wtorek, 22 grudnia 2015

Lakiery hybrydowe tanie i... złe ( i dobre) + świąteczne mani

Ceny lakierów hybrydowych z wyższej półki potrafią przyprawić o zawrót głowy. Nawet jeżeli 60 zł za buteleczkę w dłuższej perspektywie opłaca się bardziej niż chodzenie na manicure hybrydowy do kosmetyczki, to pokażcie mi kobietę, która zadowoli się tylko jednym lub dwoma kolorami? ;) No właśnie... Nigdy nie byłam typowa lakieromaniaczką, ale moja kolekcja zwykłych lakierów rosła i rosła, aż do momentu kiedy poznałam manicure hybrydowy i dostałam w prezencie zestaw. Teraz dbam głównie o rozwój kolekcji hybrydowej, a w tym celu skusiłam się także na tanie hybrydy, które okazały się... zarówno złe, jak i dobre ;) Na szczęście szybko nauczyłam się na błędach i już teraz wiem, po jakie marki sięgnę, a po jakie nie w przyszłości (co nie znaczy, że będą to drogie hybrydy).

Zacznijmy od lakierów hybrydowych tanich i złych.

Silcare Color IT


Zaraz na początku mojej przygody z hybrydami koleżanka podesłała mi linka do sklepu Silcare ze słowami "bierzemy?!", no ba! Jasne, że bierzemy, buteleczka kosztowała mniej niż 5 zł, szkoda byłoby nie przetestować, więc wybrałam 5 kolorów, na które czekałam trochę długo, ale w końcu doszły i... Pierwsze rozczarowanie - 3 na 2 kolory zupełnie inne niż na stronie, ale numerek się zgadza. Pomarańcz zmienił się w brzydki brązowy, ciemny brąz w bliżej nieokreślony zielono-brązowy, a ciemny szary w bardzo jasny szary. Gdybym była mądrzejsza to bym sprawdziła swatche, ale ufałam, że kolory będą chociaż trochę zbliżone do tego co na stronie.
Więcej o lakierach Color IT:
- Cena 5 - 8 zł za 6 gram.
- Kolorystyka odmienna od wzorników na stronie (może teraz się to zmieniło).
- Wyczuwalny, nieprzyjemny zapach.
- Baaardzo rzadka konsystencja - pomalowanie nawet dwóch palców na raz nie wchodziło w grę! każdy palec z osobna trzeba wkładać do lampy, chociażby na chwilę... inaczej skórki pozalewane; ze względu na to nie za bardzo nadają się do zdobień.
- Straszliwe kurczenie się hybryd w lampie - akurat to dotyka każde hybrydy, ale minimalnie... tutaj kurczenie było po prostu masakryczne, a jeżeli w jakiejś części paznokcia była cieńsza warstwa to po prostu robiła się tam dziura.
- Trwałość - 2 dni... wow! To największa wada, stosowałam bazę i top zaufanej firmy, a mimo to lakier odlatywałam; nie pojawiały się nawet odpryski, a cały lakier z paznokcia w jednej chwili robił sruuuu... i już go nie było. Dokupiłam nawet bese&top tej firmy i efekt ten sam.

Te lakiery ze względu na dużą i kłopotliwą kurczliwość testowałam tylko na mnie i może u kogoś inne trzymałyby się dłużej,  jednak wszystkie inne wady sprawiły, że dla mnie te lakiery już przegrały. Firmy Silcare jeszcze nie skreślam, ale linię Color IT na pewno!
Co gorsze - po około miesiącu/dwóch jeden z lakierów zmienił się w... gluta (na zdjęciu poniżej). Inne też szybko zaczęły gęstnieć i robić się bardzo ciągliwe.



Allepaznokcie, hybrydy termiczne


Od firmy Allepaznokcie miałam już kilka produktów, ale były to zwykłe lakiery (większość z nich całkiem przyzwoita i w niskiej cenie - klik). Zwykłych hybryd ich firmy nie miałam, ale te termiczne... o jezzuuuu... Kiedy i nich pomyślę to robi mi się niedobrze - wszystko przez ich zapach.
Allepaznokcie hybrydy termiczne:
- Cena około 14 zł za 6 ml (w promocji około 7 zł).
- ZAPACH! a raczej smród... brrrrrrrrr.... ciary mnie przechodzą na myśl o nim. Zrobienie dwóch dłoni ich bas&top i lakierami zagwarantowały mi bliższe poznanie się z toaletą. Zapach jest masakryczny, mocny, chemiczny, duszący, wnika do mózgu i robi Ci lobotomię. Jeżeli chcecie kogoś znokautować to wiecie już czego użyć. Dodam, że nie jestem bardzo wrażliwa na zapachy, ale w tym przypadku w całym domu czuć ten produkt.
- Konsystencja nawet ok, ale krycie baaaardzo słabiutkie niestety - minimum to 4 warstwy! Tylko ciemne kolory kryją po 3 warstwach.
- Trwałość - 2-3 dni na ich bazie i topie, czyli bardzo krótko. Próbowałam na innych osobach - podobne wrażenia. Do tego wydaje mi się, że produkt w jakiś sposób szybciej się zapowietrza (czy to możliwe), bo chociaż z innymi lakierami nie miałam problemu, to w tym przypadku szybko lakier odchodził jak od zapowietrzenia.
- Fajnie zmieniają kolor.
Jeżeli chcecie czegoś termicznego to polecam zwykłe lakiery termiczne od Allepaznokcie, są o wiele lepsze, a trwałość mają podobną do ich hybryd. No i nie śmierdzą.


Tani i dobre
Teraz o produktach tanich i dobrych - krótko, bo poświęcę im osobny wpis i pokaże dokładnie kolory.

Tifton 


Tifton to moje pierwsze hybrydy, właśnie z tej firmy kupiłam zestaw z lampką 36W, trzema kolorami, bazą i topem. Cena to 10-15 zł za buteleczkę 5 ml w zależności od kolekcji, dostępne też opakowania 15 ml za około 30 zł.
Jak dla mnie najlepsze hybrydy jakie dotychczas spróbowałam - w mojej opinii lepsze od Semilaca i mają zgrabniejszy, trochę cieńszy pędzelek, którym lepiej się manewruje. Trwałość - u mnie około 2 tygodnie do pierwszego odprysku, u mojej mamy bez odprysków 4 tygodnie (potem zmyte ze względu na odrost), u moich koleżanek trzymały się tez minimum 2 tygodnie. Spokojnie mogę pomalować wszystkie paznokcie przed włożeniem do lampy, są też wydaje i mocno napigmentowane.
Więcej  o nich wkrótce :)


Tanie i może dobre?
 Bling z Aliexpress


Te hybrydy to u mnie całkowita nowość, kosztują około 4 - 6 zł za 6 ml w zależności od promocji i kursu dolara. Na razie o trwałości się nie wypowiem, bo niedawno je nałożyłam, ale jeżeli chodzi o pierwsze wrażenia to jak najbardziej pozytywne, nie śmierdzą, porządna buteleczka, fajny pędzelek, kolory nie są za rzadkie, dobra pigmentacja... jeżeli będą się trzymać to mają szansę na zostanie numerem jeden :)


Przy okazji moje świąteczne mani - do jego wykonania zainspirował mnie wpis Patrycji (klik) z zimowymi zdobieniami. Moje paznokcie są trochę koślawe, więc zdobienie też nie jest proste... do tego w trakcie robienia zmieniłam koncepcję ze trzy razy ;)

Użyte kolory - złoty Bling 14 (dwie warstwy nałożone na warstwę czarnego Bling 29), granat Tifton 68, jedna warstwa nałożona na jedną warstwę białego Bling 22 (początkowo miało być ciemne ombre na jasnym ;)), ombre i gwiazdki to też biały Bling 22.





Używacie hybryd? Jakie są Wasze ulubione?
Buziaki, Mila :)



poniedziałek, 21 grudnia 2015

Arganowa maska do włosów - GlySkinCare Argan Oil Hair Mask


Jakiś czas temu przedstawiłam Wam kilka nowości (post TUTAJ), pośród nich znalazła się Argan Oil Hair Mask firmy GlySkin Care. Kilka osób było nią zainteresowanych, więc dzisiaj przyszedł czas na recenzję.


Maska Argan Oil zamknięta jest w opakowaniu o pojemności 300 ml, producent mówi o zostawieniu jej na włosach przez 15-20 minut, więc nie jest to produkt, który można nałożyć przed prysznicem i szybko spłukać. Dzięki czasowi działania otrzymuje się w zamian pewność, że produkt lepiej wniknie we włosy i po prostu lepiej zadziała.


W przypadku masek do włosów nie bez znaczenia jest cena - jest to w końcu produkt, który nakłada się  na włosy w większej ilości niż odżywkę (przynajmniej ja tak robię), a przez to znikają szybciej. Maska od GlySkinCare kosztuje od około 25 do 30 zł w zależności od miejsca zakupu, cena nie jest więc bardzo wygórowana, ale też nie tak niska jak litrowe maski od Kallosa (które u mnie sprawdzają się różnie, a zazwyczaj stosuję je w formie odżywki, gdyż na dłuższą metę nie działają lepiej). Dużym plusem tego produktu jest wydajność - konsystencja przypomina trochę rzadki budyń, a niewielka ilość jest w stanie dokładnie pokryć całe włosy.
Maska arganowa GlySkinCare posiada przyjemny zapach, ale nie utrzymuje się on długo na włosach. Opakowanie jest zgrabne, wąskie i dobrze się je trzyma w ręce.



Jak z działaniem? Maska arganowa mnie zachwyciła! Włosy po spłukaniu są mięsiste, gładkie i cudownie się układają. Nałożona na skórę głowy nie przetłuszcza i nie powoduje oklapu, co często przy bardziej treściwych maskach się zdarza. Moim zdaniem spełnia wszystkie zadania, które dobra maska do włosów powinna spełniać - odżywia włosy, ułatwia rozczesywanie i nadaje im życia. Posiadaczki suchych, cienkich i niesfornych włosów powinny być  bardzo zadowolone.

Znacie tą maskę? Albo jakąś inną godną polecenia dla posiadaczek cienkich włosów?
Buziaki, Mila :)

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Mój pierwszy raz z wit. C - Intense C Serum (7,5%) GlySkinCare

Z witaminą C miałam wcześniej do czynienia jedynie w formie tabletek łykanych w celu uniknięcia przeziębienia ;) I chociaż o serum z tą witaminą słyszałam wiele, to nie miałam okazji do wypróbowania, a wykonywać go samodzielnie nie chciałam ze względu na to, że moje umiejętności chemiczne są ograniczone ;) a witamina C jest bardzo niestabilna w formie płynnej. Kiedy więc miałam możliwość przejrzenia pełnego katalogu z ofertą GlySkinCare to od razu ten produkt wpadł mi w oko (cały katalog jest na stronie) i wiedziałam, że chce go przetestować. Jakie są zadania tego kosmetyku? Ma przede wszystkim chronić przed wolnymi rodnikami oraz promieniowaniem słonecznym. 


Intense C Serum znajduje się w buteleczce z ciemnego szkła z pipetą zamontowaną w zakrętce, buteleczka umieszczana jest w ładnym kartoniku. Całość opakowania, nawet kartonowa część, sprawia wrażenie porządnego i wytrzymałego - mogę zapewnić Was, że właśnie takie ono jest. Na dodatek nic się nie zmywa i nie schodzi (bałam się o złotą farbę na zakrętce ;)), a butelka jest wykonana z grubszego materiału.



Samo serum z witaminą C ma lekką konsystencję, która przypomina bardzo wodnisty olej, łatwo się rozsmarowuje na twarzy i podawana na opakowaniu (a także tutaj) ilość 5-6 kropli faktycznie jest w stanie pokryć całą twarz. Po każdym nałożeniu czuć przez chwilę rozlewające się po skórze ciepło, ale na pewno nie jest to pieczenie, a samo serum nie podrażnia skóry. Zapach jest bardzo delikatny, prawie niewyczuwalny i trudno go określić - na pewno nie będzie przeszkadzał w stosowaniu kosmetyku. Plus za to, że jest to gotowy do stosowani produkt, który posiada odpowiednie opakowanie, które świetnie sprawdza się w takich kosmetykach.


Serum GlySkinCare przeznaczone jest do stosowania na noc i właśnie tak je używam - dodatkowo zrezygnowałam z nawilżania w ciągu dnia, żeby dać mu się wykazać. Przypominam, że mam skórę normalną w kierunku suchej, ale okresowo lubi się mocno przesuszyć i chociaż w tym roku zima jest łaskawa, to wiatr i ogrzewanie dają się jej we znaki.

Po pierwszych trzech czy czterech nałożeniach skóra była promienista i miękka, a po początkowym zachwycie pojawiły się suche skórki na nosie i niezbyt mnie to uradowało (tylko na nosie, reszta twarzy nie miała takich problemów). Taki stan trwał jednak krótko i nie mówię, że jest to wina tego serum - przypominam, że odstawiłam kremy na dzień, oleje i wszystkie inne mazidła nakładane na twarz. Na szczęście po kolejnych 4 czy 5 dniach, po wykonaniu peeling enzymatycznego, problem minął i już się nie pojawił :)
Teraz mogą zacząć się zachwyty i chociaż po miesiącu użytkowania trudno jest ocenić, czy zmarszczki się mocno zmniejszyły, to na pewno skóra wygląda bardzo dobrze. Koloryt jest wyrównany, nie ma czerwonych plam, nie pojawiają się mi nawet żadne duże niespodzianki na twarzy, a jeżeli coś się pojawi to znika bardzo szybko. Nie mam problemów z zbyt małym poziomem nawilżenia i nie czuję potrzeby jej natłuszczania. Jestem tym szczerze zaskoczona, bo raczej rzadko zdarzało mi się, żebym stosowała tylko jeden kosmetyk dziennie... a w tym wypadku to się naprawdę sprawdza!


Do tego serum jest bardzo wydajne i spokojnie wystarczy na dwa - trzy miesiące codziennego stosowania na twarz i szyję. Cena 30 ml to około 60 - 70 zł w zależności od miejsca zakupu, więc wydajność jest wielką zaletą.  Komu bym poleciła ten kosmetyk? Każdemu, kto chce po prostu zadbać o swoją skórę :)
Moim zdaniem dostaje zasłużoną ocenę 10/10 punktów. Poczynając od opakowania, poprzez formułę, aż do działania nie mam nic do zarzucenia temu kosmetykowi.

Stosujecie witaminę C w takiej formie?
Buziaki, Mila :)

wtorek, 1 grudnia 2015

Szampon jak u fryzjera - Fergio Bellaro, Szampon do włosów z keratyną

Lubię chodzić do fryzjera, ale tylko ze względu na to, że ktoś mi myję głowę (coś cudownego ;)), a jeżeli jeszcze do tego dochodzi masaż skóry głowy do odpływam! Fryzjerskie kosmetyki do włosów mają w większości przypadków bardzo przyjemny i charakterystyczny zapach, którego nie znalazłam nigdy wcześniej w kosmetykach drogeryjnych... aż do momentu, kiedy nie poznałam szamponu z keratyną Fergio Bellaro, firmy New ANNA Cosmetics.


Wiem, że zapach to zazwyczaj najmniej istotny element kosmetyku, ale ten w szamponie Fergio Bellaro jest obłędny, soczysty, świeży, ale też mocno kwiatowy, no po prostu jak dla mnie fryzjerki :) Do tego utrzymuje się dobrze na włosach i cały czas mam uczucie, jakby były one świeżo umyte. Dzięki zapachowi mycie włosów jest niezwykle przyjemne, a wygodę zapewnia solidna butelka z pompką, która mieści aż 500 ml produkty, którego cena regularna to tylko około 13 zł! W promocji można kupić go za mniej, o czym informowałam na moim FB. Pompka działa bez zarzutów i nie zacina się, a w razie potrzeby można ją zablokować.



Konsystencja szamponu z keratyną Fergio Bellaro jest gęsta, trochę żelowa, nie tworzy on gęstej piany, jest ona aksamitna i jest jej niewiele, co nie przeszkadza w aplikacji. Jak z działaniem?  Po jego użyciu włosy nie są mocno splątane, za to ma duży plus, wyczuwalne jest wygładzenie, włosy się nie elektryzują. Dużą zaletą dla mnie jest uczucie nawilżonych włosów, które nie domagają się bezzwłocznie odżywki. Nie przedłuża ich świeżości, ani nie powoduje szybkiego przetłuszczania się.


Całość oceniam na 9/10, gdyby przedłużał świeżość włosów byłby ideałem, ale ogólnie sprawdza się bardzo dobrze. Opakowanie bardzo poręczne i każdy producent szamponu powinien wybierać pompkę! Na pewno przypadnie do gustu osobom, które lubią czuć zapach szamponu w swoich włosach :)

Znacie ten produkt?
Buziaki, Mila :) 

środa, 25 listopada 2015

Kilka nowości jesienno-zimowych

Panująca jesienno-zimowa aura (czyli połączenie śniegu, błota, zimna i wiecznej nocy) niezbyt nastraja do długich kąpieli i wcierania balsamów, moim priorytetem staje się gorący prysznic i jak najszybsze wskoczenie do łóżka ;) Co nie oznacza, że nie pojawiają się u mnie nowości kosmetyczne ;) Niedługo pojawią się ich pełne recenzję, a w międzyczasie przekazuję Wam pierwsze wrażenia.


1. La Roche Posay, Effaclar, żel myjący dla skóry tłustej i wrażliwej - ten dermokosmetyk czekał na swój debiut długo... chyba prawie rok leżał w zapasach :P Używam go prawie dwa tygodnie i jeszcze mnie nie zdążył zachwycić, poza zapachem, bo zapach ma obłędny ;)

2. Gliss Kur, Serum Deep Repair - ta odżywka trafiła do mnie, kiedy poprosiłam moją siostrę o kupienie odżywki Isany... Isana, Gliss Kur... to samo, prawda? ;) Zużyję na pewno, bo nie mam wyboru.

3. New Anna Cosmetics, Hair Hel, szampon z naftą kosmetyczną - to nie jest jedyny kosmetyk tej firmy, który pojawił się u mnie, ale reszta jest w intensywnym użyciu i na dniach będą pojawiać się recenzję. Do testowania szamponu muszę też zmusić mojego faceta, bo on ma wrażliwą skórę głowy.


4. GlySkinCare, Argan Oil Hair Mask - pełna nazwa tej maski to "silnie skoncentrowana maska do włosów z olejem arganowym", na razie użyłam jej dwa razy i zapowiada się dosyć ciekawie. Ma dosyć zbitą konsystencję, więc na pokrycie całej długości włosów potrzeba naprawdę niewiele tego produktu. Może wyglądać na niewielką, ale ma 300 ml.

5. GlySkinCare, Intense C Serum - serum z witaminą C to dla mnie zupełna nowość, nie miałam nigdy takiego kosmetyku, więc bez wahania wybrałam je do testów. Stosuję je już od tygodnia i pierwsze wrażenia są bardzo przyjemne. Dla lepszego kontrolowania efektów odstawiłam jak na razie wszystkie kremy do twarzy i ograniczam się do stosowania tego produktu raz dziennie.

6. New Anna Cosmetics, Fergio Bellara, Luksusowy krem do ciała z ekstraktem z kawioru - przyjemny zapach, szybko wchłaniające się konsystencja i niska cena sprawiają, że ma sporą szansę na zostanie moim faworytem wśród balsamów do ciała :)

Jak na razie to wszystkie nowości w mojej łazience, za jakiś czas będą pojawiały się recenzję produktów :)

U Was pojawiło się coś nowego?
Buziaki, Mila :)

środa, 18 listopada 2015

Zatrudnię redaktora i researcherkę...

Czym jest blogowanie? Pasją, sposobem na spędzenie czasu? Dla niektórych to także źródło zarobku (dla mnie też czasami----> ILE ZARABIAM NA BLOGU?) Różne osoby decydują się na różne rozwiązania, ale mam wrażenie, że czasami zaczyna to iść... zbyt daleko?

Ostatnio jedna z większych blogerek, Segritta, dodała na swoim blogu wpis "Szukam redaktora" i to wcale nie był żart! Oczywiście kilka osób się zdziwiło, kilka oburzyło, ale ogólny wydźwięk jej wypowiedzi to "on/ona będzie tylko dodatkiem, ja nie przestanę pisać". Czy tylko mi się wydaje dziwne, że ktoś kto podpisuje bloga swoim imieniem i nazwiskiem decyduje się na zatrudnienie redaktora na nim? Przynajmniej w takiej sytuacji obraz jest jasny - ona pisze o czymś, a nowy redaktor o czymś innym. Jednak nie można ukrywać, że wielu blogerów decyduje się na ghostwriting.

Czym jest ghostwriting? Działa to na zasadzie - Ja, Mila nie mam ochoty pisać tekstów na bloga/nie mam pomysłu, więc zatrudniam Kasię, która mi te teksty napisze, ja jej zapłacę, podpisujemy odpowiednie dokumenty i wpis staje się "mój". Nikt się oczywiście oficjalnie do tego nie przyzna, ale zapewniam Was, że zjawisko występuje.

Okazuje się, że sławne blogerki jak Fashinelka nie tylko mają grafików i fotografów (ok, to jeszcze zrozumiem), ale także specjalistów od korekty oraz reasercherkę (sic!!!!!) dla bloga. Nie masz pomysłu? Spoko, zapłać Ewce, Ewka znajdzie Ci pomysły na fajne wpisy ;) Zastanawiam się tylko, czy takie reasercher nie kradnie przypadkiem tematów z innych blogów? ;) I gdzie jest sens blogowania, skoro ktoś Ci mówi "napisz to i tamto"... właśnie z tego powodu cieszę się, że mój blog nigdy nie będzie popularny, ja nie będę musiała go widzieć w kategorii "to jest moja praca" i nie będę czuć ciśnienia na to, żeby zawsze być na bieżąco i mieć zawsze najświeższe tematy :)


screeny z bloga Fashionelki

Kilka dni temu w jednym z serwisów ogłoszeniowych dla copywriterów trafiłam też na dwa ogłoszenia jednej osoby.  Pierwsze - zlecę nazwę dla bloga kosmetycznego/modowego, drugie - zlecę teksty wprowadzające na bloga kosmetycznego... O ile teksty na blogi w takich serwisach nie są niczym dziwnym, bo wiele osób ma blogi tzw. zapleczowe, w których umieszcza się linki, aczkolwiek nie są one popularne, bo prostu mają być i w razie czego, żeby dało się je czytać, to jednak takie połączenie jest dziwne i mam wrażenie, że ktoś chce zostać sławnym blogerem ;)


screen z Oferii

Niektórzy też nie mają już zupełnie czasu i potrzebują pomocy w reklamie dla bloga...

screen via FB Radia Etyki Social Media 

Blogowanie jak widać wymaga sztabu specjalistów od wszystkiego... a ja dalej siedzę tutaj bez specjalisty od social media, bez prywatnego fryzjera i makijażysty oraz bez mojej reasercherki... Teksty też piszę sama. I tak właśnie moi mili można poznać biednego blogera ;)

Buziaki, Mila :)

P.S. Uprzedzając wszelki hejt - nie, nie zazdroszczę. Jeżeli kogoś stać na to, żeby na blogu zatrudniać tyle osób i jeszcze na tym zarobi to szacun. Po prostu wydaje mi się to dziwne i nie pasuje do mojej definicji prowadzenia bloga :)

piątek, 13 listopada 2015

Kailas - ajurwedyjski krem z himalajskich ziół na problemy skórne

Jesień to taki głupi okres, w którym jeszcze mam w pamięci resztki lata, ale aura bywa bardzo zimowa... no ok, może nie w tym roku, bo w tym roku mam pustynny klimat od lipca (w tym miesiąc bez bieżącej wody w domu i być może niedługo czeka mnie kolejny miesiąc...). Mimo to czuć w powietrzu, że jest zimniej, wiatr coraz chętniej mną targa, a o 17 chciałabym już znaleźć się pod kołderką i spać. Jesień to też dla mnie czas większej ilości problemów ze skórą. Na szczęście mam na to fajny kosmetyk :)



Kailas - ajurwedyjski krem z himalajskich ziół na problemy skórne to kosmetyk bardzo uniwersalny, o niezwykle ciekawym składzie. Zresztą zobaczcie sami:


Skład jest bardzo prosty, a pierwsze skrzypce gra w nim olej kokosowy (bakteriobójczy, zmiękczający), następnie pojawiają się żywica z damarzyka mocnego (przeciwgrzybiczny, na odmrożenia, przeciwgrzybiczny), olejek z sandałowca białego (schładzający, dezynfekujący), kamfora (przeciwzapalny, przeciwgrzybiczny, antyseptyczny), wyciąg z liści miotly indyjskiej (przeciwgrzybiczny, przeciwpleśniowo, ściągająco, antywirusowe, na czyraki i wrzody), wyciąg z owoców buzdyganka naziemnego (regeneracja, antyoksydacyjne), wyciąg z cynadona palczastego (łagodzi skutki skaleczeń, ściągający), wyciąg z kory zaślazu pospolitego (zmniejsza krawienie, antytrądzikowe, przeciwbólowe), wodorotlenek wapnia (na wypryski, antyseptyczny, na stany zapalne i oparzenia), a na końcu woda

Skład jest dosyć egzotyczny i ze składników słyszałam wcześniej tylko o oleju kokosowym i kamforze. Jak widać natura ma w zanadrzu naprawdę wiele rzeczy dla nas. Ten krem moim zdaniem ma bardzo niespotykany skład, bo aż tak wielu "nowych" składników nie widziałam nigdzie indziej chyba :) Skład jest nastawiony na działanie lecznicze. 




Zapach kremu jest ziołowy, relaksujący, niezbyt mocny i szybko się ulatnia. Konsystencja jest trochę dziwna, zupełnie inna niż inne kremy, nie jest gładka i puszysta, wygląda po prostu jakby wszystkie składniki ze sobą zmieszano... i właśnie tak jest :) Nie ma tu konserwantów, spulchniaczy i innych dodatków, sama natura. Konsystencja jest lekko grudkowa, ale szybciutko się rozpuszcza pod wpływem ciepła, szybko się wchłania i nie zostawia tłustej warstwy. Plastikowa tubka jest bardzo wytrzymała.

Szerokie zastosowanie tego kremu sprawia, że sięgam po niego często i chociaż to tylko 20 g (do kupienia tutaj), to wystarczy na naprawdę długi czas. Dosłownie kropla wystarczy na pokrycie obydwu dłoni. Krem stosowałam zarówno na twarz (nie zapycha), jak i na pięty (nawilża i łagodzi spękania), na niewielkie ranki (przyśpieszył ich gojenie) i na różne podrażnienia (alergie czy podrażnienia po depilacji). W każdym przypadku efekt jest zdumiewający - ten krem naprawdę działa! Szybko pozwala uspokoić skórę, po jego użyciu zaczerwienienia znikają, a skóra jest aksamitna.
Moim zdaniem może działać też na atopowe zapalenie skóry. Mój tata zawsze miał AZS na dłoniach, u mnie czasami pojawiają się pojedyncze ogniska, głównie na dekolcie, dłoniach i na nogach. Po użyciu kremu Kailas na taką świeżą zmianę w krótkim czasie przestała mnie swędzieć, a po dwóch dniach nie było po niej znaku! 

Jeżeli ktoś zmaga się z częstym podrażnieniami i chce korzystać z dobrodziejstw naturalnej medycyny ajurwedyjskiej to krem z himalajskich ziół Kailas na pewno będzie dobrym wyborem. 
Znacie ten produkt?
Buziaki, 
Mila :) 

poniedziałek, 9 listopada 2015

Bad FACE Day, czyli szybki trick na dzień paszteta

Też czasami macie dzień paszteta? Czerwona skóra, podkrążone oczy i nowe pryszcze. Na szczęście nie zdarza mi się to często i nie mogę narzekać. Ale kiedy już mnie dopadnie Bad Face Day mam na niego prosty i skuteczny sposób.

Spójrzcie na poniższe zdjęcia, to po prawej zostało wykonane dwie minuty później a skóra wygląda o wiele lepiej. Chociaż pierwsze zdjęcie nie wyszło mi zbyt ostre, to chyba doskonale widać pryszcze, krostki i masakryczne czerwone plamy. Co zrobiłam?


Nałożyłam podkład, ale nie byle jaki podkład ;) Nie wiem jak u Was, ale im gorzej wygląda moja skóra przed położeniem podkładu, tym gorzej wygląda po. Do tego, kiedy mam zły dzień to po paru godzinach podkład wygląda nieświeżo, a ja czuję się jeszcze gorzej.

Jakiś czas temu wygrałam w konkursie dosyć niepozorny produkt, po który bym normalnie nie sięgnęła. Podkład Lirene, My Color Code, dla wiosennego typu urody. Nie wiem czy jestem wiosną, ale wybrałam go ze względu na to, że kolor jest jasny i ma dużo w sobie żółtego i ciepłego (na opakowaniu też jest napisane, że jest to ciepły kolor), czyli jest idealny dla mnie po zejściu opalenizny.


Tubka dodatkowo zapakowana była jeszcze w kartonik, ale go już wyrzuciłam. Niepozorny podkład od Lirene długo u mnie przeleżał, bo nie wydawało mi się, że mógłby być strzałem w dziesiątkę, a kiedy go użyłam zrozumiałam, że ma w sobie to coś!

Konsystencja jest bardzo lekka, świetnie dopasowuje się do koloru skóry i daje lekko matowe wykończenie bez podkreślania suchych skórek. Utrzymuje się na twarzy cały dzień i naprawdę dobrze kryje! Po jego zastosowaniu nie jest ona wysuszona, ani podrażniona. Przy tym jest lekki i nie czuję, że mam coś na skórze, ogólnie to ciężko go na niej dostrzec. Nie mam też problemu z nieświeżym wyglądem, bo podkład Lirene na twarzy prezentuje się po prostu jak druga skóra, tylko że o wiele lepsza ;) Do tego dochodzi niska cena, bo 30 ml kosztuje około 20 złotych.

Dla mnie to podkład idealny, bo nie lubię stosować baz czy korektorów, a dzięki niemu w kilka chwil mogę poprawić wygląd skóry, a dzięki dobrej trwałości nie wymaga poprawek w ciągu dnia. Ten podkład moim zdaniem idealnie spełnia swoje zadanie i wątpię, żebym szybki zmieniła go na coś innego ;)

Znacie ten produkt?
Buziaki, Mila :) 

piątek, 6 listopada 2015

Ozdoby świąteczne już w sklepach, czyli kiedy święta przychodzą za wcześnie

Nie wiem jak w Waszym wypadku, ale u mnie rok określany jest przez pewne daty - początek, wiadomo, Sylwester, potem muszę tylko doczekać do początku lutego, kiedy urodziny obchodzi po moja mama, ja i na końcu moja siostra, majówka kojarzy mi się z bzem, a lipiec oraz sierpień ubiegają pod znakiem żniw, potem pierwszy września, początek listopada i święta. A potem wszystko odbywa się od zera. Te kilkanaście dni w roku pomagają mi się orientować w tym co było kiedyś i w tym co planuję. Uwierzcie mi - pracując w domu praktycznie mając codziennie taką samą rutynę ciężko jest pamiętać jaki dzień tygodnia się ma ;) Kiedy muszę sobie przypomnieć kiedy np. kupiłam ostatni raz nową pomadkę to określam to właśnie terminami "zaraz po kwitnięciu bzu" albo "pomiędzy Sylwestrem a urodzinami" ;) dopiero po takim pobieżnym określeniu zaczynam się głębiej zastanawiać nad jakąś konkretną datą.



Święta Bożego Narodzenia zawsze oznaczają dla mnie kilka rzeczy: koniec roku, więcej luzu, barszcz z uszkami (najlepsze żarcie ever!), prezenty i dużo słodkich, ładnych rzeczy. Nie obchodzę tych Świąt duchowo, nie jestem wierząca, ale w moim domu staje choinka, dlaczego? Bo mi się ten germański symbol szczęścia i odrodzenia podoba wizualnie, naprawdę. Lubię błyskotki, ładne bombki, światełka, mikołaje i renifery, pierniczki też lubię. Zazwyczaj stawiam choinkę na początku grudnia, kiedy już czuć atmosferę Świąt i stoi do... no prawie do moich urodzin ;)

Ostatnie lata to jednak czas w którym Święta przychodzą coraz szybciej... np. w Lidlu już pojawiły się hasła "świąteczne wypieki" oraz świąteczne ozdoby!(może nie do końca, ale pojawią się lada dzień) Fakt, są naprawdę fajne, zwłaszcza te światełka w kształcie choinki i łańcuchy led (zobaczcie sami tutaj : klik), ale to poważnie zaburza moje postrzeganie czasu ;) Biedronka jeszcze z tego co widzę Świętami nie straszy, ale zimą już tak, oferując m.in. ubrania narciarskie- klik (kupowałam rzeczy z takiej oferty w Biedronce w tamtym roku i są naprawdę dobrej jakości).



Czy to trochę nie za wcześnie? Moim zdaniem tak, chociaż na dobrą sprawę cały szał Świąteczny zaczyna się już przed Mikołajkami, więc ciężko oczekiwać, żeby sklepy czekały do 1. grudnia z wprowadzeniem ofert na Boże Narodzenie. Dla wielu osób pewnie oznacza to komercjalizację Bożego Narodzenia... i wcale się nie myli, bo Święta stały się komercjalne od momentu, kiedy ktoś zrozumiał, że można na nich zarobić :)

Święta nie są złe, lubię jednak nacieszyć się jesienną aurą. Zachowuję sobie świąteczny nastrój na ostatnią chwilę, a Wy? ;)  

Buziaki, Mila :)

czwartek, 5 listopada 2015

Fryzjer obciął o 10 cm za dużo i spalił mi włosy|Reklamacja u fryzjera - czy można ją złożyć i jak to zrobić?

Wyobraźcie sobie bardzo możliwą sytuację - chcecie zmiany i idziecie do fryzjera. Wybieracie obcięcie końcówek o 5 cm i zrobienie na włosach karmelowego brązu. Proste, prawda? Niekoniecznie, bo czasami fryzjera poniesie albo wyjdzie w praniu jego brak umiejętności i zamiast 5 cm tracicie 15, a włosy zamiast karmelowe robią się wściekło-rude. Podobnych sytuacji może być wiele i fryzjer może zniszczyć mocno włosy podczas zabiegów, podrażnić skórę głowy czy poparzyć skórę głowy farbą! Co w takiej sytuacji zrobić? 

Czy u fryzjera można złożyć reklamację?



Oczywiście, że tak! Fryzjerów obowiązują takie sama prawa jak innych przedsiębiorców, więc można u niego złożyć reklamację. Jak to zrobić? Najlepiej napisać na kartce dwa egzemplarze z dokładnym wypisaniem wad, do których doszło podczas wykonywania usługi, a także z naszymi żądaniami (poprawa, obniżka ceny czy zwrot ceny) - jeden egzemplarz dla fryzjera, a jeden dla nas na pamiątkę. Fryzjer w ciągu dwóch tygodni od reklamacji musi się do niej ustosunkować, a jeżeli tego nie zrobi to automatycznie zostaje ona uznana za pozytywnie rozpatrzoną! Jeżeli fryzjer jest rozumnym człowiekiem to powinien jednak zaproponować jakieś wyjście zaraz po tym, kiedy powiemy mu, że coś zrąbał ;)

Ok, ok, ale to tylko 10 cm więcej... może powiedzieć, że ja tak chciałam się obciąć. Zresztą fryzjerka może powiedzieć, że spaliłam sobie  włosy sama w domu... - właśnie w tym leży problem i najlepiej reklamację składać zaraz po zauważeniu błędu (a nie po miesiącu płakania w domu, chociaż na to teoretycznie mamy 2 lata, to im szybciej, tym lepiej), a najlepiej byłoby udać się do fryzjera z kimś kto słyszałby, że prosiłyśmy tylko o 5 cm, a nie 15 cm, takim świadkiem może też być np. inny klient. Jednak kwestia uciętych centymetrów może być trudna do udowodnienia, jeżeli różnica jest niewielka, ale jeżeli możemy udowodnić, że miało to wpływ na nasze życie (np. jesteś modelką i musisz mieć włosy określonej długości) to fryzjerowi ciężej będzie się z tego wybronić.


Nie ma co się wstydzić składania reklamacji u fryzjera, bo powinien on wykonać usługę tak jak chcemy i nie powinno dochodzić do takich sytuacji.
Mi na szczęście jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żebym musiała złożyć reklamację, a Wam?

Buziaki,
Mila :)

wtorek, 3 listopada 2015

Kwas hialuronowy 1% - moje stosowanie, czy warto go kupić?

Kwas hialuronowy jest humektantem, który stosowany jest w wielu kosmetykach, a także solo - jest to bowiem dosyć popularny, bezpieczny i niedrogi składnik kosmetyczny.

Dla przypomnienia:

W skrócie - kwas hialuronowy wiąże wodę i ją zatrzymuje, najlepiej stosować go w połączeniu z emolientami. Właśnie w takim zestawieniu powinno się go stosować. Oczywiście, nie trzeba go mieszać przed nałożeniem, można za to stosować go jako serum, a potem nałożyć krem - nie tylko zwiększy nawilżenie skóry, ale także sprawi, że składniki aktywne z kremu lepiej się wchłoną. 

Ja stosowałam go w połączeniu z olejem z nasion truskawki, łączyłam te dwa składniki przed nałożeniem i wklepywałam na twarz, szyję oraz dekolt. Takie połączenie nie tylko mega szybko się wchłania, ale także zostawia skórę bardzo miękką. Powiem szczerze, że największą różnicę zauważyłam właśnie na dekolcie, kwas hialuronowy z olejem stosowałam na noc. Lubię spać na brzuchu przez co rano na dekolcie miałam zawsze widoczne "zaprasowania", od kiedy zaczęłam stosować kwas hialuronowy na noc te zaprasowania są dużo mniej widoczne, a skóra bardziej napięta. Kwas hialuronowy 1% stosowany jako serum także świetnie się wchłania i nie lepi się na skórze.



Zaletą tego produktu jest, że raczej nie uczula, bo występuje naturalnie w skórze. O ile kupuje się produkt ze sprawdzonego źródła, to można mieć pewność, że jest on bezpieczny. Mój kwas hialuronowy pochodzi ze sklepu zdrowie-i-uroda.pl i można go kupić tutaj. Jak możecie zobaczyć cena za 30 ml produktu jest niska, a taka pojemność wbrew pozorom pozwala na długie stosowanie - u mnie kwas hialuronowy jest w użytku od miesiąca i zostało mi go jeszcze około połowa, a wcale go sobie nie żałuję! Jest bardzo wydajny, głównie dzięki swojej żelowej konsystencji, która pozwala na pokrycie sporej powierzchni skóry. Buteleczka tego kwasu ma wystarczająco duży otwór, aby na raz móc wydobyć więcej produktu, jedynym minusem jest etykieta, która pod wpływem wilgoci się marszczy, ale na szczęście napisy się nie rozmazują. 


Moim zdaniem warto mieć kwas hialuronowy w swojej kosmetyczce, można nim wzbogacać nieudane produkty kosmetyczne, świetnie sprawdza się także na wyjazdu - kwas plus ulubiony olej tworzą bardzo zgrany duet, który gwarantuje miękkość skóry nawet w złych warunkach, a do tego wchłania się szybciej niż sam olej.
Mimo, że jest to kwas to nie trzeba po nim stosować dodatkowej ochrony przeciwsłonecznej jak w przypadku kwasów złuszczających naskórek.

Stosujecie kwas hialuronowy? Jak u Was się sprawdza?
Buziaki, Mila :) 

poniedziałek, 2 listopada 2015

Odrost 12 cm - co mam z nim zrobić?

No i doczekałam się... mój odrost ma 12 cm (a miejscami nawet 15 cm!), chociaż w sumie... nie specjalnie na to czekałam ;) W kwietniu pisałam CO U MOICH WŁOSÓW SŁYCHAĆ vol.3  i narzekałam na to, że odrost zaczyna być widoczny, a teraz jest już naprawdę duży. Nie wiem nawet, kiedy minęło i obudziłam się po prostu z naprawdę wiolami centymetrami moich naturalnych włosów.

Najlepiej to widać na zdjęciu poniżej, ale nie jest to w 100% naturalna kolorystyka.


Naturalne kolory włosów można zobaczyć na zdjęciach niżej.


Po pierwsze przeżyłam mały szok, bo moje włosy farbuję od 13 roku życia, nie zawsze to była pełna farba, czasami pasemka i balejaż, ale i tak od tego momentu chyba nie miałam chwil, żebym nie miała na sobie farby. No i nie wiedziałam, że moje włosy maja taki kolor :D Czy to jest mysi blond? Nie wydaje mi się, bo mysi blond jest trochę bardziej ciepły i jaśniejszy. Serio nie wiedziałam, że mam aż takie ciemne włosy, a przy niewielkich odrostach wydawało mi się bardziej, że jest to kwestia kontrastu w kolorach, a nie tego, że kolor jest naprawdę ciemniejszy. 

Po drugie - co ja mam z tym zrobić?! Co się robi z dwunastoma centymetrami odrostów? Co się robi z resztą włosów? Farbujesz, czy nie? Wiem, problemy pierwszego świata ;) Teraz moje końcówki mają mniej więcej takie kolory - pokrywam fioletową pianką, która szybko, po jednym lub dwóch myciach, się u mnie wypłukuje do niebieskiego/turkusowego, a na końcu do zielonego. Nie chcę z tych końcówek rezygnować.




Muszę chyba podjąć decyzję - zapuszczać dalej i spróbować jak będę wyglądała w bardziej zaawansowanym "ombre" albo wyrównać sobie kolor ;) Tylko jeszcze nie wiem co wybiorę.
A tak przy okazji - w Rossmannie jest teraz sporo promocji na kosmetyki pielęgnacyjne do włosów kilk. Są też promocje na farby do włosów (klik), w Naturze też (klik) więc farbowanie trochę kusi ;)

Waszym zdaniem co będzie u mnie wyglądać lepiej? Mój naturalny kolor mi pasuje, czy nie? 
Buziaki, Mila :)

niedziela, 1 listopada 2015

Rossmann -49% od jutra!

Czujecie niedosyt kosmetykowy? Świetnie, bo w Rossmannie już od jutra mega promocja -49% :) Doskonały na jesienną chandrę i może nawet na coś się skuszę, bo skończyły mi się tusze do rzęs.


Od 02.11 do 06.11 - 49% na produkty do ust i paznokci (w tym odżywki).


Od 07.11 do 13.11 - 49% na produkty do makijażu oczu (ciekawe czy odżywki do rzęs też? w poprzedniej edycji się łapały).


Co dziwne, tym razem Rossmann nie trzyma w niepewności i info potwierdził w nowej gazetce(klik, klik, lub zdjęcia), chociaż zazwyczaj trzymał to w tajemnicy oraz niepewności aż do ostatniego dnia.



Teraz już wiecie, gdzie możecie udać się, żeby tanim* kosztem uzupełnić zapasy. Miłych łowów :)


*yeaahhhh wiadomo, że Rossmann nie jest krystalicznie czysty i podnosi często ceny przed promocją, tylko po to, żebyś na promocji mogła je kupić 2 czy 3 zł taniej ;) Jest też masa tańszych miejsc do zakupów, ale to w większości miejsca w sieci, a ja niektóre kosmetyki chyba wolę kupować stacjonarnie :)

Buziaki, Mila

sobota, 31 października 2015

Halołin - sralołin, czyli dlaczego mi powiewa to, co robisz tego dnia

Dzisiaj przypada okultystyczne (a nie okulistyczne, cholerny słownik w telefonie!) święto ku czci czarnego pana - Halloween. A nie sorry, Dziady idioto, a nie Halloween (pozdrawiam Mickiewicza i jego Dziady, dzięki którym zdałam rozszerzony polski na 85%!). A może nic? W końcu i jedno i drugie to dzieło szatana… a mnie to zwiewa i powiewa.


Nigdy nie mogłam zrozumieć nagonki na Halloween, które zaczęło się pojawiać w Polsce, jakoś pod koniec podstawówki. Może to była kwestia tego, że zawsze byłam nawiedzona (sesese :>) a może kwestia tego, że osoby w moim otoczeniu, które ten dzień tak demonizowały, organizowały przy okazji parafialne Andrzejki? Andrzejki, które składają się z przesądów i wróż, a od Halloween różnią się tylko tym, że ludzie się zwykle nie przebierają. Fuck logic - ale w końcu na Andrzejkach ksiądz zbierał kasę na remont kościoła :P


Tutaj chciałabym dodać, że naprawdę szanuję osoby, które wierzą, są katolikami czy kimkolwiek innym i naprawdę żyją według swoich przekonań. Nie zgadzam się z nimi zazwyczaj, ale doceniam to, że od A do Z trzymają się tego co uważają za swoją podstawę wiary. Za to zawsze śmiech u mnie wywołują osoby, które opowiadają się za zgubiennym wpływem Halloween na nasze biedne dusze, a potem wybierają sobie tylko co lepsze kąski z życia religijnego, czyli ślub, chrzest, komunia, bierzmowanie i pokazanie się w Boże Narodzenie w nowej kurtce w kościele ;)


Aleee… wracając do tematu Halołin-sralołin nie grzeje mnie, ani nie ziębi. Sama go nie obchodzę, widzę je tylko jako fajną okazją do zrobienia sobie jakiegoś dziwnego makijażu i do imprezy ( a dobra impreza nigdy nie jest zła), nie zanotowałam jeszcze żadnych zgubnych działań na duszę i niewinność serca. Podobnie nie obchodzę i nie przeżywam religijne wielu świąt, za to zawsze chętnie zjem barszcz z uszkami, czy jajko z majonezem, u mnie plasuje się to na tym samym poziomie co wydrążenie sobie dyni i postawienie jej dla ozdoby.
Kiedy za to widzę gdzieś w social mediach posty i wpisy typu “halloween to zuooo” udostępnione przez osobę, która robi to pod publiczkę i dlatego, że sama nie rozumie, że przeczy sobie, to robię prostą rzecz - blokuję taką osobę, bo szkoda mi życia na ujadanie się z idiotami ;) Chociaż jeszcze kilka lat temu bym pewnie wdała się w dyskusję, ale na starość zrozumiałam, że niektórych nie przegadasz :)


Dla mnie Halloween to dzień taki sam jak Boże Narodzenie, Wielkanoc, Andrzejki, Noc Świętojańska, Dożynki, Zaduszki i wiele innych - czyli dzień, który wziął się z ludowych/pogańskich wierzeń, a dopiero potem ktoś próbował nadać mu religijną otoczkę, tylko po to, żeby ludzie nie musieli wybierać pogański zwyczaj czy religia? Został tylko jeden wybór - religia, bo słowiańskie/germańskie/inne święto ubrano w religijne słowa. Ja tę otoczkę po prostu odrzucam.

A Wy bawicie się w Halloween? Idziecie dzisiaj na jakąś imprezę?

Buziaki, Mila :)

poniedziałek, 19 października 2015

Olej konopny w kosmetykach - India Cosmetics

Olej konopny coraz częściej widzę w różnych kosmetykach, chyba stał się hitem, co nie? ;) Pewnie tak, bo ma on sporo kwasów omega-3, podobnie jak olej lniany, do tego minerały takie jak cynk (super zarówno dla włosów jak i cery), wit. A, C, E oraz z grupy B. Regeneruje i odżywia. I nie ma co się tego oleju obawiać - to nie narkotyk ;) Dzisiaj napiszę o kilku produktach firmy India Cosmetics, o Balsamie Q pisałam już jakiś czas temu, teraz czas na ich falową serię, czyli tą z olejem konopnym :)


Na pierwszy ogień ich bestseller - Serum do bardzo suchej skóry twarzy i dłoni. Nie dziwię się, że cieszy się tak wielką popularnością, nie dość, że jest to produkt dosyć uniwersalny, to jeszcze działa naprawdę dobrze. Jako, że miałam na głowie bardzo dużo w okresie sierpień-wrzesień, to dzięki temu kosmetykowi mogłam załatwić pielęgnację twarzy oraz dłoni za jednym razem i nie musiałam nosić ze sobą zawsze dwóch kosmetyków. Tubka jest wygodna i poręczna.


Sam kosmetyk nie ma tłustej konsystencji, dosyć szybko się wchłania. Fajnie wygładza skórę, a także dzięki zawartości D-panthenolu łagodził podrażnienia na dłoniach. Moim zdaniem hit, któremu nic nie można zarzucić.


Bardzo często towarzyszyła mi też ochronna pomadka do ust od India Cosmetics. Jestem pomadkoholiczką, więc po ten produkt sięgam bardzo często. Dobrze chroniła spierzchnięte usta i pomimo niewielkiej wagi 3,8 g okazała się być bardzo wydajna. Nie mam jej nic do zarzucenia, nie powiedziałabym, że jest to rewolucyjny produkt, ale na pewno bardzo dobry.


Jedyne co mi w niej nie pasowało to sztyft, który nie był chyba dobrze umieszczony w środku i przy smarowaniu ust przechylał się na bok. Trochę to utrudniało jej stosowanie, bo nie można było jej mocniej docisnąć. Mimo to wady chętnie po nią sięgałam.



Ostatni produkt do maska do włosów India Cosmetics. Czas kiedy ten kosmetyk do mnie trafił był wręcz idealny - mało czasu w domu, a więc mało czasu na nakładanie czegoś więcej niż byle jaki szampon i odżywka. Maska okazała się strzałem w 10. bo wystarczy trzymać ją na włosach od 1 do 3 minut, więc jest naprawdę ekspresowa.



Konsystencja trochę przypomina budyń, ale niewielka ilość wystarczy do pokrycia długości włosów. Nie obciąża włosów, więc można ją bez problemów kłaść także przy skórze głowy. Zapach lekki i nie utrzymuje się na włosach.
Jak działa? Po pierwszym użyciu mnie nie zachwyciła, miałam uczucie, że włosy były trochę tępe i źle się rozczesywały, przy drugiej aplikacji było jednak o wiele lepiej, a przy trzeciej włosy naprawdę stały się fajne w dotyku.


Opakowanie 200 ml starczyło mi na zadziwiająco wiele aplikacji, a z każdą rezultaty były coraz lepsze. Włosy po masce są elastyczne, dobrze się układają, a końcówki nie są spuszone. Włosy były wyraźnie zregenerowane i "zrelaksowane" po ciężkim dla nich okresie :) 

Gdybym miała wybrać, który produkt z tej trójki był najlepszy to mocno bym musiała się zastanowić pomiędzy maską a serum, bo obydwa są naprawdę bardzo dobre i przypadły mi do gustu. W każdym bądź razie myślę, że warto z tymi kosmetyki eksperymentować, bo olej konopny ma moc :)

A Wy znacie kosmetyki z olejem konopnym?
Buziaki, Mila :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...