś teksty, oni zrobiliby z tego bloga cud marzenie. Dowiedziałam się, że dzięki pozycjonowaniu i kilku sprytnym zabiegom mogłabym mieć bloga cud-malina, o którego reklamodawcy by się bili... Ale to nie dla mnie. Zwłaszcza, że najlepiej gdybym przeniosła go na wordpressa (bo wtedy jest jakieś magiczne coś co sprawia, że więcej osób na bloga trafia - nie znam się, mniej więcej tak to zabrzmiało). I chociażbym wtedy mogła wyciągnąć z tego DUŻĄ kasę to nie, nie chcę - nie chcę sprzedawać siebie, nie chcę stracić moich obserwatorów i nie chcę, żeby moi komentatorzy byli ukryci pod jakimiś beznadziejnymi ikonkami na wordpressie (którego szczerze nie lubię tak przy okazji ;)). Dlaczego to pisze? Żeby jeszcze raz podkreślić, że blogowanie to moja pasja, z której czasami wpadnie mi coś do kieszeni, ale naprawdę nie chcę z tego robić mojej pracy, bo po prostu mam takie a nie inne przekonania :) Jeżeli ktoś chce utrzymywać się z bloga - proszę bardzo. Mi wystarczy to co mam i szybko mojego podejścia nie zmienię.

Mimo to trochę grosza wpadła mi z blogowania, jednakże nie mam żadnych planów na rozwój w tym kierunku, nie stworzyłam cennika i nie szukam gorączkowo sposobów na zrobienie na blogu. Jak jest coś - to super, jak nie ma - to też super :)


Strona XXX
Tajne informacje :> Usunięte w związku z regulaminem programu partnerskiego.



ReachBlogger
Na ReachBlogger zaglądam od czasu do czasu i udało mi się tam uzbierać ponad 120 zł. Za co? Za umieszczenie linków w jakimś starym wpisie, albo w nowym wpisie. Wykonałam zaledwie kilka zleceń, takich które nie zmuszały mnie do pisania wpisu od początku. Za zlecenie można otrzymać różne stawki, jeżeli ktoś napisze jakikolwiek wpis inspirowany to na pewno uzbiera dużo kasy. Ofert nie jest dużo, ale coraz bardziej powiększa się ich ilość.


Inne linki, wpisy
Zdarzyły mi się też zlecenia złapane w innych miejscach w sieci, część całkiem przypadkowo, część przez moich pracodawców. Na przykład za umieszczenie na forum informacji o promocji w sklepie internetowym dostałam... 45 zł za wpis długości dwóch zdań ;) Sama rzuciłam taką stawkę, bo myślałam, że zniechęci to zleceniodawcę (takie wpisy są umieszczane na forach zazwyczaj po mniej niż 1 zł...), a mimo to od razu się zgodził ;) Liczę to do blogowych pieniędzy, bo na początku info miało pojawić się na blogu. Bannerki i jakieś pomniejsze rzeczy dały mi następne 40 - 50 zł w skali kilku miesięcy.


AdSense
Założyłam dla próby i jak na razie zarobiłam może z 2 złote ;) Nie wróżę tego sposobowi zarobku świetlanej przyszłości, ale na razie dalej sobie potestuję różne układy i rodzaje reklam. Wiem jednak, że nawet dużo bardziej popularne blogerki mają problem z zarobieniem tam pieniędzy.


Kosmetyki
No właśnie, zazwyczaj współpraca nie jest opłacana, a opiera się właśnie na testowaniu kosmetyków. Takich propozycji dostaję sporo w tym kuriozalne dla mnie testowanie środków czystości,  testowanie próbek, testowanie podróbek perfum (!!!), albo testowania produktu plus cztery wpisy na jego temat... Jeżeli komuś pasuje współpraca na takich warunkach to proszę bardzo, ale mi mimo wszystko ona nie odpowiada. Takich propozycji więc nie przyjmuję. Za to jeżeli kosmetyk wydaje mi się być ciekawy to chętnie go próbuję. Nie przeliczam jednak nigdy wartości kosmetyku na czas spędzony na pisaniu recenzji, w końcu kiedy kupuję sobie krem to nie przeliczam tego ile czasu zajmą mi zdjęcia i pisanie. Po prostu traktuję go jako pewnego rodzaju dodatek, który opiszę prędzej czy później na moim blogu.
Współpraca z kosmetyki budzi sporo emocji, dla mnie o ile nie występuje w nadmiarze to jest ok, za to blogi, które co post mają współpracę to no cóż... nie budzą mojego zaufania i wydaje mi się, że pozytywne recenzję są mocno naciągane. Ile na tym zaoszczędziłam na zakupach? Nigdy nie liczyłam, ale pewnie wyszłaby z tego całkiem fajna sumka.


Kiedy zaczęłam zarabiać na blogu? 
Kosmetyki otrzymywałam niemal od początku, ale realne pieniądze pojawiać zaczęły się mniej więcej od kiedy blog był w okolicach pierwszego roku swojego życia, czyli od jakiś 5 - 6 miesięcy :) Oczywiście część zleceń jest z wcześniejszego okresu bloga.
Przez ten czas uzbierałam około 350 zł, dzieląc to na liczbę miesięcy wychodzi 60 - 70 zł. Przeżyć za to nie przeżyję, nawet porządnie się nie najem, a w sumie to wykonując jakieś ekstra zlecenia w weekend w pracy jestem w stanie wyciągnąć więcej, ale... grosz do grosza i będzie kokosza :) Na waciki starczy.

Jak widać na blogu milionów jeszcze nie zarobiłam, nie liczcie też na to, że jeżeli ktoś ma dwa razy więcej obserwatorów zarabia dwa razy więcej - bo może nie zarabiać w ogóle, albo może zarabiać dużo mniej i na 70 zł musi czekać rok. Wszystkie sumy jakie podałam są realne, ale dla mnie i mojego bloga, w innym przypadku może to wyglądać zupełnie inaczej :)
Zwróćcie też uwagę na to, że po prostu mogłam w ostatnich miesiącach mieć szczęście i jakieś zlecenia wpadły. Ale może przez następne pół roku nie zarobię zupełnie nic.

Mam nadzieję, że rozwiałam też trochę wątpliwości na temat mitycznych "milijonów monet" jakie zarabiają blogerzy ;) I tak zarabianie na blogu jest możliwe - ale na dużą kasę trzeba długo poczekać. Albo po prostu przyjmować każdą ofertę jak leci i sprzedać swojego bloga ;)
Buziaki, Mila :)

zdj. weheartit.com

środa, 18 marca 2015

Związek z obcokrajowcem - plusy i minusy

Miłość nie zna granic, co jest bardzo piękne. A czasami bardzo tragiczne, bo kilometrów tak dużo, pieniążków tak mało, serduszka pik pik pik, bilety tak drogie, a szkoły/pracy tak dużo... czyli przepis na wspólne płakanie na Skype i oglądanie siebie nawzajem podczas snu.  Ale hej! nie jest tak źle jak się wydaje, wiem bo sama mam męża obcokrajowca.




Bycie z kimś spoza granic Polski nigdy nie pojawiało się w moim myślach. A tym bardziej bycie z kimś z Włoch. Z Anglikiem czy Skandynawem bym w sumie jeszcze mogła być, może nigdy tego nie planowałam, ani nie miałam konkretnych kandydatów, ale wydawało mi się, że w te rejony prędzej czy później zawędruję. Ale Włoch? Jakoś nigdy nie pociągali mnie chłopcy z południową urodą - mocno opaleniu, ciemnoocy szatyni, którzy wyszeptują Ci do ucha banalne miłosne słówka po włosku. Na szczęście znalazłam sobie Włocha z północy - doskonały kompromis z włoskim charakterem, z Włoch, ale rudy, blady i piegaty! Los wygrany (albo przegrany, zależy jak mocno się pokłócimy ;)) na miłosnej loterii, a niedługo stukną nam 3 lata ślubu. Odpowiedź na pytanie czy związek z obcokrajowcem ma sens jest krótka. Tak, ma sens, tak samo jak z Polakiem. Jeżeli dwoje ludzi się kocha i chce być razem to sens zawsze jest. Ale jest też wiele minusów i plusów.



Zacznijmy od minusów:

  • Inne języki - każdy ma własne powiedzonka czy żarty w swoim języku, ale jak tu się dogadać kiedy Twój wybranek serca nie mówi po polsku? Czasami jest ciężko, czasami jest masa nieporozumień, czasami jest zabawnie. Barierą jest także porozumiewanie się z rodziną wybranka, jeżeli nie mówią np. po angielsku. Ciągłe robienie za tłumacza też jest bardzo uciążliwe. Najprościej stworzyć swój własny język (niekoniecznie ciała), ale np. mój angielski z moim mężem to zupełnie inny angielski niż z Anglikiem. Mamy swoje zwroty, część słów znamy tylko po włosku, albo tylko po polsku, część wymyślamy i pewnie brzmimy dziwnie. 
  • Mój kraj jest lepszy! - czyli jeden z częstych powodów kłótni ;) Zwłaszcza dla Włocha, który chociaż do pewnych części swojej ojczyzny miłością nie pała, to mimo wszystko "Włosi są najlepsi". Głupi przykład - kiedy oglądamy jakiś film i pojawia się w obsadzie czy gdziekolwiek indziej włoskie nazwisko to mąż oczywiście musi to zauważyć, że przecież to Włoch, a nie Polak, czyli Włosi są lepsi... A ja wtedy zaczynam, że fakt, ale to wszystko dlatego, że Włosi uciekali do Stanów i nie znali antykoncepcji to mnożyli się tam jak dzikie króliki.... Tak się zaczyna wojna domowa moi drodzy ;)
  • Inna mentalność - mojemu mężowi bliżej charakterialnie do Niemca czy Austriaka niż do typowego Włocha, ale różnica i tak jest. To coś czego nie da się wytłumaczyć łatwo słowami, po prostu inny sposób patrzenia na świat, inna kultura, inne zwyczaje. Chociażby jedzenie śniadania Wielkanocnego - chociaż nie wierzę to dla mnie tradycja i uczestniczę, dla mojego męża to w sumie... nic. I dlatego co roku dostaję palpitacji i ataku, kiedy on znowu chce mnie przekonać, że nie będzie jadł na śniadanie żurku i kiełbasy, bo śniadania całe życie jada na słodko i nic innego nie da rady przełknąć... Zazwyczaj staje na tym, że on je kanapki z dżemem, a my żurek.. Kuchnia fusion, czy coś takiego?
  • Odległość - odległość, która po prostu... zabija ;) Mówię oczywiście o związkach na odległość, kiedy Ty mieszkasz w Polsce a On gdzieś daleko, daleko. Płacze w poduszkę, godziny spędzone na Skype... to codzienność ;) Ale o związkach na odległość może będzie innym razem.
  • Rodzina - która nie zawsze akceptuje. Tak samo jak znajomi (chociaż w mniejszych stopniu). Nie raz usłyszeć można "Daj sobie spokój", "A w Polsce to chłopaków nie ma?" i tak dalej, i tak dalej....


Plusy związku z obcokrajowcem:
  • Otwierasz się - otwierasz się na język, na nową mentalność, na inne przyzwyczajenia, na nową kuchnię (kto by pomyślał, że kiedyś będę jadać danie przygotowane z mąki kukurydzianej i wody). Musisz, bo inaczej nigdy się nie "dotrzecie". Zaczynasz w pewnym momencie więcej rozumieć i więcej akceptować.
  • Darmowa nauka języka - języki obce fajnie jest znać. Jeżeli masz faceta obcokrajowca to wcześniej czy później pojawi się chęć nauki jego języka, żeby dogadać się z jego rodziną, a często nim samym. Jak już pisałam my z mężem mamy swój własny język ;) Nie pamiętam jak jest przyczepa po angielski? Ok, więc będziemy mówić "przyczepa". Mąż nie wie jak jest skowronek po angielsku? Ok, będziemy używać włoskiej nazwy. Teoretycznie porozumiewamy się po angielsku, ale mamy dużo wtrąceń, słówek i powiedzeń albo po polsku, albo po włosku. No i do psa gadamy po włosku, do kotów też ;) Ale włoskiego i tak się nauczyłam komunikatywnie. On polskiego też, ale ze mną... nie gada :P za to ze wszystkimi innymi śmiga niemal idealnie ;)
  • Tanie wakacje - może trochę naciągany punkt, ale... no można pojechać do Włoch, zatrzymać się u rodziny to tu, to tam i mieć tanie wakacje ;) Ja akurat z tego punktu nie korzystam, ale wiem, że wiele osób robi sobie takie wyjazdy i nic złego w tym chyba nie ma :)
  • Inna mentalność - to też plus :) Jeżeli Twój chłopak pochodzi z narodu, gdzie ceni się punktualność to może  w końcu Ty też się jej nauczysz. Jeżeli on ma mentalność wyluzowanego człowieka, to może też nauczysz się kiedy dać sobie odpocząć. W ten sposób można się wiele nauczyć i pracować nad sobą.
  • Kochasz kogoś i ktoś kocha Ciebie - a czy to nie jest najważniejsze? :) 
I przez ten ostatni punkt bilans po prostu wychodzi dodatnio. Związku z obcokrajowcami nie są łatwe, dużo łez popłynie i dużo talerzy się potłucze ;) Ale myślę, że z takiego związku można też naprawdę wynieść (tylko nie zapomnij coś dać w zamian :))

A wy co byście dopisały do tej listy? Może któraś z czytelniczek też ma faceta obcokrajowca?
Buziaki, Mila :)

wtorek, 17 marca 2015

Makijaż pantera

Makijaż pantera zawsze mi się podobał, ale jest dosyć niewyjściowy. Nadarzyła się okazja w postacji konkursu, którego i tak nie wygrałam :D, ale makijaż zrobiłam, napstrykałam selfie (bo mąż nie chce być moim nadwornym fotografem, nie rozumie co to za zaszczyt dla niego :( ), więc podzielę się z Wami.

Według mojej siostry to tygrys... muszę ją chyba zabrać do zoo, żeby ją tam zamkneli popatrzyła jak wygląda tygrys ;) Makijaż miał dwie wersje kolorystyczne ust, ale dopiero po zauważyłam, że w ciemniejszych miałam krzywe pomalowane usta :D taka typowa ja ;)







A tak przy okazji to mam chyba jakiegoś śmiesznego zeza i na zdjęciach wyglądam jak Derp :D




Podobna jestem, prawda? :D
Ten makijaż to nie jest szczyt makijażowych umiejętności, ale dobrze się przy nim bawiłam - i to najważniejsze :) 

Mam nadzieję, że taki makijaż Wam się podoba. Do tego białe kozaczki i różowe wdzianko i można śmigać na wiejską imprezę :D
Buziaki, Mila :)


poniedziałek, 16 marca 2015

Dlaczego nie lubię blogerek?

To nie tak, że nie lubię wszystkich blogerek. Nie lubię tylko niektórych. I mogłabym podać tutaj adresy ich blogów, nie mam z tym wielkiego problemu (bo pewnie i mnie wiele blogerek/czytelniczek nie lubi), ale... po co? Nie w tym celu powstał ten wpis, to raczej luźne przemyślenie na temat tego co mnie wkurza w blogerkach ;)
Napisałam to w komentarzu i słusznie zauważone zostało, że powinien to być podtytuł, więc dodaję:
Coooo.....? :D A niech każdy sobie pisze o tym co chce na blogu, ja tylko pewnych blogerek nie czytam i tyle - oto esencja całego wpisu :P
Osoby czekające na listę blogów się nie doczekają. Wyluzujcie trochę ludzie :P



BLOGERKI UDRĘCZONE
Bycie męczennikiem jest wyjątkowo dobrze widziane w Polsce, więc blogerki jako internetowy głos ludu od czasu do czasu muszę też być udręczone. Udręczone i uwikłane przez swoje własne "widzimisię", oczywiście musi powstać przy okazji z dziesięć wpisów na temat "Dlaczego mnie tutaj nie ma", "Jak nauczyć się organizacji czasu" czy "Jak ugotować obiad, urodzić dziecko, zorganizować ślub, wykastrować psa, zadowolić faceta i oswoić teściową w ciągu 45 minut" ;) Czasami życiowa kumulacja spada z nas niespodziewanie i nie ma się siły nic robić, wszystko się wali i pali, a najlepszym rozwiązaniem w takich chwilach wydaje się kulka w głowę... ale hej, hej biedna udręczona blogerko - znam ten stan, sama przez ostatnie 2 - 3 tygodnie nie miałam za bardzo czasu. I przeżyłam. Żyję nadal, nie narzekam. Za to niektóre blogerki muszą o swoim udręczeniu informować pół świata, tylko po to, żeby usłyszeć "powodzenia" albo "oj biedactwo".

BLOGERKI NIEOMYLNE
To już jakaś plaga. Blogerki często pisząc "Moim zdaniem" mają tak naprawdę na myśli "Zdaniem moim, czyli całego świata....". Tragicznie-komicznie robi się w momencie, kiedy blogerka plecie takie głupoty jakich mało, a czytelniczki jej słuchają. Czasami robi się śmiesznie, kiedy ktoś takiej blogerce zwróci uwagę, że to nie do końca tak działa. Wtedy pozostaje tylko zrobić sobie popcorn i obserwować dyskusję. Blogerki nieomylne to też mistrzynie w kasowaniu niewygodnych komentarzy i blokowaniu ludzi, a ostatnio to jakaś plaga ;)

BLOGERKI BOGATE
Blogerki i ich mityczne milijony monet... Blogerki można podzielić na trzy grupy: blogerki nie zarabiające i przyznawające się do tego, blogerki nie zarabiające i nie przyznawające się do tego (no wiesz co, współpraca za kosmetyk?! Ja za wpis biorę ze trzy koła....) oraz blogerki zarabiające i szpanujące, czyli takie pokroju "zarabiać mniej niż xxxx to obiach!" i "ci którzy nie zarabiają na blogach psują nam rynek".... Czaicie - psuję komuś rynek! Przypominam tylko, że żyjemy w wolnym kraju, gdzie każdy może robić co chcę i za ile chce. Na dobrą sprawę to mogłabym komuś zrobić loda, żeby dostać darmowe kosmetyki i uwaga - nikomu nic do tego ;) A jeżeli jakaś blogerka uważa, że psuje jej rynek to chyba aż taka wspaniała nie jest, bo każda firma jest w stanie zapłacić za dobrą reklamę.

BLOGERKI KUPUJĄCE
To taka specyficzna grupa, która chce się dorobić fanów, ale nie chce się narobić. Ale przecież fanów można kupić... tak samo jak obserwatorów na instagramie, czy pozycjonowanie bloga, nie wspominając o samych tekstach na bloga. I naprawdę wiele, wiele blogerek straciło w moich oczach za takie postępowanie... taka trochę blogowa prostytucja i nie pozostaje nic innego jak przestać je czytać ;)

BLOGERKI WYNIOSŁE
Blogi czytam od hm... zawsze chyba, od kiedy miałam internet, a mam go już jakieś 12 lat. Pamiętam początki wielu blogerek, które teraz są popularne i... cholera, ale ta sława zmienia! Naprawdę. Dziewczyny, które kiedyś były normalne, fajne i miłe (no, przynajmniej internetowo :)) teraz zrobiły się wyniosłe, zimne i wszechwiedzące. Z tego powodu moja lista blogów mocno się zaktualizowała. I nie chodzi o to, że zmiany są złe, bo są fajne. Ale niektórzy zmieniają się na siłę, tylko żebyś pokazać jakie są ważne. Takie blogerki są po prostu fe i pozostaje tylko zastanawiać się czy to ich prawdziwa twarz, czy nie?

A Was jakie blogerki wkurzają? :)
Buziaki, Mila

zdj. znalezione na weheartit.com

wtorek, 10 marca 2015

Jak kupiłam suszarkę do włosów za 10 zł?

Jakiś czas temu moja suszarka do modelowania, która sporadycznie służyła mi też tylko do suszenia włosów, zaczęła odchodzić do suszarkowych zaświatów. Więc potrzebna była mi nowa, a że używam suszarki bardzo, bardzo rzadko chciałam kupić najtańszy model. Udało mi się kupić suszarkę za niecałe 10 zł, a dokładnie 9,89 zł z wysyłką. Jak to zrobiłam?

Rok temu zarejestrowałam się na stronie Cenne Opinie, cały zamysł funkcjonowania strony jest następujący - rejestrujesz się, wypełniasz informację o sobie, a potem co jakiś czas przychodzą Ci na e-maila ankiety, które wypełniasz, za każdą ankietę dostaje się pieniądze, a po uzbieraniu 50 zł można je sobie wypłacić. Obecnie tylko w formie Karty Maxi, która pozwala na zamówienie sobie bonu do różnych sklepów (lista sklepów jest na stronie). Wcześniej, kiedy zaczynałam można było zamawiać doładowania i bony spożywcze do sklepów, ale od jakiegoś czasu zmieniły się zasady.


Przez rok na koncie uzbierałam około 60 zł, z czego niedawno 50 właśnie wypłaciłam w celu zakupu suszarki. Mało, prawda? Tak, ale szczerze przyznam, że po prostu... mi się nie chciało ;) i przez wiele, wiele miesięcy nie wypełniałam żadnej ankiety, teraz też nie robię tego regularnie i czasami od razu kasuję e-maile. A same ankiety przychodzą dosyć często i co najmniej raz w tygodniu jest nowa ankieta.
Podliczyłam, że w ciągu roku otrzymałam i nie skasowałam 105 zaproszeń do ankiet (a kto wie ile usunęłam...), gdyby liczyć, że jedna ankieta to 2 zł (a większość to 3 zł czy 5 zł) to miałabym 210 zł... No tak, teraz po takim podliczeniu będę bardziej sumienna :P Właśnie zdałam sobie sprawę, że na własnym lenistwie straciłam minimum 150 zł ;) Potwierdza się opinia, że czas to pieniądz, a czas spędzony na wypełnianiu ankiet to darmowe rzeczy :P
Zwłaszcza, że trafiają się często ankiety za 10 zł i więcej. Uzupełnienie ankiet raczej nie jest problemowe, im większa cena tym dłuższa ona jest, ale raczej wszystkie zamykają się w maksymalnie 20 minutach.

Sama realizacja bonu była ekspresowa, pomiędzy zleceniem, a finalnym wyborem bonu minęło może 10 minut, w czym 7 się zastanawiałam co chcę kupić i gdzie :P

W końcu wybrałam bon do merlin.pl i kupiłam suszarkę Hyundaia, której cena to 52,99 zł (a dzisiaj jej już nie ma na sklepie hm... ale są inne tańsze ;)), więc doliczając przesyłkę i odliczając 50 zł bonu wyszło mi do zapłacenia dokładnie 9,89 zł.

Dzielę się z Wami tym info, bo w końcu udało mi się sprawdzić wypłacalność Cennych Opinii - wiem, że czyta mnie wiele studentem i młodych dziewczyn, a raz w roku zrobić sobie kosmetyczne zakupy za dwie stówki bez wyciągnięcia realnych pieniędzy to całkiem przyjemne, prawda? ;) Może komuś się przyda taka informacja, a ja za jakiś czas na pewno napiszę więcej na temat samej suszarki, bo dotychczas użyłam jej tylko raz, żeby sprawdzić czy działa :)

Mam jeszcze pytanie - interesują Was posty z dorabianiem przez Internet? Jeżeli tak to mogę przygotować post z kilkoma pomysłami jak dorobić sobie zdalnie :) 
Buziaki, Mila :)

poniedziałek, 9 marca 2015

Kapsułki-rybki Allergal - hit czy kit?

Czy jeden mały kosmetyk może robić dużą różnicę? Może, nawet jeżeli nie kosztuje dużo ;) Doskonałym przykładem są właśnie kapsułki, popularne zwane rybkami, firmy Gal. Najbardziej znane to chyba Dermogal A+E, ale dzisiaj będzie o ich siostrzanym produkcie - kapsułkach Allergal. Kapsułki te są dedykowane cerze wrażliwej i skłonnej do alergii, wszystko co producent ma do powiedzenia na ich temat znajdziecie TUTAJ.


Skład jest bardzo krótki, ale przyjemny: Caprylic/Capric Triglyceride, Gelatin, Oenothera Biennis Oil, Glycerin, Tocopheryl Acetate, CI 19140. Szczere to nie ma w nim "niewiadomoczego", znajduje się tam substancja zmiękczajaca, żelatyna (otoczka), olej z wiesiołka, gliceryna, pochodna wit. E, która działa także przeciwutleniająco oraz barwnik (także z otoczki). Nie ma tam nic złego, nie ma tam też nic super, ale patrząc na fakt, że kosztuje niewiele, ma przyjemny skład i do tego jest to polski kosmetyk - na pewno warto :)



Cena, no właśnie, opakowanie 48 kapsułek kosztuje około 9 - 12 zł, zależnie od miejsca zakupu. Dla mnie jedna kapsułka to dwie normalne aplikacje, albo jedna porządna, bądź też nałożenie na twarz i wtarcie dokładnie we wszystkie skórki paznokci ;) Poza tym kapsułki Allergal są bardzo uniwersalne i można je stosować wszędzie - na włosy, na skórę, na paznokcie, tylko łykać ich nie można :) Mi najbardziej podobało się działanie na paznokcie oraz na twarz, co do włosów to kilka razy nałożyłam na umyte włosy, na końcówki, aczkolwiek z założenia nie miałam zamiaru tam kosmetyku stosować - krzywdy nie zrobił w każdym bądź razie, ale nie stosowałam na tyle regularnie, aby widzieć efekty.
Allergal na pewno mnie nie podrażnił i zostawiał skórę bardzo miękką i przyjemną, kapsułki poprawiły jej poziom nawilżenia. W przypadku paznokci i suchych skórek też radziły sobie bardzo dobrze i pomogły zwalczyć mocne przesuszenie skórek. Dosyć szybko się wchłaniają, zwłaszcza przy wklepywaniu. Zapach kapsułek jest lekko orzechowe, na pewno nie rybi ;) ani nie duszący, szybko się ulatnia.




Opakowanie jest bardzo wygodne i już wiem, że w razie wyjazdu zamiast zabierać kilka kremów, wystarczy listek kapsułek. Rybce wystarczy ukręcić ogonek, wycisnąć zawartość i voila! Dużym plusem jest to, że rybki nie eksplodują pod wpływem naciski, a ich wnętrze jest na tyle gęste, że samo raczej się nie wyleje, kiedy rybka jest położona. 


Dla mnie to prawdziwy hit - to nie kosmetyk cud, który zrobi z ciebie modelkę, ale na pewno cudowny kosmetyk, który warto zakupić chociażby z ciekawości. Taka forma przemawia do mnie jeszcze z innego względu - lubię często zmieniać sobie smarowidła do twarzy, a raz otworzony olejek czy krem są do wyrzucenia za jakiś czas albo po prostu zjełczeją. Wkładanie palucha w słoiczek z kremem nie jest też bardzo higieniczne. Z kapsułkami nie ma takiego problemu, są szczelnie zamknięte i nic im nie grozi, otwierając kapsułkę ma się pewność, że kosmetyk jest maksymalnie świeży. Już zakupiłam następne opakowanie, chociaż zostało mi jeszcze kilka kapsułek do zużycia. Na pewno przetestuję także sławnym Dermogal i porównam ich efekty :)

Kosmetyk dostałam w ramach współpracy od firmy GAL i chyba nie muszę tłumaczyć, że fakt otrzymania produktu nie wpływa na recenzję. Nie zawsze też umieszczam takie info w treści posta, ale  kilka razy pod postami pojawiły się komentarze typu "wypadałoby napisać, że to współpraca" - najlepsze, że zostały napisane pod postami, które nie były współpracami ;) Od jakiegoś czasu wszystkie współprace oznaczać tagiem "współpraca" i nie zdarzyło mi się tego faktu ukrywać. 

A wy znacie rybki firmy GAL? Lubicie taką formę kosmetyków?
Buziaki, Mila :) 

sobota, 7 marca 2015

Organiczny demakijaż - Absolute Organic

Do tej recenzji jakoś nie mogłam się zabrać, a chciałam ją napisać... a jak ja sobie coś postanowię to tak musi być i kropka, więc na jakiś czas byłam "zablokowana" ;) A wszystko nie przez to, że produkt jest zły, ale przez to, że jest bardzo specyficzny. W końcu udało mi się napisać kilka słów na jego temat - Absolute Organic, Double Phase Make-up Remover, czyli organiczny dwyfazowy płyn do demakijażu.


Ten produkt otrzymałam od sklepu Bio-Beauty do przetestowania, sklep specjalizuje się w sprzedaży produktów naturalnych oraz organicznych. Od początku mnie zainteresował, zwłaszcza ze względu na swój niezwykle bogaty skład, który... na pierwszym miejscu ma aloes. Aloes jest dobry, ale nie u każdego, bo niestety ale dosyć silnie potrafi uczulić. W moim przypadku tak się nie stało, ale wiem dobrze, że aloes mi krzywdy nie robi, jeżeli jednak nie jesteście tego pewne to przez zakupem sprawdźcie to - zwłaszcza, że produkt jako organiczny nie jest oczywiście najtańszy i butelka 150 ml kosztuje TUTAJ 44,99 zł.
Właśnie z powodu ceny nie wiedziałam jak "ugryźć" ten kosmetyk. Z jednej strony 40 zł za produkt do demakijażu o tej pojemności to sporo. Z drugiej strony są osoby, które są w stanie wydać na takie produkt nawet 200 zł i im to nie obciąży kieszeni. A jeszcze z trzeciej strony - no cóż, organiczne produkty są kosztowne w utrzymaniu, maja mniejszą wydajność, ale przecież jest masa osób, które stosują tylko organiczne kosmetyki i cena akurat tego płynu nie wydaje się być bardzo zawyżona patrząc na jego składniki oraz bezpieczeństwo. Postanowiłam, więc nie patrzeć w recenzji na cenę właśnie ze względu na specyfikację pochodzenia.




Sam produkt umieszczony jest w wygodnej buteleczce, z której nawet w torebce nic się nie wylewa. Przez użyciem trzeba nim potrząsnąć, aby dwie warstwy się zmieszały - czyli frakcja wodna oraz olejowa. Zapach jest charakterystyczny, dosyć mocny przy pierwszym użyciu, potem się już przyzwyczaiłam ;) Powiedziałabym, że pachnie trochę ziemią, trochę kozą :P Dziwnie, ale nie jest to jakiś strasznie okropny zapach. Produkt jest średnio wydajny.

Co do działania - na twarzy cudo, radzi sobie ze wszystkim. Często go używałam jako tonik oczyszczający  nawet kiedy nie miałam makijażu na sobie :) Nakładałam go na wacik, albo na rękę i masowałam podobnie jak przy oczyszczaniu olejami. Do tego cera jest po nim miękka i nawilżona, nie czuję potrzeby nakładania kremu. Z demakijażem oczu radził sobie różnie, zależnie od produktu. O ile z tuszami nie miał problemów (nawet wodoodpornymi) to eyeliner żelowy z Maybelline go pokonał.
Poniżej od lewej: najciemniejszy cień z paletki Sleek Oh So Speciał, matowa pomadka Golden Rose, eyeliner żelowy Maybelline, lip tint z Biedronki, bronzer z Pupy.
Jak widać przy pierwszym pociągnięciu nie radzi sobie całkowicie (a z drugiej strony, który kosmetyk tak robi ;)) przy 2 -3 usuwa większość makijażu, oprócz eyelinera i resztek produktów do ust (które są dosyć trwałe), ale wystarczą jeszcze 2 pociągnięcia i po pomadkach nie ma śladu. Za to eyeliner musiałam zmywać innym produktem.




Patrząc na niego jako produkt do demakijażu dałabym mu 6/10, patrząc jako na produkt do oczyszczania twarzy 8/10. Nie jest zły, powiedziałabym nawet, że dosyć dobry :) 

Znacie ten produkt? Używacie kosmetyki organiczne?
Buziaki, Mila :)

poniedziałek, 2 marca 2015

Krótki miesiąc, duże DENKO

Powracam do blogowego świata po ponad dwu tygodniowej przerwie - czasami mała przerwa jest potrzebna, żeby uporządkować sobie kilka rzeczy :) Przy okazji powracam też do projektu DENKO, który został dawno przeze mnie porzucony... ale, że luty był łaskawy w zużycia to warto sobie wspomnieć o kilku kosmetykach :) Zwłaszcza, że wiele z nich nie miało osobnych recenzji, zapraszam!



1. Płyn micelarny AA Collagen Hial+ 30+ - pisałam o nim TUTAJ. Nie wiem czy wrócę do niego ponownie, był fajny, ale szału nie robi.
2. Isana, odżywka Połysk Jedwabiu - to chyba 3 czy 4 opakowanie tej odżywki, na pewno do niej jeszcze wrócę, bo jest bardzo fajna. Włosy są po niej miękkie i obłędnie pachną, a do tego w promocji jest tania jak barszcz :)
3. Mokre chusteczki Huggies Natural Care - kupiłam je w ciemno w trzypaku i jestem bardzo zadowolona. To drugie zużyte opakowanie, a używam je przy makijażu, do rąk, mam je zawsze w torebce, czyszczę nimi kosmetyki, służą mi też jako chusteczki do higieny intymnej. Na pewno do nich wrócę, bo są grubsze niż inne chusteczki i bardziej elastyczne (doskonałe do kręcenia loków na chusteczki ;))
4. Mydło w płynie Finale Cosmetics - to mydło wpadło do koszyka w Lidlu, było duże i tanie, ale dosyć dobre i nie wysuszało dłoni. Myślę, że przyjrzę się jeszcze czy są inne wersję.
5. Laura Conti Masło Karite do ust - cudo! Naprawdę bardzo, bardzo fajny kosmetyk. Świadczy o tym chyba fakt, że z przyjemnością go zużyłam :) Na pewno kupię ponownie, jeżeli tylko znajdę stacjonarnie.
6. Head&Shoulders Sport Fresh - ta próbka wydała mi się na tyle ciekawa, że postanowiłam ją tutaj zamieścić. To moja druga bądź trzecia próbka i już wiem, że kupię pełne opakowanie, dlaczego? Nie ze względu na łupież, bo go nie mam, ale ze względu na to, że szampon doskonale oczyszcza i odświeża skórę głowy, przedłużając tym samym czas pomiędzy myciami!
7. Omnia Botanica, krem arganowy - prawie rok temu znalazłam go w moim PinkJoy KLIK i wyrzucam, bo się już przeterminował. Nie przekonał mnie, mimo, że skład ma super i po prostu rzuciłam go w kąt. Plus za fajne opakowanie, które można było zamknąć, mimo że jest to próbka (aczkolwiek spora).
8. Rosyjski olejek łopianowy z olejkiem z drzewa herbacianego - wyrzucam, bo jego resztki zjełczały. Dostałam go prawie 2 lata temu na Dzień Dziecka od mamy i na początku byłam zakochana w działaniu, z czasem jednak efekt był coraz gorszy, a potem już nie robił na mnie żadnego wrażenia. Na pewno jeszcze kupię olejek łopianowy, żeby sprawdzić jak będzie teraz działał.


9. Taft, Invisible Power lakier do włosów - lakierów nie używam dużo, ale lubię mieć jakiś w mojej kosmetyczce. Taft to pewny wybór, który dobrze trzyma włosy. Ten wyrzucam, bo zepsułam go ;) Po prostu wydawało mi się, że ma on korek i chciałam go otworzyć... okazało się, że korka nie ma i po prostu wyrwałam całe psikadło :P Ale pewnie lakiery tej firmy jeszcze kupię nie raz.
10. Organix Cosmetix krem do rąk - wszystko na jego temat TUTAJ
11. Alterra, olejek do masażu "Migdał i papaja" - bardzo fajny olejek, stosowałam go do wszystkiego i wszędzie się doskonale sprawdził. Do tego ma super zapach! Teraz testuję inną wersję z rodziny Alterra, ale nie wykluczam powrotu :)
12. Isana Med Urea Shampoo - ot zwykły szampon, nie wiem czy do niego wrócę, niczym nie zachwycił, niczym nie zawinił.
13. Krem Effaclair Duo + - cały czas obiecuję sobie, że napiszę o nim coś więcej ;) Pisałam o nim coś TUTAJ, w kolejce czeka na mnie następne opakowanie.
14. Maseczka Rainforest WAX - wyrzucam przeterminowane resztki. Napaliłam się na nią swojego czasu jak szczerbaty na sucharki i... się zawiodłam. Nie naprawiła włosów, nie przyśpieszyła wzrostu i włosy po niej nie były jakieś super, tej maseczki już nie kupię.
15. Balsam ujędrniający Love Me Green - więcej na jego temat TUTAJ, ogólnie - nie wyszczupla ;)
16. Babydream, krem z filtrem dla dzieci - lubię go mimo, że zapycha, śmierdzi alkoholem i twarz po nim się świeci jak słońce. Ale stosowany na inne części ciała daje radę, do tego nie kosztuje wiele i jest dostępny w Rossmannach, więc pewnie zagości u mnie nie raz.
17. Kolastyna, Refresh, żel do twarzy - przyjemny średniaczek, pewnie kiedyś do niego wrócę, więcej pisałam o nim TUTAJ.


18. Evree, balsam MaxRepair - fajny balsam, trochę ciężki jak na lato, ale zimą jeszcze się u mnie na pewno pokaże. Recenzja KLIK.
19. Soraya, So Pretty, cytrynowy balsam do ciała - fajny, ale nie robił prawie nic poza ładnym zapachem. Zapach za to utrzymywał się długo, jednak był trochę męczący jak dla mnie. Dlatego szybko do niego nie wrócę.
20. BingoSpa, czekoladowo brzoskwiniowe serum - kosmetyki do mycia ciała nie często się tutaj pojawiają, ale to serum jest godne uwagi głównie ze względu na przepyszny zapach ;)
21. Oillan, krem pod oczy Hydro-aktywny - fajny krem, na pewno do niego wrócę, więcej o nim TUTAJ.
22. Miss Sporty, tusz Pump Up Booster - mój ukochany tusz! Polecam i trafi do mnie jak tylko trochę zużyję zapasy. Naprawdę warto, bo działa świetnie.
23. Bomb Cosmetics, Bubblegum Pop Lip Balm - jego recenzja TUTAJ
24. Kiko, tusz Ultra Tech Mascara - straszliwie mokra przez długi, długi, długi czas... a potem przez chwilę dobra i zaczyna wysychać. Fanki mokrych tuszy i dramatycznych efektów (jak ja;)) będą raczej zadowolone, ale trzeba dać jej trochę przeschnąć. Może jeszcze do mnie wróci.
25. Carmex, Jasmine and green tea - więcej na jego tematu TUTAJ, dodam tylko, że pokochałam markę Carmex i właśnie w użyciu mam jej inny balsam do ust :)
26. Isana, zmywacz do paznokci bez acetonu - w sumie to wyrzucam samo opakowanie, bo zawartość przelałam do opakowania z pompką z Biedronki ;) ale to nie moja pierwsza buteleczka, bardzo fajny zmywacz w niskiej cenie.
27. Rossmann, Isana Hair, Express Spulung Oil-Care - ta odżywka nie zachwyciła mnie, stała długo nie używana, więc ją wyrzucam. Włosy po niej na sucho były miękkie, ale zaraz po pryskaniu nieprzyjemnie szorstkie i nie dawało rady ich rozczesać. Plus za to, że pachniała gruszkowo ;) 
28. Próbka Bioderma Sensibio DS+ - po tej próbce wiem, że nieprędko kupię coś do twarzy z Biodermy ;) wszystko przez to, że krem miał okropny zapach... nawet nie zapach, po prostu śmierdział i po nałożeniu go na twarz szybko musiałam zmywać. Nawet nałożony na ręce mnie odrzucał daleko, daleko...

I to by było na tyle :) ten miesiąc uważam za udany!
Miałyście coś z moich zużyć? Mam nadzieję, że Wasze denko jest równie pokaźne :)
Buziaki, Mila :) 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...