piątek, 22 sierpnia 2014

Dlaczego nie kupuję książek (chociaż nadal je czytam)

Na mojej biblioteczce (której nota bene wcale nie posiadam) nie znajdziesz dużo pozycji. Są tam tylko książki, które znaczą dla mnie wiele, bardzo wiele. Wszystkie części Harry'ego Pottera, każda otrzymana od innego członka rodziny przy różnych okazjach. "Jestem legendą" jako owoc pierwszych, nieśmiałych zakupów przez Internet. Książka o starożytnym Egipcie, wygrana - niespodzianka w konkursie na Onecie wieku temu. "Historia zwierząt kręgowych" kupiona mi przez tatę kilka(naście?) lat temu, czytana w leniwe popołudnia. Baśnie z Dolnego Śląska i Wrocławia, dwie książki w twardych oprawach, z żywymi ilustracjami, czytane tak wiele razy, że znam je na pamięć. Także książki obiecane przez ważne mi osoby, które nigdy swoich obietnic nie dotrzymały, a które potem, nagle z dnia na dzień, zdecydowały, że nie chcą być dla mnie ważnymi osobami. Niezbędne minimum, książkowy bagaż, który doskonale opisuje moją historię. Każda książka, którą posiadam ma za sobą historię i całą masę emocji. Każda pozycja to dla mnie przypieczętowanie jakiegoś okresu w życiu.


Skąd biorę książki w międzyczasie? Oczywiście, że z biblioteki! Rozwiązanie bardzo oczywiste, ale mam wrażenie, że dla wielu osób bardzo nie oczywiste. Dla mnie chodzenie do biblioteki było czymś naturalnym, pamiętam też, że mój tata założył mi kartę biblioteczną w miasteczku gdzie pracował, tylko po to, żeby po pracy móc wpaść na chwilę do biblioteki i wypożyczyć mi (najczęściej na chybił trafił) kilka książek. Dzięki niemu przeczytałam zarówno książki okropnie kiczowate i nudne, jak i prawdziwe arcydzieła. W wypożyczaniu książek ufam ślepemu losowi, przechodząc bibliotecznymi alejkami sięgam po przypadkowe pozycje, wyciągam je z półki i chwilę trzymam w ręku, chyba tylko po to, żeby "poczuć" czy warto... Często też proszę moją siostrę, żeby wybrała przypadkową książkę na półce z nowościami, a za chwilę wchodzę pomiędzy kryminały i z zamkniętymi oczami wybieram pozycję. Gdybym kierowała się moimi preferencjami miałabym okazję w ciągu tygodnia przeczytać książkę o białych niewolnikach w północnej Afryce w XVIII wieku, a następnie thriller napisany doskonale, chociaż mało znany? Chyba nie. Zresztą stosując metodę na chybił trafił miałam okazję przekonać się nie raz, że warto wyjść z tego co określamy jako "preferencję", bo to tylko i wyłącznie poszerza horyzonty.

Nie oszukuję, że chodzi tutaj o ochronę środowiska (chociaż mam cichą nadzieję, że moje nie kupowanie książek może coś zmienia), nie chodzi o bycie hipsterem, który nie kupuje, bo to zbyt mainstreamowe. Czuję z bibliotekami niezwykłą więź, którą zostałam zarażona już jako dziecko... i tak zostało. Poza tym - czysto praktycznie, wypożyczanie książek to koszt o wiele mniejszy niż ich kupowanie, w ciągu całej kariery bibliotecznej wydałam jakieś 30 zł  - 20 zł na wyrobienie karty bibliotecznej i 10 zł za zbyt długie przetrzymanie ;) Za 30 zł kupiłabym może jedną książkę.Jakkolwiek głupio to nie zabrzmi - wydawanie pieniędzy na książki to dla mnie duża ich strata, po prostu szkoda mi pieniędzy na książki - o ile nie jest to pozycja, która ma właśnie zwieńczyć pewien okres w moim życiu.

A Wy chodzicie do biblioteki, czy wolicie mieć książki na własność?

Buziaki, Mila (to jest nadal blog także o kosmetykach, pamiętam o tym!)


poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Kuracja imbirem - dlaczego?

Po kolejnej długiej nieobecności mam nadzieję, że w końcu uda mi się znaleźć więcej czasu na blogowanie :)

Dotychczas imbir spożywałam tylko w pierniczkach i piwie imbirowym. Gdzieś po szafce wala się dawno temu kupiona paczka suszonego imbiru, który lądował w domowych sosach pomidorowych i słodkościach. Aromat imbiru zawsze mi się podobał, tak samo jak smak suszonej potrawy. W końcu, częściowo dzięki autorce bloga aniamaluje.com, która od dawna stosuje imbir i pisała o nim nie raz, zdecydowałam się na zakup świeżego kłącza. Gdzie je znalazłam? W Biedronce, 20 zł za kilogram, kupiłam dwa spore kawałki "na zapas", ich koszt wyniósł około 5 zł. Odkroiłam większy kawałek, który leży w lodówce na wierzchu, reszta została zawinięta w mokry, papierowy ręcznik i owinięta woreczkiem i czeka na swoją kolej w szufladzie lodówki.


Dlaczego zdecydowałam się na kurację imbirem? 

  • Stany zapalne języka i ust coraz częściej dają mi się we znaki, a mój język coraz częściej wygląda jakbym miała na nim jakieś poparzenie chemiczne :/ Ma to związek z następnym punktem...
  • Obniżona odporność to mój problem od lat, objawia się albo opryszczką, albo właśnie plamami i pleśniawkami na języku. Do tego od lat męczy mnie angina w okresie jesiennym, warto więc się trochę uodpornić :)
  • Bóle głowy coraz częściej mnie dotykają, główną przyczyną jest stres, a nie za każdym razem chcę łykać tabletki.
  • Rozgrzanie organizmu przyda mi się z rana, imbir ponoć doskonale się w tej roli sprawdza.
  • Wspomożenie trawienia, ostatnio nie jadałam najlepiej, czuję się ociężale i ciężko mi się trawi, przyda mi się coś co podkręci trawienie.
Dodatkowo mam zamiar przygotować olej imbirowy na skórę głowy, muszę tylko przemyśleć kwestię tego jaki olej wykorzystać jako bazowy :) 

Jak spożywam imbir?
Postawiłam na sposób, który widziałam w wielu wydaniach - szklanka wody z plasterkami imbiru codziennie rano. Wieczorem zalewam kilka cienkich plasterków obranego ze skórki imbiru (około 1 cm) ciepłą wodą i zostawiam na noc, rano albo dodaję cytryny i wypijam, albo mieszam z letnią herbatą ziołową. Plasterki przeżuwam w trakcie picia napoju :)

Jak smakuje imbir?
Jest ostry, mi to odpowiada, ale wiele osób nie lubi ostrych smaków. Wtedy polecam zamiast ciąć go na plasterki można użyć drobnej tarki.

Efekty?
Stosuję kurację od dosłownie kilku dni, planuję 4 - 6 tygodni i na pewno po tym czasie opiszę zmiany jakie zauważyłam. Ale już po kilku dniach widzę jakąś poprawę, głównie na moim języku - jeszcze 5 dni temu był cały w czerwonych plamach, a teraz wszystko się zaleczyło jak nigdy ;)
Ale na podsumowanie musicie jeszcze trochę poczekać :)

A Wy pijecie/jecie imbir? W jakiej formie i jak się u Was sprawdza?
Buziaki, Mila


Zdjęcie pochodzi z kobieta.onet.pl

niedziela, 10 sierpnia 2014

Film na który nie czekam, czyli "50 Shades of Grey"...

Zacznijmy od książki...
Cytując za merlin.pl:
"Niezwykły sukces damskiego porno inspirowanego cyklem "Zmierzch"! "Pięćdziesiąt twarzy Greya" to powieść, która odmieniła życie seksualne milionów kobiet!"

Od książki, której NIE przeczytałam od kiedy tylko dowiedziałam się, że ma coś wspólnego ze "Zmierzchem". Wiem, wiem uprzedzenia... ale przeczytałam 30 stron wypocin o miłośni nastolatki do wampira i nie dałam rady, więcej czytać i książkę rzuciłam w kąt i podpaliłam (niedosłownie). A poza tym mam jakąś dziwną awersję do wszystkich bestsellerów, hitów i książek, które są tak rewolucyjne, że aż trzeba przeczytać (a najczęściej rewolucyjny jest co najwyżej marketing). Po prostu zwykłe nie, bo mam do tego prawo. Do tego zawsze smuciło mnie to, że ta książka odmieniła życie seksualne milionów kobiet... naprawdę? NAPRAWDĘ? Damskie porno o smaganiu bacikiem cnotliwej dziewczyny i jej wewnętrznej bogini przez obrzydliwie bogatego,młodego, a na dodatek bardzo przystojnego milionera odmieniło Twoje życie seksualne? 

I jeszcze raz cytując merlin.pl "Za posiadanie książki markiza de Sade groziło kiedyś więzienie. Czasy się zmieniły, "50 twarzy Greya" E. L. James możemy dziś kupić bez takich konsekwencji." Za posiadanie tej książki też chyba powinno grozić więzienie ;) No i coś mi się wydaje, że np. "Sto dwadzieścia dni Sodomy" de Sade to nie ta liga.

Allleeee... jak już zrobił się szum i kasa to zrobił się też film. I nagle w Internecie podniósł się pisk "Kisiel w majtach, omg czekam na 14 lutego 2015!". Tak przy okazji - urzekła mnie premiera w Walentynki - wszystkie "niegrzeczne pary" lubiące "ostre zabawy", bo po przeczytaniu Grey "już nie potrafią bez bacika" będą mogły wspólnie obejrzeć film (to będą takie anty-Walentynki, no bo, żeby o seksie i "BDSM" w dniu zakochanych?! tak bardzo zbuntowani i szaleni!), a potem faceci będą się łamać, że nie mogą tak długo jak Grey, a kobiety będą płakać w poduszkę, bo nie miały dziesięciu orgazmów w 5 minut. Ale wróżę, że 9 miesięcy po premierze urodzi się dużo dzieci, czuję to w kościach.

Wracając do tematu. Ja też obejrzałam zwiastun, który ponoć uchyla tajemnice tej niesamowitej historii przesyconej seksem i namiętnością... no i klops... Jak dla mnie to ta historia wygląda tak (a może faktycznie tak wygląda?): biedna dziewczyna poznaje milionera, zakochują się w sobie mimo tego, że wywodzą się z różnych klas społecznych, przeżywa z nim swój pierwszy raz, on jest czuły i romantyczne a ich życie seksualne udane, z czasem on zaczyna wyjawiać jej problemy z przeszłości, które rzutowały na jego psychikę i teraz jest strasznym zboczeńcem (haha), ale ona go kocha, akceptuje wszystkie jego wady i w sumie BDSM zawsze jej się podobało tylko o tym nie widziała, koniec. A przy okazji można się dowiedzieć, że wszystko to co robią w sypialni to okropne odchylenie od normy (haha) i normalni ludzie takich rzeczy nie robią!



A przy okazji - Jamie Dornan wygląda jak wypłosz, to ma być bóg seksu?! 
Puenty nie ma, po prostu nadal nie czekam na ten film.

Buziaki, Mila

P.S. Tekst pisany pod wpływem chwili. Jeżeli sądzisz inaczej, uwielbiasz serię, nie możesz doczekać się filmu, a na dodatek książka poprawiła Twoje życie seksualne to masz do tego prawo, tak samo jak ja mam prawo nie chcieć czytać książki i widzieć filmu i mieć przy tym masę negatywnych skojarzeń :)

czwartek, 7 sierpnia 2014

Cud, miód i orzeszki (arganowe)

Pomiędzy próbami podjęcia pracy a przeglądaniem profili osób, które jako miejsce pracy mają wpisane: Szlachta nie pracuje (od siebie dodam: ale za to w Holandii na borówkach równo idzie!) w końcu zebrałam się w sobie, żeby napisać ten post. Post, który miałam napisać od kilku dni, post który powinien pojawić się już dawno temu i poprzedzony powinien być kilkoma innymi postami, które z różnych powodów nie powstały.
Nazywam się Milena, mam 22 lata i prawie od miesiąca nie bloguję...

Lubię brać udział w różnych konkursach i testowaniach, a najbardziej lubię chyba wygrywać. Pewnego mniej lub bardziej miłego popołudnia przeglądałam sobie fejsbuczka i zauważyłam kilka postów w stylu "Będę testerką Wild Argan Oil od The Body Shop, właśnie doszła mi wiadomość!!!", szybkie przemyślenie - tak, zgłosiłam się, szybkie sprawdzenie - nie na FB ani na e-maila nikt mi nie napisał. Przełknęłam gorzko tą klęskę i chwilę później znowu przewijałam tablicę w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Aż nie weszłam na innego e-maila, bo tak - mam kilka adresów e-mail, każdy z innym przeznaczeniem ale czasami mi się miesza. I okazało się, że kosmetyk The Body Shop także do mnie trafi, yay!

The Body Shop zawsze było dla mnie czymś nieosiągalnym (te ceny i niemożliwość stacjonarnego wymacania...), mistycznym i "innym". W 50 ml plastikowego pojemniczka przekazana została mi obietnica miękkiej, gładkiej i mocno nawilżonej skóry przez 24 godziny. Ręcznie zbierane i ręcznie przerobione na olej orzechy arganowe miały zapewnić cudowny efekt na skórze, a przyjazny skład miał być doskonałym dopełnieniem.


Masełko ma konsystencję prawdziwego masła - zwartą, ale szybko i dokładnie pozwala się rozprowadzić pod wpływem ciepła, a zapach hmmm...delikatny, przyjemny ale nie kojarzy mi się z niczym konkretnym. A co z samym działaniem? Po prostu tytułowe cud, miód i orzeszki (tylko i wyłącznie arganowe! inne pójdą w biodra i poszerzą dupsko). Niewielka pojemność tylko teoretycznie nie daje wiele pola do popisu, ale w rzeczywistości produkt jest wydajny i niewielka ilość wystarczy na pokrycie najsuchszych części ciała, na które je nakładałam - czyli w moim przypadku łydki. Już po pierwszym użyciu, kiedy skóra spragniona "pije" masło do ciała, widać efekt. Po kilku dniach efekt jest bardziej niż zadowalający, a skóra jest nawilżona, miękka i nie przesusza się! Jak dla mnie 100% działania, chociaż podchodziłam do tego masełka dosyć sceptycznie. Cena nie nastraja do większych zakupów, ale... na problematyczne miejsca warto zainwestować :) Polecam!


A przy okazji, pewnie i tak nie wygram, ani nie zbiorę wielu głosów, bo żebrać za bardzo nie potrafię i nie mam armii znajomych na FB... ale fajnie byłoby gdybym miała przynajmniej kilka głosów w konkursie The Body Shop (coby podnieść własną samoocenę i poczucie zajebistości!), więc żebram... Zagłosujcie na mnie! :D Wystarczy kliknąć w bannerek poniżej, a potem 'głosuj' :) 




Buziaki,
Wasza Mila, która o Was myśli i pamięta i codzienne układa w myślach nowy post <3
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...