piątek, 30 stycznia 2015

Mało, ale cieszy, czyli NOWOŚCI!

Dzisiaj bardzo krótko, zwięźle i na temat - czyli o nowościach :) Pojawiło się u mnie kilka nowych kosmetyków, kilka się jeszcze na pewno pojawi i może za jakiś czas Wam je pokaże :)

Na pierwszy ogień - zestaw Fructis Gęste i Zachwycające. Ten zestaw otrzymałam do przetestowania z portalu Wizaż. To testowanie to nie blogowa współpraca, a portal często robi takie akcje i jak tylko zobaczyłam zestaw do włosów to MUSIAŁAM spróbować moich sił :D Moja odpowiedź spodobała się i teraz zacznę testowanie :) 
Mam w planach przez miesiąc stosować tylko te kosmetyki i potem opisać Wam efekty, co o tym myślicie? ;) Jeszcze nigdy nie kupowałam/miałam całej serii kosmetyków do włosów, ciekawi mnie czy faktycznie używając wszystkie na raz moje włosy będą gęste i zachwycające, czy może bez zmian i mizerne? ;) Okaże się za miesiąc! 
Zestaw można kupić m.in w Hebe.



Allergal, firmy GAL. Na te rybki miałam chrapkę od dawna, a Beauty Mania utwierdziła mnie w przekonaniu, ze warto! Na pewno będę stosować na twarz i skórki paznokci. Wybrałam tą wersję, ponieważ wydaje mi się lepiej dostosowana do potrzeb mojej skóry od innych wersji rybek.


Mixa krem CC dla skóry z zaczerwieniami
Ten krem jest ze mną 2 tygodnie i jako taką wstępną opinię sobie o nim wyrobiłam. Jest godny uwagi i faktycznie działa, ale nie wiem czy dobrze sprawdziłby się u osób, które codziennie stosują podkład. Buzia się po nim świeci i trzeba nałożyć puder, inaczej można ryzykować efekt lampy.


Na razie to wszystko :) Wyczekujcie recenzji!

U Was pojawiło się coś nowego w ostatnim miesiącu? :)
Buziaki, Mila :)

czwartek, 29 stycznia 2015

Samoopalacz, który nie śmierdzi? Vita Liberata, pianka pHenomenal!

Nie jestem wielką fanką bladej skóry u mnie, gdyż jako posiadaczka skóry o mocno żółtym tonie zimą moja skóra zamiast być porcelanowa jest szara. Ale nigdy nie byłam w solarium, a nie uśmiecha mi się opalanie zimą ;) więc jedyne rozwiązanie jakie mi pozostało to samoopalacze i balsamy brązujące. Przetestowałam ich kilka i na dłuższą metę została z balsamami, dlaczego? Bo wszystkie samoopalacze jakie stosowałam miały ten okropny, chemiczny zapach, a do tego łatwo było sobie nimi zrobić krzywdę w postaci zacieków, a jeszcze jakby tego było mało większość miała mocno marchewkowy kolor, więc zrezygnowałam. Balsamy też nie do końca się sprawdzały i stanęło na tym, że od jakiegoś czasu chodziłam mocno szarawa :(


Na szczęście są na tym świecie jeszcze dobre osoby, które robią dobre samoopalacze! Na pewno dobrym samoopalaczem jest Vita Liberata i ich pianka samoopalająca pHenomenal. Mój kolor to Medium i używam w zestawie z rękawicą Vita Liberata.


W tym samoopalaczu podoba mi się kilka rzeczy:
  • nie śmierdzi! ani podczas aplikacji, ani na skórze (a skóra po nim pachnie jak skóra nagrzana słońcem, serio!)
  • nie smuży - próbowałam nałożyć zarówno rękawicą - i w takiej sytuacji nie ma opcji, żeby się nie udało! jak i bez i mam takie samo wrażenie, że produkty jest bezproblemowy w aplikacji
  • nie wysusza
  • fajna, łatwo rozprowadzająca się konsystencja
  • zawiera bardzo dużo organicznych składników! w sumie to wszystkie składniki poza barwiącymi są naturalne albo posiadają ecocert
  • nie barwi ubrań - ja po nałożeniu go przez około godzinę staram się nie nakładać nic na skórę, a potem wskakuję w jasną piżamę i nie zdarzyło mi się, żeby zafarbował
  • jest wydajny - dwie/trzy pompki starczą na całe nogi
  • efekt jest naturalny i można go stopniować dokładając kolejne warstwy

Kolor Medium jest dla mnie idealny, nie mam jaśniutkiej karnacji, a efekt można sobie dowolnie stopniować, chociaż ja zazwyczaj zostaję przy jednej warstwie. Po aplikacji trzeba pamiętać, żeby przez jakieś 12 godzin nie nakładać żadnych balsamów, aby kolor się utrwalił.




Jak długo efekt się utrzymuje? Nakładając produkt raz mam pewność, że przez 1,5 tygodnia efekt jest mocny, potem zaczyna delikatnie blednąć i po 2 tygodniach od aplikacji nakładam samoopalacz kolejny raz. Można efekt przedłużyć do około 3 tygodni nakładając samoopalacz 3 razy stosując przerwę przynajmniej 6 godzin i biorąc prysznic pomiędzy aplikacjami.

Pierwsze zdjęcie to lewa ręka, która nie została opalona w ramach testu ;) Kolejne dwa to próba uchwycenia efektu samoopalacza. Jak widać kolor jest bardzo złocisty i pięknie wygląda w słońcu!





Powiem też kilka słów o rękawicy do aplikacji, która znacznie ułatwia pracę, jest ona dwustronna i tylko jedna strona nadaje się do aplikacji - tą gąbkowata. Jest bardzo miękka, cienka i daje doskonałe wyczucie podczas aplikacji. Nie do końca, jednak się dopiera i pozostają lekko różowe przebarwienia po samoopalaczu, lecz są prawie niewidoczne. Poza tą wadą rękawica jest bardzo wytrzymała i odporna na mycie i wyciskanie.




Wady? Ahhhh tak, kosmetyk idealny musi mieć zawsze jakąś wadę ;) W tym przypadku to niska dostępność (głównie Sephora, kilka sklepów w sieci), ale też spora cena w okolicach 160 zł. Warto też dokupić do zestawu rękawicę, która bardzo ułatwia aplikację,a  to kolejne 30 zł wydatku, który jednak zostanie z nami dłużej. Licząc, jednak, że produkt jest dosyć wydajny poprzez swoją konsystencję to myślę, że jest to zakup warty uwagi dla osób, które lubią lekką opaleniznę :) Jak dla mnie ten produkt jest świetny i mimo wysokiej ceny chętnie po niego sięgam i będę nadal sięgać z mała przerwą na miesiące letnie :)

Skład dla zainteresowanych:
Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Water (Aqua, Eau)*, Dihydroxyacetone***, Cocamidopropyl Betaine, Saccharide Isomerate***, Tocopheryl Acetate, Cucumis Sativus (Cucumber) Extract**, Hammamelis Virginiana (Witch Hazel) Extract**, Fucus Vesicolosus (Bladderwrack) Extract**, Papaya (Papaya) Fruit Extract**, Citric Acid, Punica Granatum (Pomegranate) Extract*, Rubus Ideaus (Raspberry) Extract*, Litchi Chinensis (Lychee) Extract**, Glycyrrhiza Glabra (Liquorice) Extract*, Vitis Vinifera (Grape) Extract**, Gingko Biloba Extract*, Sodium Benzoate, Betain, Potassium Sorbate, CI 17200 (Red 33), CI 42090 (Blue 1), CI 19140 (Yellow 5), CI 60730 (Ext. Violet 2), CI 14700 (Red 4)
*Organic / **Natural Origin / ***Ecocert

Znacie ten samoopalacz? A może maci jakiś inny, który możecie mi polecić?
Buziaki, Mila :)

***ROZDANIE***
Jeżeli nie chcecie wydawać pieniędzy, a chciałybyście przetestować tą piankę (w wybranym odcieniu) + rękawicę to zapraszam na mój fanpage na FB, trwa tam rozdanie w którym można wygrać tą piankę :) 

środa, 28 stycznia 2015

Odżywka do rzęs Bodetko Lash - efekty po 5 miesiącach stosowania

Na samym początku września zaczęłam stosować odżywkę do rzęs Bodetko Lash, teraz mija 5 miesięcy, od kiedy ten produkt jest ze mną, jesteście ciekawe jak się sprawdził? :)

Buteleczka z odżywką umieszczona jest w czarno-złotym kartoniku, a sama odżywka w smukłej buteleczce też w czarno-złotej kolorystyce, nakłada się ją cieniutkim pędzelkiem. Niestety, ale po jakimś czasie złoty nadruk na buteleczce zaczął się wybrzuszać i wyglądać trochę nieestetycznie. Nie przeszkadza mi to szczególnie, ale gdybym wiedziała to bym zrobiła wcześniej ładniejsze zdjęcia :D W każdym bądź razie buteleczka jest bezproblemowa, a sam pędzelek bardzo cieniutki i pozwala nałożyć bez żadnych problemów odżywkę na linię rzęs (co należy wykonywać codziennie).




Przez około 2,5 miesiąca stosowałam odżywkę codziennie, potem przeszłam na co dwa dni, a teraz stosuję ją jak sobie przypomnę ;) czyli średnio raz na 2,3 dni i powiem, że efekt jest nadal zadowalający i nie zauważyłam nagłego wypadania. Ale rzęsy też już bardziej nie rosną, po prostu po jakiś 2 miesiącach doszły do takiego poziomu i przyrost był minimalny potem. Bodetko Lash nie spowodowała u mnie żadnej mocnej reakcji alergicznej, ale na samym początku miałam lekko zaczerwienione powieki, nigdy mnie nic nie piekło.

Jak działa na same rzęsy? Po prostu działa ;) nie wydłużyła ich jakoś spektakularnie, chociaż efekt lekkiego wydłużenia jest widoczny, na pewno znacznie zagęściła. Na samym początku nie byłam z niej do końca zadowolona, gdyż wydawało mi się, ze rzęsy wyrastają cienkie i osłabione, ale z czasem wzmocniły się i nigdy nie miałam z nimi żadnych problemów. Z efektów jakie dała jestem bardzo zadowolona, a pierwsze efekty były widoczne już po około 2 tygodniach! Dla osób, które nigdy nie miały rzęs może okazać się prawdziwym wybawieniem, a osobom takim jak ja daje jeszcze większy wachlarz ;)

Rzęsy są na pewno odrobinę dłuższe (na zdjęciu przed jest flesz i cienie, więc wyglądają na trochę dłuższe niż były), gęstsze, nie wypadają, lekko się zakręcają do góry :) Są też ciemniejsze! 








Czy warto wydać na nią 180 zł? Moim zdaniem tak, przeliczając to na ile czasu wystarczy miesięcznie otrzymuje się niewielką kwotę. Jedynym minusem jest fakt, że nie można dostać jej w sklepach, a kupić ją można np. przez facebook Bodetko Lash, często zdarzają się, jednak promocje, więc warto ich FB obserwować.

Do tego odżywka wydaje się być dosyć wydajna, gdyż stosuję ją już naprawdę długo... i końca jeszcze nie widać ;) Dobrze, że ma aż rok przydatności do użycia po otwarciu! 

Dla osób które nie chcą stosować takie odżywki polecam olejek rycynowy, tutaj pisałam o nim:

Po skończeniu tego opakowania na pewno przez jakiś czas wrócę do olejku rycynowego, a potem? Pewnie kupie inną odżywkę, żeby ją przetestować ;) chociaż z tej jestem bardzo zadowolona i polecę ją kilku osobom :) 

Znacie Bodetko Lash? Jaką inną odżywkę stosowałyście?
Buziaki, Mila :) 

wtorek, 27 stycznia 2015

Nowa wersja "Naked dla ubogich" w Rossmannie

Jakiś czas temu Lovely wypuściło "Naked dla ubogich". A ostatnio przeglądając Skarb online (bo u mnie w Rossmannie nigdy go prawie nie mogę dostać ;)) zauważyłam, że wychodzi nowa wersja Naked dla ubogich, z częścią kolorów bardziej w stronę fioletu/różu.

Raczej się na nią i tak nie skuszę, bo widziałam swatche poprzedniej wersji no i... nawet jak za 12 zł mi szkoda ;) Dorzucają dwa razy tyle można kupić Sleeka, z którego jakości jestem zadowolona no i moim zdaniem są dużo lepiej napigmentowane i dłużej się trzymają. Aczkolwiek może ta wersja będzie super wytrzymała? Kto wie :)
Kliknięcie na zdjęcia przenosi do Skarbu online :)



Pamiętacie kółko kamuflaży z Wibo? Mam je i mnie nie zachwyciło jakoś super, ale jest dobre i tanie, co podnosi jego atrakcyjność :D A teraz też Lovely (które nomem omen należy do Wibo) wypuszcza kamuflaże ;) Nie w kółku, ale prostokącie i zamiast różowego kamuflażu jest fioletowy. Ciekawe jak będzie cenowo wyglądało, chociaż samo Wibo też drogie nie jest.



Kupicie coś z tych nowości? ;)
Buziaki, Mila :)


poniedziałek, 26 stycznia 2015

Straszenie blogera sądem - nie daj się!

Czasami kosmetyk czy jakiś zabieg jakiemu się poddajemy nie spełnia naszych oczekiwać. W takim przypadku mamy prawo do wystawienia negatywnej opinii, bo także takie opinie muszą się pojawiać w blogosferze. Do napisania posta natchnęła mnie sytuacja, która zdarzyła się pewnej blogerce - będzie bez danych, ale takie sytuację przytrafiają się blogerom co jakiś czas i warto wiedzieć co w takiej sytuacji robić.



Blogerka X została zaproszona przez właścicielkę nowo otwartego salonu na zabieg kosmetyczny. Niestety zabieg niezbyt dobrany do jej potrzeb (pękające naczynka), a sama właścicielka podczas zabiegu odbierała telefony... Po jakimś czasie blogerka wybrała się tam na rozmowę, a właścicielka robiła małe 3w1 - rozmawiała z nią w gabinecie, odbierała telefony, a jak potem się okazała wykonywała komuś w międzyczasie depilację... Multitasking to błogosławieństwo, ale chyba nie w takim wypadku, prawda? Blogerka opisała sprawę rzetelnie, bez epitetów, a nawet jak na mój gust za grzecznie na blogu ;) Przy tym dodając zdjęcie salonu z zewnątrz oraz nazwę i adres. Właścicielce się to nie spodobało i postanowiła postraszyć sądem i sprawą o pomówienie!

Niestety blogerka dała się zastraszyć i wystosowała przeprosiny (dwa razy!). Ale warto wiedzieć, żeby nie dawać się zastraszać, dlaczego? 
Bo negatywna opinia to nie jest pomówienie! 

Zgodnie z Art. 212 Kodeksu Karnego:

§ 1. Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności,
podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.
§ 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania,
podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
§ 3. W razie skazania za przestępstwo określone w § 1 lub 2 sąd może orzec nawiązkę na rzecz pokrzywdzonego, Polskiego Czerwonego Krzyża albo na inny cel społeczny wskazany przez pokrzywdzonego.
§ 4. Ściganie przestępstwa określonego w § 1 lub 2 odbywa się z oskarżenia prywatnego.

Czyli podsumowując:
- pomówienie jest wtedy, kiedy szkodzi danej osobie lub firmie, poniża ją albo naraża na utratę zaufania
- pomówienie to też może być wpis w blogu
- pomówienie jest karalne
- oskarżyć o pomówienie można tylko prywatnie, czyli jeżeli ktoś straszy, że pójdzie do policji to niech idzie i tak nic nie zrobią ;)

Ale czym jest samo pomówienie?  Zgodnie z definicją słownikową to: pomawiać” to bezpodstawnie zarzucić, niesłusznie przypisać coś komuś, posądzić, oskarżyć kogoś o coś.

BEZPODSTAWNIE, czyli jeżeli ja pójdę do salonu i Pani zamiast maseczki na twarz nałoży mi kwas to mogę napisać na blogu, że jest niekompetentna, bo wykonała mi zły zabieg to nie jest pomówienie. Ale jeżeli nie pójdę i powiem, że ta pani to głupia pizda, bo na pewno myli się w pracy (a nie wiem tego od kogoś, tylko sobie wymyśliłam) to jest pomówienie. Albo jeżeli powiem, że sekretarka robi loda szefowi to jest pomówienie. Jeżeli ją na tym przyłapie i powiem, że sekretarka robi loda szefowi to nie jest pomówienie.

Dodatkowo naszych interesów broni Art. 213 Kodeksu Karnego:

Art. 213
§ 1. Nie ma przestępstwa określonego w art. 212 § 1, jeżeli zarzut uczyniony niepublicznie jest prawdziwy.
§ 2. Nie popełnia przestępstwa określonego w art. 212 § 1 lub 2, kto publicznie podnosi lub rozgłasza prawdziwy zarzut:
1) dotyczący postępowania osoby pełniącej funkcję publiczną lub
2) służący obronie społecznie uzasadnionego interesu.
Jeżeli zarzut dotyczy życia prywatnego lub rodzinnego, dowód prawdy może być przeprowadzony tylko wtedy, gdy zarzut ma zapobiec niebezpieczeństwu dla życia lub zdrowia człowieka albo demoralizacji małoletniego.

Czyli, jeżeli to co zostało napisane w opinii/recenzji/relacji jest prawdziwe to do pomówienia nie doszło! 

Może komuś się ten wpis przyda, bo ja na miejscu właścicielki bloga bym życzyła szerokiej drogi i czekała na bezpodstawne wezwanie do sądu ;) gdyż do pomówienia nie doszło.

Poza tym "idę z tym do sądu!" to chyba najczęstszy argument... zresztą wiele osób go stosuje np. w stosunku do nieuczciwych sprzedawców, a tak naprawdę to mało komu chce się w to wszystko bawić. Nie bądźmy głupiutkimi kozami, które jak jedna wystawiają tylko pozytywne opinie, bo inaczej firma poda nas do sądu, bo jeżeli nie ma podstaw to tego nie może zrobić, a nawet jak to zrobi (co jest wątpliwe) to i tak nic z tego nie wyniknie (może poza historią do opisania na blogu ;)).

Mam nadzieję, że Wy nie dacie się nigdy zastraszyć sądem!
Buziaki, Mila :)


źródła: eporady24.pl
           kodeks.ws
zdjęcie: weheartit.com

piątek, 23 stycznia 2015

Różowy lakier zrobi z Ciebie zdzirę!

*** test jest metaforyczny, różowy lakier to tylko przykład i przenośnia :) ***
Przez lata unikałam różu (do białych kozaczków na szczęście nigdy nie miałam ciągotek). Ale do różu tak. I nie chodziło tutaj o pudrowy róż (chociaż takiego też nie nosiłam), ale bardziej o neonowy róż, który podobał mi się w umiarkowanych ilościach, a najbardziej na paznokciach. Przez lata, jednak go nie nosiłam, dlaczego? No cóż... żeby nie zostać zdzirą, bo różowy lakier do paznokci robi z Ciebie zdzirę, nie wiecie o tym? 



Jaka jest zdzira każdy wie - wredna, prawdopodobnie cierpi na bitch face (hej, to tak samo jak ja!), piękna i na pewno odbije Ci faceta i kota! Kwintesencja zła i próżności, cholerna księżniczka na ziarnku grochu. No i pewnie ma duże cycki, które wywala na widok publiczny. I koniecznie ubrana jest na różowo, albo przynajmniej ma różowy lakier na paznokciach, a w szafie białe obuwie. Głupio przez lata myślałam, że nałożenie na siebie różowego uczyni ze mnie zdzirę w oczach innych. Dodajmy do tego, że mam spory biust (a jak pisała Ania na swoim blogu "Różnica między miłą dziewczyną a suką leży w....wielkości miseczki") i zestaw zdzirowata Mila jest gotowy. Kiedy miałam 15 lat i ktoś zwracał uwagę na mój spory jak na mój wiek biust to czułam jakby wymierzył siarczystego policzka, bo zazwyczaj w takim celu były kierowane to uwagi. Akceptacja przyszła z czasem i zaczęłam nosić dekolty i nie wstydzić się tego... bo w sumie dlaczego powinnam wstydzić się tego, że mam miseczkę większą niż może rówieśniczki? W tym samym mniej więcej czasie pojęłam, że życie jest po prostu za krótkie, żeby no nosić różowego lakieru na paznokciach.

Zanim to zrozumiałam to bardzo łatwo przychodziło mi ocenianie innych. Kobieta w wysokich szpilkach i miniówce? Pewnie jest łatwa. Opalona blondyna? Pewnie podstarzały kochanek zabrał ją na wczasy w Egipcie. W pewnym sensie, kiedy zaczęłam nosić się jak zdzira, zrozumiałam, że w sumie nią nie jestem i nie mam prawa oceniać innych pod względem wyglądu. Skomplikowane prawda? Ale dosyć łatwe do realizacji i zrozumienia. Po prostu zdjęłam w moim umyśle wszystkie łatki jakie mogli mi przyczepić ludzie - suka, zdzira, gruba, łatwa... przestały po prostu dla mnie mieć znaczenie. Bo mogę być taka jaka chcę, ale to JA określam jaka jestem i komuś może się to podobać, a komuś nie - lecz nikt nie może mieć o to do mnie pretensji!

Każdy ma prawo nosić się tak jak chce. Dziewczyna nosi króciutkie szorty i stringi naciągnięte do połowy pleców? Nie grzeje mnie to, ani nie ziębi. Pani w rozmiarze XXXL nosi obcisłe legginsy i przykrótką bluzeczkę? Spoko, ja bym tak się nie ubrała, ale to automatycznie nie daje mi prawa do krytykowania. Wiecie jak wielką zmienia w Tobie takie sposób myślenia? To tak jakby uwolnienie się z tych wszystkich społecznych przymusów i humor od razu staje się lepszy. Było to także wielką zmianą dla mnie, bo przestałam się przejmować tym, że mam pryszcza, nieład na głowie czy, że mam pogięte ubrania. Nagle po prostu zaczęłam cieszyć się tym, że już nie muszę się przejmować co sobie pomyślą o mnie inni.

To nie różowy lakier robi z Ciebie zdzirę, to inni ludzie chcą ją z Ciebie zrobić! 
Buziaki, Mila

wtorek, 20 stycznia 2015

Konkretna pomoc dla skóry ciała - regeneracja z Max Repair

O jednym produkcie marki Evree już pisałam, recenzja TUTAJ. Krem do rąk Evree bardzo przypadł mi do gustu, ale jak to jest z balsamem regeneracyjnym Max Repair od Evree?


Balsam zamknięty jest w dużym opakowaniu, które mieści 400 ml produktu (co w zestawieniu z ceną około 15 zł jest dosyć korzystnym rozwiązaniem). Sam krem jest bardzo treściwy, ale nie tłusty - zresztą fakt, że jest on gęsty i konkretny podkreśla także producent na opakowaniu. I za to firma ma u mnie plus, bo ile razy zdarzyło się, że kupowałam krem, a okazywało się, że jest on mega gęsty i zupełnie nie taki jakbym chciała? Za dużo, naprawdę za dużo ;) Opakowanie jest dosyć porządne, aczkolwiek po upadku od razu ukruszyło się zamknięcie (u mnie każdy kosmetyk mimowolnie przechodzi takie test wytrzymałości :P). Nie jest to jednak jakiś wielki problem, bo balsam jest w połowie no i cóż... ciężko go wycisnąć z opakowania, trzeba czasami się lekko nagimnastykować, boję się co będzie na końcu. Ale opakowanie to jedyny minus tego produktu.



Sam krem mimo, że jest gęsty i trochę bieli skórę zaraz po nałożeniu to dosyć szybko się wchłania. A co najważniejsze - działa należycie i dobrze nawilża. Nie lepi się, nie brudzi ubrań, ma lekki i przyjemny zapach, które dosyć szybko się ulatnia. Spełnia swoje zadanie należycie, a skład ma bardzo przyjemny i napakowany naturalnymi olejami. Polubiłam go bardzo za to, że dba bardzo dobrze o przesuszoną skórę ciała, taką jak moja. Wiem, że pewnie jeszcze nie raz do niego będę wracać zimą i na pewno przetestuję go także latem. Przez swoją konsystencję jest także bardzo wydajny, ja swoje opakowanie używam od jakiś 6 tygodni przynajmniej raz dziennie i jest go jeszcze około połowa.

Skład:
Aqua, Glycerin, Caprylic/Capric Triglyceride, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Helianthus Annuus Oil, Urea, Butyrosperumum Parkii Butter, Cetaeryl Alcohol, Ceteareth-20, Glyceryl Stearate, Dimethicone, Argania Spinosa Kernel Oil, Milk Lipids, Ceramide 3, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Polysorbate 20, PEG-20 Glyceryl Laurate, Tocopherol, Linoleic Acid, Retinyl Palmitate, Panthenol, Sodium Acrylate/Sodium Acryloyldimethyltaurate Copolymer, Isohexadecane, Polysorbate-60, PEG-8, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Disodium EDTA, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Parfum, Citronellol, Geraniol, Hexyl Cinnamal, Hydroxycitronellal, Butylphenyl Methylpropional, Linalool, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Alpha-Iosmethyl Ionone.

Muszę, jednak podkreślić, że jest to dobry, porządny balsam, ale bez fajerwerków. W sensie - doskonale spełnia obietnice producenta, ale ani nie pachnie powalająco, ani nie wchłania się w 3 sekundy, ani nie jest kolorowy, ani opakowanie nie jest dziwne... Ot prosty w formie balsam, doskonały w działaniu i szczerze go polecam posiadaczkom przesuszonej skóry, takiej jak moja!

A Wy znacie ten balsam do ciała? Jaki jest Wasz ulubiony balsam do ciała?
Buziaki, Mila :)

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Idealna fryzura na studniówkę

Gdybym kiedyś poszła na moją studniówkę (bo na niej nie byłam, a nawet nigdy nie planował być :P) to chciałabym mieć fryzurę, która się utrzyma, która nie będzie potrzebowała tony lakieru i która nawet o 4 rano, kiedy bym wracała do domu lekko zawichrowana, nadal by wyglądała dobrze. Z powyższych powodów postawiłabym na jedną z poniższych fryzur.

Pierwsza propozycja - niedbały koczek, coś w stylu bardzo messy, nie do końca bun ;) Z ciekawą aplikacją/spinką wygląda wystarczająco elegancko, a że sam w sobie jest bardzo zawichrowany to po godzinach zabawy nadal by wyglądał równie dobrze. W razie czego taką fryzurę można bez problemów jeszcze raz ułożyć na szybko w łazience, więc żadna katastrofa nie byłaby mi straszna.



Druga propozycja - upięcie z warkoczami. Nadal trochę luźne i nie do końca poukładane, ale na pewno dosyć wytrzymałe. A poza tym warkocze mają to do siebie, że im bardziej wymięte i nie ułożone, tym więcej szyku nabierają :) Warkocza, zwłaszcza takiego nie do końca idealnego, potrafi zrobić chyba każdy, a trzymają się w kupie całkiem dobrze nawet bez tony lakieru i innych stylizatorów.



Po więcej studniówkowych inspiracji zapraszam na mojego drugiego bloga - Włosowe LOVE


A Wy jaką fryzurę miałyście, albo byście wybrały na własną studniówkę? :)

Buziaki, Mila :)

Zdjęcia pochodzą z serwisu weheartit.com

piątek, 16 stycznia 2015

Skinetic - kremy do skóry wrażliwej, które się u mnie nie sprawdziły

Brrrrr... koszmarek! Właśnie taka jest moja pierwsza reakcja na wspomnienie kremów Skinetic 30+, czyli nawilżających kremach na pierwsze zmarszczki. Tak w ogóle to jeszcze do trzydziestki mi trochę brakuje (jakieś 7 lat), ale moja skóra genetycznie ma skłonność do zmarszczek i dużego przesuszenia, więc używanie takich kremów to dla mnie nic nowego. Zresztą patrzę na składniki, a nie na to co napisał producent na opakowaniu :) I nie, skóra mi się nie rozleniwi, to tylko mit ;)

Mam (a raczej miałam) krem na dzień i na noc z tej serii. A w zapasach jeszcze jest krem pod oczy i tonik, które za jakiś czas mam nadzieję zużyję i mam szczerą nadzieję, że nie będą tak złe jak kremy do twarzy.


Parafinowy koszmarek - to doskonałe określenie Skinetic. Parafina w kremach nie robi na mnie zazwyczaj żadnego efektu, ot składnik jak każdy inny. Ale w tych kremach strasznie zapychała, dodatkowo po kremie skóra się świeciła jak bożonarodzeniowa bombka i to przez długi czas. Miałam też wrażenie, że skóra jest śliska, nieprzyjemna i krem nic, a nic na nią nie działa... chyba za dużo parafiny, za mało innych rzeczy :/ Do tego zapach dosyć duszący i nieprzyjemny. Szkoda, bo ta seria zapowiadała się tak dobrze, niestety nie poleciłabym jej nikomu. Za 30 zł / krem można znaleźć coś o wiele lepszego,a za niewiele więcej można już kupić jakiś naturalny, ekologiczny krem.


Kremy poszły do mojej mamy i jej za to bardziej odpowiadają, czyli jak zawsze - każda skóra ma inne potrzeby. Mam nadzieję, że w przypadku kremu pod oczy i toniku firma postarała się bardziej.

Znacie produkty tej serii? Może u Was się sprawdziły?
Buziaki, Mila :)

czwartek, 15 stycznia 2015

Szczoteczki do twarzy w Biedronce - już od dzisiaj po raz kolejny!

Pamiętacie jakiś czas temu szał na "Clarisonic dla ubogich" :P czyli urządzenie/szczoteczkę do pielęgnacji twarzy z Biedronki?
Jeżeli w poprzedniej edycji nie udało Wam się jej zakupić, albo nie byłyście jej pewne, a kiedy okazało się, że bardzo ją chcecie, już ich nie było to... nic straconego. Od dzisiaj (15.01) szczoteczki do pielęgnacji twarzy dostępne są znowu w Biedronkach, aż do wyczerpania zapasów. A, że za cenę 19.99 zł zapasy pewnie się szybko wyczerpią biegnijcie po nie! Ja ciągle rozważam zakup, ale nie mogę się do końca zdecydować :>
W każdym bądź razie jak poprzednim razem za 20 zł (bez grosza!) dostaniecie urządzenia na baterie a w nim 4 różne głowice oraz etui.

Cała gazetka tutaj:

 Gazetka Biedronka


Kupujecie czy jednak nie? A może już kupiłyście poprzednim razem?
Buziaki, Mila :)

wtorek, 13 stycznia 2015

Pielęgnacja cery mieszanej (w kierunku suchej) według mnie

Dzisiaj opowiem Wam trochę więcej o pielęgnacji mojej cery, przy okazji przeczytacie mini-recenzje produktów, które towarzyszą mi w pielęgnacji (nie wszystkie produkty będą miały pełną recenzję w przyszłości).
Moja skóra jest mieszana w kierunku suchej - czyli mam przesuszone partie, mam lekko błyszczące partie, rozszerzone pory i zaskórniki, pojawiają się na niej czasami jakieś niespodzianki. Nie jest może bardzo wrażliwa, ale nie jest też odporna na wszystko co z nią robię.


Produkty myjące i peelingujące


Himalaya Herbals, Gentle Exfoliating Apricot Scrub - ten morelowy peeling to okrycie roku! To cudowny, bardzo, bardzo mocny zdzierak (a takie lubię najbardziej!), a mimo swojej mocy nie podrażnia mi skóry. Do tego wysoko w składzie ma olej z kiełków pszenicy, dzięki temu skóra jest po jego użyciu nawilżona i cudownie miękka. Naprawdę go polecam, na dodatek jest tani (cena regularna około 12 zł, ja go kupiłam na promocji w Dayli za 6 zł) i bardzo wydajny. Stosuję 1-2 razy w tygodniu wieczorem.

Kolastyna, Refresh żel do mycia twarzy do cery normalnej i mieszanej - ot zwyklaczek. Nie zachwyca szczególnie, ale skóra po nim nie jest sucha ani ściągnięta, dlatego z chęcią go używam. Nie pieni się mocno. Ma bardzo przyjemny zapach. Dobrze domywa resztki makijażu. Używam go czasami rano i zawsze wieczorem.


Produkty do demakijażu i tonizujące


Soraya, Kuracja Dotleniająca, tonik bezalkoholowy nawilżenie i dotlenienie - bardzo fajnie odświeża, ma też przyjemny zapach, nie zostawia tłustej warstwy, ale czasami lekko ściąga skórę twarzy. Ma bardzo poręczną butelkę i porządne zamknięcie. Sięgam po niego codziennie rano, czasami też w ciągu dnia w celu odświeżenia skóry. Obecnie nie stosuję go wieczorem, ale kiedy to robiłam to mimo wszystko bardzo dobrze radził sobie z oczyszczeniem skóry.

Absolute Organic, organiczny dwufazowy płyn do demakijażu - ten płyn to same dobroci, skład jest króciutki i konkretny (wysoko w składzie olej makadamia), a sam płyn przyjemny w użytkowaniu. Idealnie oczyszcza i zostawia skórę przyjemnie nawilżoną, bardzo go polubiłam zwłaszcza jeżeli chodzi o oczyszczanie oczu. Jedyny minus to jak dla mnie zapach, na szczęście nie jest mocny. Niedługo pojawi się jego pełna recenzja.

AA, Collagen Hial + 30 +, płyn micelarny do demakijażu twarzy i oczu - fajny micel, który dobrze radzi sobie z zanieczyszczeniami oraz z demakijażem. Nie mam mu absolutnie nic do zarzucenia i faktycznie spełnia obietnice producenta. Na pewno jeszcze po niego sięgnę w przyszłości, aczkolwiek w obecnej chwili używam go dosyć sporadycznie ze względu na to, że mam też inny micel.


Kremy


Oillan Balance, Hydro-aktywny żel pod oczy - super, po prostu super! Ten krem jest cudowny i doskonale nawilża okolice oczu, które po jego użyciu wyglądają na bardzo wypoczęte. Wchłania się może trochę długo, ale absolutnie się nie lepi i nie świeci, trzeba jedynie odczekać z makijażem odrobinę dłużej. Jak dla mnie numer 1 pośród kremów pod oczy, a do tego wydajny i łatwo dostępny!

Oillan Balance, Hydro-aktywny krem do twarzy - ta seria się firmie Oceanic bardzo, bardzo udała ;) ten krem do hit hitów i jak tylko zużyję zapasy to pozostanę mu wierna do końca życia! Szybciutko się wchłania do absolutnego matu i od razu można nakładać na niego makijaż. Doskonale nawilża, jest bezzapachowy i skóra po jego użyciu po prostu ma się bardzo, bardzo dobrze. Sprawdzi się na skórze bardzo suchej jak i na skórze tłustej.

La Roche Posay, Effaclar Duo+ - ten krem do legenda pielęgnacji i... nie dziwię się dlaczego tak jest! Pomaga walczyć z niedoskonałościami i reguluje wydzielanie sebum. Obecnie sięgam po niego 2-3 razy w tygodniu na noc, ale na początku przez około miesiąc stosowałam go codziennie. Za jakiś czas pojawi się pełna recenzja.

Suplementy


BS Farm, Horsetail Forte - dopiero zaczynam kurację, a efekt na pewno pojawią się na blogu. Bo dbanie o skórę to także dbanie od wewnątrz :)

A jak wygląda Wasza pielęgnacja skóry? Mamy jakieś wspólne punkty? :)
Buziaki, Mila :)

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Nafta kosmetyczna - zastosowanie, właściwości, recenzja

Nafta kosmetyczna kojarzy mi się z zamierzchłymi czasami. Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem przez pewien czas na wannie stała duża butelka z odżywką do włosów z naftą kosmetyczną. A potem, kiedy zaczęłam interesować się pielęgnacją włosów w aptece zakupiłam za 6 zł małą buteleczkę nafty i oleju rycynowego i tak zaczęła się moja przygoda ;)

Sama nafta kosmetyczna nie ma żadnych substancji odżywczych, właśnie z tego powodu najczęściej występuje w duecie z innymi składnikami. Czysta nafta kosmetyczna to po prostu parafina, czy ten olej mineralny (chociaż olejem ona nie jest) - składnik często używany w wielu kosmetykach i przez wiele kobiet znienawidzony.
Wiele, naprawdę wiele osób nie wie dokładnie jakie właściwości ma nafta kosmetyczna, przez to mówią, ze wysusza czy niszczy włosy. Prawda jest taka, że nafta tworzy bardzo ścisły film na włosach, więc jest w stanie zachować na dużej odżywienie włosów, ale sama ich nie odżywi. Nie domyka też łusek włosów. Trzeba mieć świadomość jej działania, bo nakładana na zniszczone włosy nie zrobi nic poza chwilową poprawą WYGLĄDU (i tylko wyglądu) włosów, ale dodatkowo też będzie ona uniemożliwiała wnikanie substancji odżywczych wewnątrz włosa! Stosowana, jednak rozważnie i na dobrze przygotowane włosy zmniejszy elektryzowanie się włosów, zapewni ochronę i wygładzi spuszone włosy, uelastyczni je, zmniejszy łamliwość włosów, doda sypkości oraz blasku. Jak dla mnie nafta kosmetyczna to must have pielęgnacji, zwłaszcza zimą, kiedy włosy o wiele bardziej się elektryzują.


Ja myję włosy średnio 3 razy w tygodniu i przed każdym myciem staram się stosować olej, raz w tygodniu stosuję też maskę. Naftę kosmetyczną obecnie w okresie jesienno-zimowym nakładam raz w tygodniu i jest to dla mnie optymalna ilość. Dzięki takiemu zabiegowi moje włosy są bardzo dobrze chronione i lepiej znoszą nawet zimne dni. Od czasu do czasu robię sobie przerwę od nafty, ale włosy są cały czas w dobrym stanie, dzięki temu mam pewność, że efekt nawilżenia jest prawdziwy i nie jest to efekt działania nafty kosmetycznej.



Co do nafty kosmetycznej to właściwie od początku jestem wierna firmie Kosmed, którą chyba większość z nas zna. Teraz część opakowań przeszła lifting, ale chyba każdy rozpozna bardzo charakterystyczne opakowanie KLIK.
Obecnie używam Nafty kosmetycznej z olejkiem arganowy (o samym olejku możecie przeczytać TUTAJ), który ostatnio dodawany jest do... wszystkiego ;) tak, więc logicznie trafił też do nafty kosmetycznej. Opakowanie jest bardzo poręczne i wykonane z grubszego plastiku, dzięki temu przeżyło kilka ciężkich upadków na kafelki w łazience i nic się nie połamało. Do tego dozownik pomaga w wylaniu odpowiedniej ilości, a napisy dobrze się trzymają i przez długi czas opakowanie wygląda schludnie, znajdują się na nim także najistotniejsze informacje na temat nafty.


Naftę kosmetyczną nakładam tak jak zaleca producent - na ok. 10 minut, po czym ją zmywam szamponem. Jedyne co mi w niej przeszkadza to zapach, który jest zasługą zapewne oleju arganowego, nie jest zły, ale też nie jest to bardzo przyjemny zapach. Nafta firmy Kosmed  bardzo łatwo się zmywa i jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, żeby włosy po niej były przetłuszczone. A dodatek oleju arganowego może nie zdziała cudów, ale na pewno wspomaga funkcję ochronne i dodatkowo włosy są bardziej uelastycznione. Z tej marki jestem absolutnie zadowolona, a wraz z liftingiem opakowania zmieniło się ono na lepsze (poprzednie szybciej się brudziło i było jasne, więc każdy pyłek się na nim przyklejał), więc myślę, że przy nafcie Kosmed zostanę na długo, długo, długo :) Na korzyść przemawia także fakt, że tą naftę kosmetyczną można kupić praktycznie w każdej aptece, a cena jest niska. Dostępne są także inne wersje, wszystkie do zobaczenia TUTAJ.

A Wy używacie nafty kosmetycznej? Jaka jest Wasza ulubiona? :)

Buziaki, Mila :)

sobota, 10 stycznia 2015

Dlaczego zrezygnowałam z niemycia włosów szamponem?

Dawno, dawno, dawno temu zaczęłam pewien eksperyment... który nigdy się nie zakończył :P Pojawiły się tylko te dwie notki:



W szkicach mam nawet podsumowanie 2. tygodnia, ale nie miałam czasu go dokończyć, w 3. tygodniu też nie miałam czasu i stwierdziłam, że zrobię podsumowanie po miesiącu. A po miesiącu zachorowałam i najzwyklej w świecie w związku z gorączką dużo się pociłam no i musiałam myć głowę dwa razy dziennie. To dla mnie coś normalnego, a w trakcie choroby umieram przy temperaturze 38 stopni i nie miałam nawet siły na nakładanie czegoś innego niż szamponu. Ot cały sekret niedokończonego eksperymentu ;) czyli proza życia.


W sumie doszłam do 4 dni bez konieczności mycia włosów i najlepszą metodą była na pewno soda oczyszczona oraz glinka, które wbrew moim obawom nie przesuszały skalpu, ale fajnie regulowany wydzielanie sebum. Problem jednak pojawiał się na końcach, bo o ile na początku dobrze sobie radziły to  pod koniec miałam wrażenie, że soda nie doczyszcza ich w należyty sposób, a dodając do tego moje wieczne problemy z plątaniem się włosów to tworzyły mi się czasami dready :P A z założenia metoda miała polegam na zrezygnowaniu także z odżywek i masek... a w moim przypadku to mało możliwe, no chyba, że obcięłabym włosy prawie całkowicie, bo są cienkie i plączą się bardzo, bardzo mocno.

Dlaczego nie kontynuuje? Bo chyba zaspokoiłam swoją ciekawość ;) Aczkolwiek nie powiem, żebym całkowicie zrezygnowała, jednak nie mogę na pewno powiedzieć, ze absolutnie nie korzystam z szamponu. Korzystam, ale rzadko, zazwyczaj włosy myję Facelle, a bardzo często używam sody oraz glinki z mąką ziemniaczaną, które są bardzo fajnymi metodami. Z odżywki czy maski, jednak nigdy przenigdy nie zrezygnuję :P Pewnie mogłabym to tego dojść, ba! Jestem pewna, że mogłabym do tego dojść, ale w chwili obecnej mam za dużo odżywek i masek do przetestowania i tyle.

Pewnie prędzej czy później wynajdę jakiś inny eksperyment urodowy do przetestowania na sobie ;)

Buziaki, Mila :)

czwartek, 8 stycznia 2015

Bąbelkowa maseczka do twarzy

Cuda niewidy. Bąbelkowa maseczka w dzisiejszym poście. Ta z haulu jesiennego KLIK. Jej hasłem reklamowym powinno być: czary-mary, bąbelki, będziesz piękny! To cudo (w sensie dziwactwo :P) mnie strasznie ciekawiło i w końcu zużyłam i mam dla Was recenzje.



Moja wersja Oxygen Rich Bubble Mask to truskawka i jogurt, która ma działanie rozświetlające i oczyszczające. Sama maseczka jest wystarczająca na dwa użycia, 7 ml kosztuje około 5 zł i do kupienia jest na pewno w Super-Pharm. Myślałam, że konsystencja będzie kremowa, ale jest żelowa i ciągliwa, a pachnie naprawdę truskawkami i jogurtem :) A po chwili dzieje się magia i maseczka zaczyna zamieniać się w bąbelki, no może niedosłownie, ale konsystencja robi się lekka i napowietrzona.



Sama maseczka, jednak poza tym, że jest fajnym gadżetem to wiele nie robi... ot oczyszcza, ale nie cudownie, nie matuje, trochę nawilża, jest bardzo przeciętna w kierunki słabej ;) Szkoda, miłości z tego nie będzie. Fajna na chwilę relaksu ze względu na zapach, ale dosłownie chwilę, bo po tym jak zbąbelkuje powinno się ją zmyć... a potrzebujesz jakieś 30 sekund ;) Ewentualnie jako rozrywka na babski wieczór.

Ogólnie to nie polecam ze względu na działania, ale zapach ma przepyszny :)

Znacie ją? A może próbowałyście innej maseczki z tej serii?
Buziaki, Mila :)

wtorek, 6 stycznia 2015

Tabletki na piękne piersi? Czyli Bust Forte od BS FARM

Dzisiaj będzie o tabletkach na... piersi ;) Konkretniej Bust Forte firmy BS FARM, czyli kuracja ujędrniająca i powiększająca biust, ale nie tylko, bowiem jak głosi samo opakowanie - korzystnie wpływa na utrzymanie jędrności i elastyczności skóry (dzięki zawartości kolagenu). Jakiś czas temu testowałam kolagen od Noble Medica i pisałam też trochę więcej o kolagenie i tym czy warto go zażywać, zapraszam więc do zapoznania się także z tymi wpisami:



Sama ten suplement diety przyjmowałam bardziej na zasadzie przedłużenia i wzmocnienia efektu jaki dał Noble Medica i raczej nie nastawiałam się na powiększenie i ujędrnienie biustu po 2 miesiącach kuracji. Suplement zawiera też ekstrakty z nasion kopru włoskiego, lnu zwyczajnego, szyszek chmielu, które z tego co wyczytałam mają potwierdzony wpływ na tkankę budującą piersi.


Co do samego kolagenu to chciałam się dowiedzieć z jakich ryb jest on pozyskiwany, w związku z tym napisałam do agencji PR, która zajmuje się tą firmą i uzyskałam bardzo konkretną i szybką odpowiedź, za co przyznaję samej firmie wielki plus :) Lubię, kiedy firmy nie olewają swoich klientów, zaproponowano mi także bez żadnych problemów przysłanie całej dokumentacji dotyczącej tego kolagenu. W każdym bądź razie jest on pozyskiwany z ryb Pangasus (nie hodowlana, a dziko żyjąca w delcie Mekongu), Tilapia (hodowana w Hondurasie i Costa Rica) oraz Ictaluridae (hodowlana w USA), dotrzymane są także wszelkie normy jeżeli chodzi o zanieczyszczenia i standard produkcji, więc można spokojnie łykać i nie obawiać się tego, że nagle zaczniemy świecić w nocy ;)


Przyjmować należy jedną tabletkę dziennie, a same tabletki są zgrabne i smukłe, więc przyjmuje je się bez najmniejszych problemów :) opakowanie to 60 tabletek, czyli dwa miesiące kuracji.

Czy są jakieś efekty?
Muszę przyznać, że suplement doskonale radzi sobie ze skórą całego ciała, sprawiając, że jest ona bardzo elastyczna i doskonale nawilżona - nie czuję wieczornego przymusu nakładania treściwego kremu i skóra doskonale sobie bez tego radzi. Co do powiększenia biustu to nie sprawdzałam ;) ale muszę przyznać, że mimo iż byłam dosyć negatywnie nastawiona do działania na biust to zauważyłam, że jest on po prostu pełniejszy i coraz bardziej się uelastycznia. Dodam od siebie, że moje piersi są ogólnie duże, ale też tak jakby trochę "puste", te tabletki sprawiają za to, że biust jest bardziej "napompowany".
Staniki jeszcze nie są za małe, ale piersi na pewno zyskały wiele po przyjmowaniu tego suplementu (i nie jest to zasługa kremu, gdyż od lat stosuję jeden i ten sam), więc na pewno będę kontynowała przyjmowanie tych tabletek!



Dużym plusem, poza widocznymi efektami oczwiście, jest cena adekwatna do jakości, a tabletki można znaleźć w wielu aptekach internetowych i pewnie stacjonarnych także :)

Podsumowując - nie urosną Wam piersi o trzy rozmiary w miesiąc, ale warto spróbować chociażby ze względu na korzystny wpływ na skórę, a jeżeli piersi dodatkowo się powiększą to chyba będzie duży plus :)

Znacie może te tabletki albo jakieś inne o podobnym działaniu? 
Buziaki, Mila :)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...