środa, 30 kwietnia 2014

Złamany paznokieć - co robić? Jak go uratować?

Chyba tylko soczyste i głośne ku*wa mać! jest w stanie wyrazić żal po złamaniu paznokcia. Jeszcze żeby to był jakiśtam paznokieć, złamany przy końcu - obcinam, piłuję i po sprawie. Ale jak na złość to musiał być paznokieć na kciukiu, złamany jakoś w połowie długości. Szybki rachunek - jak obetnę to po pierwsze będzie bolało, a po drugie będzie wyglądało jakby coś mi chciało odgryźć pół palca. A zostawienie tego tak jak jest jest ryzykowne, zwłaszcza jeżeli nazywasz się Milena i jesteś strasznie niezdarna - chwila nieuwagi, sweter albo wredne dżinsy i amputujesz sobie cały paznokieć w towarzystwie łez i krwi. Lubię ryzyko, ale nie aż tak bardzo. Trzeba, więc ratować, ale jak? Na szczęście jest to o wiele łatwiejsze niż się wydaje!

Ahhh i wybaczcie za moje skórki, zdjęcia były robione na szybkiego.... chociaż szczerze to zazwyczaj mam brzydkie skórki, bo mi się nie chce.Wybaczcie!


Ta biała linia na paznokciu to złamanie, nie wygląda na paskudne, ale takie było - zdjęcie robione nocą i reszta wyszła rozmazanych :/

Akcja ratunkowa złamanego paznokcia!
Do akcji potrzebujemy:
- klej cyjanoakrylowy - czyli popularna "Kropelka" czy "Super Glue", lub klej do sztucznych paznokci, ale chyba o ten pierwszy łatwiej, co nie?
- torebka z herbatą - wybebeszona z herbaty (ewentualnie kawałek chusteczki higienicznej, ale wtedy jest to łączenie bardziej widoczne i mniej trwałe)
- nożyczki
- wykałaczka/patyczek drewniany/zapałka
- pęseta
- pilniczek papierowy/blok polerski
- bezbarwny lakier
Do tego przyda się ręką, która nie zadrży w najważniejszym momencie i trochę skupienia.

Nakładanie "plasterka" z torebki od herbaty

Naprawa paznokcia - krok po kroku
  1. Z torebki wycinamy prostokąt, którym możemy przykryć nasze złamanie, musi być trochę większy.
  2. Na złamanie nakładamy trochę kleju i pęsetą szybko umieszczamy tam prostokąt z torebki po herbacie. Dociskamy wykałaczką/ zapałką/ patyczkiem tak, żeby gładko przylegało i żeby pozbyć się bąbelków powietrza. 
  3. Czekamy aż wyschnie (około 3 - 5 minut "Kropelka").
  4. Po wyschnięciu polerujemy wszystko ładnie blokiem polerskim lub pilniczkiem i malujemy bezbarwnym lakierem.
Gotowe, twój paznokieć jest uratowany! A jak się to wszystko razem prezentuje? Dosyć przyzwoicie, miejsce, gdzie znajduje się torebka nie wyróżnia się, jest tylko trochę bardziej matowe, ale po pokryciu lakierem nie widać różnicy! A co najważniejsze - paznokieć trzyma się razem! Pod "plasterkiem" widać linię pęknięcia, ale teraz wszystko jest zabezpieczone i nic mu nie straszne! Wystarczy odrobina kolorowego lakieru i nic nie widać :)
To doskonały sposób ratowania się w kryzysowych sytuacjach. Nie zauważyłam, żeby klej cyjanoakrylowy w jakiś sposób niszczył paznokcie - zresztą zakładając, że przy okazji nie pomażecie się klejem całe, to i tak część z klejem to złamana część, która prędzej czy później odrośnie i będzie odcięta.



Można też stosować metodę bez klejową - czyli nakładamy tylko lakier bezbarwny i to on łączy złamane części, ale wtedy po 2 - 4 dniach paznokieć jest do "wymiany". Z klejem trzyma się cały czas.

Znałyście już tą metodę? Też często łamiecie paznokcie?

Buziaki, Mila :)

wtorek, 29 kwietnia 2014

Noe: Wybrany przez Boga, ale na pewno nie przeze mnie....

Mila pisze o filmie? Tak, bo ją ten film zirytował. Jeżeli jeszcze nie widziałeś to uwaga SPOILERY, SPOILERY, SPOILERY! W sumie to opowiem prawie całą akcję, a co! A jeżeli zastanawiasz się czy warto... no cóż... możesz albo zaryzykować, albo przeczytać to co napisałam. Ahhh i tak, wiem - jestem bardzo krytyczna, ale chyba mogę taka być, co nie? :)


"A może Noe?" zaproponował mąż. No to niech będzie Noe. O i jest w nim też Hermiona Emma Watson! Ok, no to oglądajmy. Nie, żeby jakoś strasznie poruszała nas ta historia. Nie żebyśmy byli religijni (muahahaha :>), ale Noe zaciekawił trochę, wydawało się nawet okej (chociaż trailer i tak opowiedział całą historię, nie lubię tego). Film obejrzeliśmy już jakiś czas temu, więc może czegoś nie pamiętam, coś przekręcam, ale mylę - poprawiajcie śmiało.A i oglądałam nie po polsku, więc może pochrzani mi się jakieś imię/nazwa własna. No i nie czytałam przed seansem Biblii, nie pamiętam dokładnie jak to jest i nie oczekiwałam, że film będzie dokładną wersją tego co w Biblii... No to zaczynamy...


Na początku źli ludzie (ci źli pochodzą od Kaina) zabijają ojca Noego, smuteczek. A i jeszcze reżyser daje nam do zrozumienia, że Noe i jego rodzina to nie zwykli ludzie - to jacyś nad ludzie. Wybrani przez Boga do specjalnych rzeczy, pochodzą oni od Seta (syna Adama, nie egipskiego boga!), a krótko i szybko mówiąc - magicy i czarodzieje. Przynajmniej ja to tak odbieram. Dziadek Noego (czy to się tak odmienia?), grany przez Anthonego Hopkinsa (którego na początku nie ma, ale pojawia się później) jest czarodziejem... No cóż, ciężko ten fakt zaakceptować, chociaż wszyscy się tłumaczą, że to historia inspirowana historię Arki i Noego... ale to tak jakby "Jesus Christ Superstar" wypuszczać po tytułem "Pasja"... hmm...


Na Ziemi panuje głód i susza, ludzie są tak źli i nie spełniają woli Boga. Noe i jego rodzina są wegetarianami, a może nawet weganami? Cool, co nie? TYLKO CO ONI DO CHOLERY JEDZĄ JEŻELI MIESZKAJĄ NA CHOLERNEJ PUSTYNI?! Chyba piasek... No ok, wybaczam ten błąd, może będąc potomkami Seta nie musieli jeść?  Whatever... Noe Boga słucha i kiedy Bóg mu każe iść odwiedzić dziadka, bo coś się będzie działo, to zbiera rodzinę i idą. W międzyczasie nie dzieje się nic ciekawego, tylko znajdują młodą Hermionę Emmę, ratują ją i idą dalej. Oglądałam film kilka/kilkanaście dni temu, a już sama nie pamiętam co działo się w tak zwanym międzyczasie, dlaczego? Bo działy się falki z olejem moi drodzy. Coś tam, coś tam źli ludzie, coś tam, coś tam potwory, coś tam, coś tam gadanie, coś tam, coś tam Noe cały i zdrowy. A potwory to jakieś upadłe anioły, które są skalnymi potworami (nazwijmy je Skalniaczkami) - po cholerę one? Aaa... to zaraz się wyjaśni. Noe w końcu trafia do dziadka, ten daje mu jakieś narkotyki (!!!!!!!) i Noe nagle wszystko zaczyna rozumieć. Morał jest krótki - jeżeli nie wiesz o co chodzi, wypij drinka z dodatkami... 


Po jakiejś godzinie flaków z olejem i nudyyyyyy Noe dochodzi do tego, że musi wybudować Arkę. W końcu się do cholery domyślił! Ufffaaa.... Ale skąd wziąć drewno, skoro wokół tylko pustynia? Jak Noe z żoną, trójką małych synów i Hermioną mają wybudować sami Arkę??? Ladies and gentelmen - czas na magię! 


Noe rzuca nasionko (chyba, to chyba było nasionko), wyrasta wielki las (który nawet po dziesięciu latach pracy karczowania będzie nadal tak wielki jak wcześniej, a na dodatek przez lata nikt go nie zauważy!!!), Skalniaki wierzą, że Noe jest wybrany przez Boga i decydują się mu pomóc! Woaaaa.... teraz wszystko jest takie jasne, oczywista oczywistość - zastanawiam się ile osób po tym filmie myśli, że to jest też napisane w Biblii? Albo, że to wydarzyło się naprawdę? No i zastanawia mnie - jak do cholery człowiek, który całe życie mieszkał na pustyni i wpieprzał piasek wiedział jak wybudować Arkę?


Mija dziesięć lat a Noe jeszcze nie skończył budowy - i widzę, że praca im idzie na zasadzie jeden pracuje, pięciu patrzy... Przejdźmy dalej... a im dalej tym więcej magii! A w międzyczasie falki z olejem - coś tam, coś tam jeden syn sypia z Hermioną, ale ona nie może mieć dzieci, coś tam, coś tam, drugi brat podgląda i zazdrości, coś tam, coś tam źli ludzie przyszli, bo zauważyli zwierzęta, które idą do Arki... a lasu to nie zauważyli? No i właśnie co ze zwierzętami? Co jedzą, gdzie robią kupy, jak się wszystkie tam mieszczą? Magia, magia, magia i narkotyki! Zasypiają naćpane dymem z jakiś ziół (?!)... whatever... I znowu flaki z olejem, to zaczyna być męczące... A potem Anthony Hopkins sprawia, że Hermiona może mieć dzieci, ona seksi się z swoim ukochanym i zaciąża. Młodszy brat też znalazł sobie dziołchę do zabrania na Arkę (miłość z okopów od pierwszego wejrzenia...), ale Noe mu nie pozwala i zostawia dziewczynę na śmierć, bo umyślił sobie, że wolą Boga jest tylko to, żeby on uratował zwierzęta, dlatego Hermiona jest bezpłodna (ups.... już nieaktualne...).


Potem dzieje się jakaś walka, gdzie ludzie pokonują naszych Skalniaczków (no oczywiście... całkiem możliwe...). A przy okazji wybuchy, wyrzutnie...Wszyscy toną, poza jednym człowiekiem, ale to mało ważne. A potem Hermiona mówi, że jest w ciąży, Noe świruje,młodzi chcą uciekać na swoje, Noe podpala ich łódź, potem ona rodzi bliźniaczki, mu odbija jeszcze bardziej, zły człowiek na Arce=syn sukinsyn, walka, walka, Noe wariat, myśli, błogosławi, gołębica, wiejskie życie, Noe alkoholik, młodszy syn odchodzi, w końcu koniec filmu!!! Ufffff...... Tak się kończy w telegraficznym skrócie. I naprawdę nie ma tam nic więcej. Proste jak budowa cepa (albo Arki). Krótko mówiąc, film kręci się wokół tego, że Noe był nieźle popierdolony. No i też wokół faktu, że Hermiona urodziła dwie córki, tylko, żeby dwóch młodszych braci jej męża/ukochanego miało z kim dalej tworzyć ludzkość, bo Bóg sobie to tak sprytnie obmyślił, kiedy Noe pozwolił umrzeć innej dziewczynie.


Gra aktorska? Dobra, miejscami wyśmienita, ale flaki z olejem bardzo skutecznie pozwalają o tym zapomnieć. Za dużo Hollywood na tej Arce. Za dużo magi i upchanie tysiąca historii w jednej. Doceniam próbę przedstawienie historii Arki i Noego w innym świetle, doceniam naprawdę... ale za cholerę nie wyszło. I nie chodzi już nawet o wszechobecne czary-mary i tylko inspirowanie się historią... ale i tak nie wyszło. Jeżeli w filmie były jakiekolwiek fajne i ciekawe momenty to i tak ciężko o nich pamiętać, bo większość jest nudna i nieciekawa.

Widzieliście może ten film? A może polecicie coś innego? 
Buziaki, Mila :)

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Micel pachnący skoszoną trawą, czyli Uroda Polska, Melisa

Nie lubię takich sytuacji. Nie lubię kiedy sobie coś obiecam, a potem ciągle to odwlekam... Tak jest z tą recenzją, "piszę" ją już od ponad miesiąca, ale zawsze jest "coś" innego i nigdy nie mam ochoty/czasu/zdjęć... ehhh... Ale w końcu się zmobilizowałam, bo zaczynam widzieć dno tego płynu micelarnego, a jeszcze nic o nim nie napisałam....


Znowu będę przynudzać o zapachu - cała seria Melisa ma piękny zapach, który kojarzy mi się ze świeżo skoszoną trawą. Coś wspaniałego! Jeszcze chyba żaden zapach mi się tak bardzo nie spodobał. Ale zostawmy zapach już w spokoju - tyle razy powtórzyłam, że jest cudny, że chyba zapamiętacie :P

Buteleczka jest połamana - ale to nie moja wina! Naprawdę! Nie wiem w jakich okolicznościach, nie wiem kto (bo nikt się nie przyznał oczywiście...), nie wiem dlaczego... ale znalazłam buteleczkę już z dużym ubytkiem grzecznie postawioną na półce w łazience :( No cóż szkoda, ale ogólnie butelka nie jest słabej jakości. Ot normalna butelka, którą ktoś skrzywdził.


Działanie? Producent pisze kursywą i niebieskim, ja prostym i czarnym, czasem pogrubionym ;)

Działanie: oczyszcza, łagodzi, pielęgnuje.
Działa, faktycznie działa :)Teoretycznie nie ma tutaj nic o usuwaniu makijażu, ale sobie z tym doskonale radzi.
Wyciąg z melisy regeneruje, łagodzi, uspokaja i odświeża. Przynosi ulgę zmęczonej skórze.
Skóra po zastosowaniu faktycznie jest uspokojona, ale nie odświeża, a raczej zostawia lekko lepką warstewkę, która szybko się wchłania. Mimo to jeżeli po nakładamy krem to nie odczujemy żadnego dyskomfortu, ale ja nie potrafiłam po prostu się położyć spać po użyciu tego micela.
Wyciąg z zielonej herbaty spowalnia efekt starzenia się skóry, pobudza jej mikrokrążenie, uelastycznia. Chroni przed wolnymi rodnikami. Prowitamina B5 działa leczniczo i łagodząco na podrażnioną skórę, wygładza i poprawia jej koloryt. Alantoina łagodzi, nawilża, wygładza i zmiękcza skórę.
Po miesiącu regularnego stosowania rano i wieczorem zauważyłam znaczną poprawę w kolorze skóry - była bardziej promienna, elastyczna, naprawdę fajna :) No i efekt utrzymuje się nadal. Ostatnio mam coraz mniej podrażnień, ale kiedy jakieś się pojawi to płyn micelarny Uroda Polska na pewno nie pogarsza stanu, delikatnie go łagodzi, chociaż nie jest to spektakularny efekt. 


Ideał? Swój ideał już znalazłam, ale Uroda Polska jest bardzo blisko ideału. W sumie to może czepialstwo z mojej strony, ale właśnie nie podoba mi się to, że skóra jest lekko lepka - nie jest to straszne uczucie i nie utrzymuje się na skórze długo, ale trochę może przeszkadzać. No i buteleczka ma dużą dziurkę, z której łatwo wylać za dużo produktu.
Cena to 8 zł/ 200 ml w sklepie Uroda Polska. Dużo? Nie, wcale nie, szkoda, że Uroda Polska nie jest szeroko dostępna, ale myślę, że warto na niego zapolować :) Wydajność bardzo dobra, mam go od stycznia, używam dosyć regularnie i jeszcze na trochę wystarczy.
Moja ocena to 9,5/10

Produkt otrzymałam do testów od firmy Uroda Polska. 

******
To, że dostałam produkt do testów oczywiście miało wpływ na moją ocenę - bo chyba to chce przeczytać kilka osób, które czytają tego posta :P Albo ta sama osoba, pod różnymi wcieleniami, która napisała do mnie kilka maili na temat moich współprac - rozliczając mnie z nich i wyliczając za ile się sprzedałam. A w tamtym tygodniu doszła do mnie jeszcze lakierowa paczka do testów (już w fazie no i jeden z produktów super pozytywnie mnie zaskoczył, ale o tym wkrótce) (ahhh no i jak na złość dzisiaj złamałam sobie paznokcia i już naprawiłam, a jutro pokażę Wam jak to zrobiłam). 


Idą do mnie też paczki do testów z kiełbasą z dziczyzny, kostkami do kibla i próbkami balsamu do ciała <3 A niektórym polecam maść na hemoroidy - ponoć pomaga na ból dupy. 

******

Znacie ten płyn micelarny? Lubicie zapach skoszonej trawy? :D
Buziaki, Mila :)

niedziela, 27 kwietnia 2014

50 faktów o mnie (czyli o Mili)

Nie ukrywam, to jest post zapychacz... napisać 50 faktów o mnie? No problem! Napisać coś, do czego trzeba zrobić zdjęcia i odrobić je, poszukać jakiś informacji i spędzić przy komputerze dużo czasu? Eeeee... może jutro? Cierpię na chroniczne "zrobię to jutro", straszna choroba, naprawdę. Przed Wielkanocą było trochę zamieszania, po Wielkanocy też trochę i nadal trochę zamieszania jest. Ale zbieram siły i pomysły i będę regularnie blogowała :)

50 faktów o mnie - takie posty strasznie mi się podobają u innych blogerów, lubię je czytać i dowiadywać się o nich czegoś więcej. I od początku wiedziałam, że taki post prędzej czy później pojawi się także u mnie :) Tak, więc zapraszam do czytani!
  1. Jestem zodiakalnym Wodnikiem i uważam, że to najlepszy znak pod słońcem bardzo fajny znak (żeby nie było, że jestem egoistyczna :P) 
  2. Mam młodszą o 8 lat siostrę - Zuzię, która miała być Jessicą albo Fryderyką, a dzięki mnie została Zuzanną :)
  3. Lubię kolor niebieski.
  4. Sama piekę chleb... kiedy mi się chce, a często mi się nie chce :P
  5. Jestem typem, który lubi eksperymenty - kiedy zobaczę gdzieś instrukcję na coś (maseczka, wyhodowanie arbuza w doniczce czy kolorowy lampion diy) to zawsze chcę zrobić, a prawie nigdy mi nie wychodzi tak dobrze jak powinno.
  6. Kocham psy, a koty tylko lubię.
  7. Czasami mówię niewyraźnie - to chyba jakaś wada wymowy i czasami mówię, jakbym miała kluskę w gębie (jak Ci z Wielkiej Brytanii xD)
  8. Moja nauczycielka angielskiego z liceum pytała mnie się czy nie mieszkałam w Szkocji, bo mam szkocki akcent... a ja po prostu tak dużo w tamtych czasach gadałam z moim teraz mężem, który jest z północy Włoch, że zaczęłam używać jego północnowłoskiego akcentu z okolic Bergamo ;)
  9. Przez dwa lata mieszkałam we Włoszech.
  10. Moja siostra mówi, że jestem jakaś dziwna :P To prawda, czasami dostaję głupawki ;)
  11. Na prawym oku mam rzadsze i dłuższe rzęsy, a na lewym są krótsze, ale gęstsze.
  12. Bardzo długo nie miałam włosów :D Na zdjęciach, gdzie mam 2 - 3 lata jestem kompletnym łysolkiem.
  13. Straszna ze mnie niezdara, moja mama straciła przeze mnie kilkanaście, jeżeli nie kilkadziesiąt talerzy i szklanek. Garnki też mi często lecą, zwłaszcza te ze szklanymi pokrywkami czy super drogie.
  14. Mam dobrą pamieć, ale bardzo krótką :P
  15. Czasami nie czeszę włosów przez kilka dni, a potem zaganiam męża, żeby mi je uczesał i jak mówi, że są bardzo splątane, to wkręcam mu, że one są takie zawsze (jestem zła, wiem).
  16. "Zrobię to jutro" to chyba moja najczęstsza myśl.
  17. Lubię piec i gotować, ale nie lubię zmywać naczyń.
  18. Czereśnie to najlepszy owoc na świecie!
  19. Uwielbiam baśnie i bajki, często je czytam :) 
  20. Dużo czasu spędzam przed komputerem, dla przyjemności jak i z konieczności.
  21. Nie mam telewizora w domu, wszystko co mi potrzebne znajduję w Internecie.
  22. Uwielbiam pizzę i włoskie jedzenie...
  23. ... przez które przytyłam bardzo dużo i teraz ważę jakieś 25 kg więcej niż powinnam.
  24. Bywam bardzo ironiczna i wredna dla innych.
  25. Kiedy się stresuję to dotykam swojego ucha :D
  26. Moje koty zostały przechrzczone - wcześniej nazywały się Lily i Becky, a teraz nazywają się Shakira i Rihanna, bo często kładą się obok siebie i ruszają łapkami i moja siostra powiedziała, że robią tak samo piosenkarki w teledysku do "Can't remember to forget you" (Shakira po prawej :P)
  27. Jestem bardzo niezdecydowana i zawsze pytam innych kilka razy o zdanie.
  28. W zeszłym roku z mężem i psem wybraliśmy się na pieszą wycieczkę w niewysokie góry, która trwała prawie 12 godzin... bez przygotowania, myślałam, że umrę ze zmęczenia :P
  29. Lubię długo spać.
  30. Regularnie odwiedzam 9gag.com - lubię czasami pooglądać sobie śmieszne i głupie rzeczy.
  31. Uwielbiam storczyki i róże.
  32. Lubię zapachy do domu, ale nie YC, wolę olejki i kadzidełka.
  33. Kiedy słucham muzyki przez mp3 to zawsze wyobrażam sobie moje wersje teledysków :D
  34. Uwielbiam herbatę, za to nie przepadam za kawą.
  35. Często mam ochotę na coś słodkiego, a zaraz po tym na coś słonego, za chwilę znowu coś słodkiego i słonego i tak w kółko... sama nie mogę się zdecydować :D
  36. Nie wzruszam się łatwo na filmach.
  37. Rzadko się maluję, chociaż uwielbiam to robić :P
  38. Ciągle powtarzam mojemu mężowi, że każdy pieg na twarzy rudego to dusza którą komuś ukradł. A i jeszcze mówię mu, że rodzice oddali go do adopcji, ale musieli go zabrać z powrotem, bo nikt nie chciał rudego :P
  39. Uwielbiam czarny humor.
  40. "Jurassic Park" - te filmy mogłabym oglądać w nieskończoność! 
  41. Mam krótką pamięć do książek, mogę po pewnym czasie czytać tą samą książkę i nie pamiętam co się w niej wydarzyło.
  42. Jako dziecko miałam zawsze rybki w domu, dużo rybek. Potem miała chomiki, które okazały się nie być dwoma samiczkami i mieliśmy wysyp chomiczków :P
  43. Na paznokciach lubię róż.
  44. Kiedy nie mam chęci, to ciężko mi jest pozbierać się do pracy i wtedy jestem dla wszystkich wredna i opryskliwa.
  45. Lubię liczbę 7, siódemka jest po prostu fajna. Tak samo jak lubię liczbę 245 :D brzmi dobrze.
  46. Do mojego psa i kotów mówię po włosku.
  47. Mieszkam na wsi, która ma około 100 mieszkańców i uważam, że wieś to najlepsze miejsce do życia :)
  48. Chyba nigdy nie odważyłabym się wyjść do ludzi z czerwoną pomadką na ustach (albo w jakimś innym mocnym i krzykliwym kolorze), chociaż takie pomadki strasznie mi się podobają, to wydaje mi się, że wyglądam w nich dziwnie, bo mam nieduże usta.
  49. Nienawidzę czesać włosów, to chyba najgorsze co może być :P 
  50. Regularność to nie moja zaleta :D
Ahhh i uwielbiam minę tego psa, zawsze umieram ze śmiechu, kiedy go widzę :D

Macie może jakieś wspólne punkty ze mną?
Buziaki, Mila

czwartek, 17 kwietnia 2014

Co u moich włosów słychać 2 - włosy uczą się czesać

Dawno nie było tutaj moich włosów - pierwszy wpis "Co u moich włosów słychać" pojawił się 25 lutego i odświeżyć sobie pamięć możecie TUTAJ.

Po pierwsze - zmieniłam kolor! No w sumie to nowy kolor mam od ponad miesiąca.... ale jakoś tak nie po drodze było mi się nim pochwalić :D Sama nie pamiętam już jakiej farby używałam (wstyd i skleroza), w każdym bądź razie to było Palette, wydaje mi się, że to było Color Creme R15 albo R5, ale nie jestem pewna :( no cóż, szkoda, bo kolor wyszedł ładny, naturalny... Gdzieś to na pewno zapisałam ale nie wiem gdzie :D Na początku był bardziej brązowy, ale po kilku "praniach" zszedł do ładnego, naturalnego rudego.

Patrzcie jaką piękną fryzurę stworzyłam:


Hahah, dobry żart, to nie ja, ale mój mąż, który ma (niestety) większy talent fryzjerski niż ja - blogerka :( A potem wzięła się za mnie moja kuzynka Paula, która przy okazji wyrwała mi sporo włosów, bo jak Paula czesze to czesze konkretnie i nawet Tangle Teezer to w jej rękach narzędzie tortur. Paula to zdolna osoba, która wie jak się robi waterfall na włosach, który wyszedł jej trochę "drobniejszy". Ponoć wie też jak zrobić kokardę na włosach, ale stwierdziła, że na moich nie wychodzi :D




Koniec końców skończyłam z kłosem na głowie:


A tak moje włosy prezentują się w wersji bez żadnych fryzjerskich wyczynów:


Co z pielęgnacją? Chyba nic nowego, na razie używam te same kosmetyki jakich używam zazwyczaj, ale częściej nakładam olej kokosowy Oilmedica na włosy.
No i mam nadzieję, że niedługo nauczę się robić jakieś uczesanie więcej niż te 3-4 które potrafię wykonać i pokażę Wam samodzielnie wykonane fryzury ;)

Co do farbowania to nie mam zamiaru farbować w najbliższym czasie włosów - odrost nie odznacza się bardzo, więc nie będę męczyła włosów. Powinnam podciąć końcówki, które wyglądają trochę krzywo :D ale pewnie jeszcze z miesiąc albo dwa miną ;)

A jak tam Wasze włosy? Jakieś małe zmiany pojawiły się na wiosnę?

Buziaki, Mila :)

wtorek, 15 kwietnia 2014

Hymn pochwalny na cześć budyniu

O budyniu mój kochany!
Słodki, gęsty i białawy
Kocham jam Ciebie nad życie
Bo pomagasz mi w mym bycie
Kiedy mleko się gotuje
Ja już siebie oblizuję
Kiedy proszek Twój zażywam
Wtedy w kuchni się wyżywam
Kocham budyń jam nad życie
Bo pomaga mi w mym bycie!
Piękny, lśniący, gęsty, gładki
Zjadłabym cztery dokładki
Sokiem z maliny polany
Chętnie Ciebie wpierdalamy
Waniliowy, śmietankowy
Bywa czasem truskawkowy
Zawsze pyszny
Zawsze zdrowy
Nigdy nie jest on chujowy
(Chyba, że czekoladowy) *
Budyn jest sekretem życia
Dzięki niemu gładkie lica
Jedź więc budyń dziewczę miłe
Bo inaczej skóra zgnije
Kocham budyń, kocham budyń
Budyń, budyń, budyń, budyń!

* już tłumaczę, dlaczego akurat czekoladowy budyń jest bleee... kocham czekoladę, ale NIENAWIDZĘ czekolady w słodkościach - czekoladowe ciasto jeszcze przełknę (ale nie zawsze), ale nienawidzę szczerze lodów czekoladowych i budyniu czekoladowego, nie wiem czemu :D


Do napisania hymny zainspirował mnie post Imperfecty  o świeczce YC - konkretnie TEN WPIS. Tak przy okazji. Czy tylko ja nie uległam modzie na YC? Wszędzie YC, YC, jakieś samplery, świeczki, słoiczki, tarty, woski i inne dziwne rzeczy... a u mnie w kominku nadal króluje stary, dobry olejek zapachowy hmm... chyba jestem jakaś nie na czasie czy coś?

A tak poza tym to chyba mi się nudzi. No i rymy wyszły mi całkiem zgrabne, co nie? Chyba powinnam częściej pisać hahahahahahahahahahaha (tutaj padłam na podłogę ze śmiechu)!

A Wy lubicie budyń i dlaczego tak? :D

Buziaki, Mila :*

źródło zdjęcia

sobota, 12 kwietnia 2014

[Krytycznie kosmetycznie] Masło do ciała, która chyba nigdy nawet nie stało obok masła

Lud przemówił i większość z Was w ankiecie wybrała, że chciałaby zobaczyć serię Krytycznie kosmetycznie - dlatego dzisiaj pierwszy, próbny wpis z tej serii ;) Nadal zapraszam do wypełniania ankiety, która znajduje się TUTAJ, a ja w międzyczasie skrytykuję masło do ciała Bielenda 'Bawełna, skóra sucha i wrażliwa' :P

Nie lubię kiedy producenci kosmetyków obiecują kokosy, podczas gdy ich obietnice się nie sprawdzają i zamiast kokosa otrzymujesz wiórki kokosowe. Tak samo jak nie lubię, kiedy używają chwytliwych nazw, które z rzeczywistością nic wspólnego nie mają. A niestety, takie sytuacje zdarzają się nagminnie... Ale zacznijmy od początku.
Ucieszyłam się jak murzyn blaszką, kiedy na Święta dostałam w prezencie masło do ciała Bielendy. Nie jestem mega regularna jeżeli chodzi o smarowanie się, ale jak żyć bez masła do ciała? Stwierdziłam, że tak żyć nie można, jak jakiś totalny wieśniak, który nawet masła do ciała nie widział i od razu umieściłam pozycję "masło do ciała" na mojej liście życzeń.

Zadowolona z trafionego prezentu nie omieszkałam otworzyć moje pierwsze masło do ciała najszybciej jak tylko mogłam no i... czar prysnął. Zastanawiam się czy ktokolwiek w Bielendzie widział na oczy masło? Albo chociaż obok niego stał? Bo ta 'Bawełna' na pewno nie miała z masłem nic wspólnego. Ani nawet z kremem.Ani nawet z mleczkiem. Ani nawet z balsamem. W sumie to kij wie co to jest. Przypomina trochę budyń, ale nie telepie się jak się potrzęsie. A przy tym cholernie ciężko się rozprowadza po ciele i zostawia dziwną, śliską i lepką powłokę. Chyba, że jest przeznaczone dla nudystów, którzy i tak chodzą bez ubrań, więc przez kilka godzin może się wchłonie... Ale jeżeli taki był zamysł producentów to powinien o tym poinformować wcześniej. Na chwilę obecną nie wiem czy mogę się cokolwiek na temat tego "masła" wypowiedzieć, bo bardziej niż ja skorzystały na tym moje ubrania i pidżama - jeszcze nigdy nie była taka miękka i nawilżona.


Do tego to opakowanie w stylu Disco Forever. Niby zwyczajne, niby normalne, ale po co się tak mieni i świeci? Nie wiem nawet na jakiej zasadzie to działa, ale plastik jest taki jakby 'odblaskowy' i odbija światło w dziwny sposób... nie ogarniam tego, ale wygląda trochę kiczowato, przypomina trochę opakowania tanich kosmetyków z wiejskich festynów.


O konsystencji już porozmawialiśmy, o opakowaniu też, a co z zapachem? Zapach jest ważny - nawet zły kosmetyk może być dobry dla nas jeżeli ładne pachnie. I tutaj też nikt się nie popisał. Może, kiedy tworzyli te kosmetyki to wszyscy w firmie mieli katar? Kij wie, ale nie wyszło im. A jeżeli to jest zapach bawełny, to cieszę się, że nigdy nie miałam przyjemności jej wąchać. Pachnie okropnie, trochę słodko i trochę stęchlizną! Kiedy otwieram opakowanie to mam wrażenie, że otwieram drzwi do domu, gdzie mieszka staruszka i jej 50 kotów i nikt tam nie otwiera okien, a grzyb panoszy się na ścianie ( a pewnie niedługo wyewoluuje i pójdzie sobie w siną dal...).  Moja kuzynka Paula mówi, że pachnie 'jak coś takiego dziwnego, nie wie jak to określić'. Czyli albo jesteśmy rodziną hejterów, albo coś w tym jest. No cóż... szkoda, bo może zapach by uratował ten kosmetyk. Boję się go używać przez ten zapach, bo co jeżeli się tym wysmaruję i powącha mnie mój pies? Moja biedna Amberina mogłaby stracić węch...


Ponoć ma nawilżać i chronić, nawilżać nawilża moją pidżamę świetnie, ale nie wiem przed czym ma chronić? Chyba przed gwałtem, bo jak się nim wysmarujesz i będziesz pokryta lepistą warstwą to na pewno się wyślizgniesz. A może to zapach ma chronić? Przed komarami, wampirami i innymi ludźmi - gwarantuję, gdyby stworzyli perfumy o tym zapachu, to można by spokojnie ich używać do odganiania niedźwiedzi. Chociaż pewnie jakby się tym wysmarować to żadne niedźwiedź by nawet nie ryzykował podejścia. Powinno to opatentować i sprzedawać w hAmeryce.

'I tak już napisałaś cała rozprawkę hejterską' podsumowała Paula, kiedy zapytałam jej co by jeszcze można powiedzieć hmm... Tak, więc zakończę krótkim podsumowaniem.

Minusy:
- zapach morderca
- opakowanie prosto z chińczyka
- masło, które nie jest masłem ale budyniem, chociaż w sumie też nie

Plusy:
- nawilża ubrania
- jak się tym wysmarujesz to możesz pełzać po ziemi jak dżdżownica - poślizg gwarantowanym, tylko ostrożnie, bo można się gdzieś przykleić
- można postawić na półce i w końcu powiedzieć sobie "mam masło do ciała" yeaaahhh!

EDIT
Tutaj macie wizualizację tego jak można po tym maśle pełzać - przedstawia Człowiek Dżdżownica (jak zwykle na Internetach się nie zawiodłam!)


 Tym  optymistycznym akcentem kończę :)
A Wy co myślicie o tym maśle do ciała? Jak podoba Wam się pierwszy wpis z serii?

Buziaki, MilaHejt

P.S. Tak naprawdę to nie jest aż tak źle ;) chociaż cholera... zapach faktycznie odstrasza niedźwiedzie.

piątek, 11 kwietnia 2014

Oilmedica - olej kokosowy z dodatkami - włosy idealne?

Na początek prośba - proszę wypełnij ankietę na temat mojego bloga, która znajduje się TUTAJ. Dzięki temu blog stanie się jeszcze bardziej czytelniko-przyjazny :) A jeżeli już to zrobiłeś to serdecznie Ci dziękuję! 

Olej kokosowy - która włosomaniaczka o nim nie słyszała? Sprawia, że włosy są błyszczące, miękkie, nawilża skórę, leczy złamane serca i ponoć jest składnikiem soku z gumijagód ( bo do gotowania się też nadaje). Szybko się wchłania, nie brudzi, zmywa się bez problemu, leczy skórę, pozbywa się łupieżu, jest naturalnym antyperspirantem, nie tuczy, a nawet odchudza... Po prostu cudo, cudo, cudo! Ale jakoś mnie to cudo nie kręciło. Chociaż kokosy uwielbiam.
No dobra - nie przepadam za świeżym kokosem (chociaż w upalne dni, kręcąc się po włoskich festynach, strasznie kusił pokrojony w kawałki i umieszczony w małej fontannie, tak, żeby zawsze był rześki i świeży... a ja głupia się dawałam nabrać i płaciłam za niego jak za złoto, tylko po to, żeby sobie przypomnieć o tym, że NIE przepadam za świeżym kokosem), ale za to lubię wiórki kokosowe - mogłabym je wpieprzać kilogramami. Tak samo jak lubię wszelkie słodkości z kokosem (a miłość mą wyrażę znakiem mniejszości i liczbą trzy <3 ), co niestety widać w kilogramach za dużo. Uwielbiam też zapach kokosa, mogłabym się nim ćpać.

Ale jakoś szał na "O mój Boshe olej kokosowy działa i jest super i jest bardzo super i to pierwszy olej jaki każda włosomaniaczka musi mieć!" nie dosięgnął mnie. No dobra - prawie mnie dosięgnął, ale zapytałam się sama siebie 'Ok Mila, czy na pewno chcesz wydawać tyle kasy na coś, co jest takie drogie i w sumie nie wiesz czy się sprawdzi na Twoich włosach?' Nie, nie chciałam. Dlatego ten zakup ciągle odkładałam na rzecz innych olejów - i o dziwo takie myśli mnie nie nachodziły, kiedy wydawałam podobne sumy na coś innego, kobiecy mózg jest skomplikowany :>


W końcu dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu trafił do mnie olej kokosowy, a także 'Maska i odżywka do włosów' Oilmedica, czyli olej kokosowy plus 8 składników odżywczych. A co to za składniki? A takie:

Cocos Nucifera (Coconut) Oil - czyli olej kokosowy o właściwościach magicznych
Heliananthus Annus Seed Oil - olej z nasion słonecznika
Ricinus Communis (Castor) Seed Oil - olej rycynowy
Emblica Officianalis - liściokwait garbnikowy czyli... amla
Avena Sativa Kernel Extract- ekstrakt z ziarna owca
Lawsonia Intermis Extract - ekstrakt z lawsonii (roślina z której produkuje się hennę)
Centella Asiatica Extract - ekstrakt z wąkrotka azjatyckiego
Rosmarinus Officianalis Leaf Extract - ekstrakt z liści rozmarynu 
Cymbopogon Schoenanthus Oil - olej z trawy cytrynowej
Citrus Medica Limonum (Lemon) Peel Oil - olej ze skórki cytryny
Ascorbyl Palmitate - przeciwutleniacz
Citral - składnik kompozycji zapachowej
Citronellol - składnik kompozycji zapachowej
Eugenol - składnik kompozycji zapachowej (ma działania antyseptyczne)
Geraniol - składnik kompozycji zapachowej
D-limonene - składnik kompozycji zapachowej
Linallol - składnik kompozycji zapachowej


A jak z działaniem? Jak dla mnie - prawdziwe cudo! Naprawdę! Nie wiem czy to zasługa magicznego oleju kokosowego czy niezwykłego połączenia tych wszystkich składników, ale po tej odżywce włosy są super. Chociaż może słowo 'odżywka' czy 'maska' nie jest najtrafniejsze, ponieważ Oilmedica nakłada się tak jak każdy inny olej - przed myciem, ewentualnie kroplę po. Włosy są po nim dociążone, sprężyste, błyszczące i UWAGA UWAGA kręconowłose - stosowałam go na baaardzo kręconych włosach mojej szwagierki i zero puchu, zero problemów, podkreślił mocno skręt. Tak, więc może przez inne składniki sprawdzi się dobrze też na innych kręconych włosach? 


Poza tym, tak jak olej kokosowy ma stałą postać, ale wystarczy odrobina ciepłej wody i szybko się rozpuszcza. Po rozpuszczeniu ma lekko żółtawy kolor, konsystencję ma jak każdy inny olej. Zapach mocno cytrynowy, świeży i bardzo przyjemny :) Jest także bardzo wydajny. Opakowanie poręczne,wygodne i graficznie ładne. Kosztuje około 20 zł / 200 ml. Myślę, że warto zainwestować.
Żałuję, że tak późno sięgnęłam po olej kokosowy - w tym wypadku nie w czystej postaci, ale na pewno w bardzo przyjemniej postaci :) Kolejny raz się okazuje, że jeżeli na coś jest szał to nie dzieje się to bez powodu :D

A jaki jest Wasz ulubiony olej? Znacie ten olej Oilmedica?

Buziaki, Mila

czwartek, 10 kwietnia 2014

A może odpowiecie na kilka pytań? Czyli pomóżcie blogerce!

Uffff... po wielu bojach, nerwach i problemach z Internetem w końcu udało mi się utworzyć tą cholerną ankietę :P Chciałabym poprosić Was o jej wypełnienie - nie jest długa, a pomoże mi naprawdę bardzo, bardzo mocno! 

Nie musicie odpowiadać na wszystkie pytania, nie ma obowiązkowych odpowiedzi :)

Z góry dziękuję każdemu kto poświęci chwilę czasu na wypełnienie tej ankiety :)

Buziaki, Mila

 

wtorek, 8 kwietnia 2014

Afera z BingoSpa - czyli seksizm w reklamie

Ponoć żyję samymi aferami. To prawda, bez afer nie ma Mili! A, że jestem zazwyczaj na bieżąco to dzisiaj zobaczyłam, że w Internetach rozkwita aferka z firmą BingoSpa - że niby seksizm, poniżanie kobiet i już nigdy więcej nie kupię waszych kosmetyków! A o co kaman? O to, co zobaczyły kobiety na swoich mailach, czyli niby zwykły mailing :


Co widzimy na załączonym obrazku? Ja widzę kobietę, której służący (no bo tak jest ubrany, a ona na biedną nie wygląda) zrobił masaż i ona mówi do niego "Dzisiaj będzie na twarz, skarbie" w sensie - będziesz mi dzisiaj robił zabieg na twarz bejbe - kramy, maski, sera, kolagany i gówno słowika. 
Ale ja to ja i ze zdumieniem odkryłam, że większość osób odczytało to jako, że służący mówi do bogatej babki "Dzisiaj będzie na twarz, skarbie" w sensie spuszczę Ci się na twarz. A pisząc spuszczę mam na myśli - po dokonaniu czynności seksualnych moja sperma trafi na twoją twarz...

Seriously? Yyyyy... nie wiem kto wpadł na pomysł takiej interpretacji.. bo ja za cholerę sobie tego nie mogę tak wyobrazić. Nie mogę i tyle. Ponoć głodnemu chleb na myśli. Ja takich skojarzeń nie potrafię mieć. 

Zresztą firmy szczują cycem i to nie mało - co się dziwić skoro dobry cyc nie jest zły?Jakoś o te reklamy firmy nikt się nie oburzył:




Dlaczego? Chyba dlatego, że naga czy półnaga kobieta nie robią na nikim wrażenia, codziennie widzimy ten obrazek i nie rusza nas to, nawet nie zatrzymujemy wzroku na tym... ale ktoś przyczepił się sugestii, która być może nawet nie była sugestią i jest afera. Dodam, ze BingoSpa to nie odosobniony przypadek, bo ciężko znaleźć firmę, która nie stawia na fajne kobiecie kształty i seksualne sugestie. 

Zresztą, jeżeli ktoś chce dorobić sobie teorię to ją sobie dorobi, cokolwiek przedstawia reklama. Śmieszy mnie ogólne oburzenie, krzyk i masowe zamieszczanie komentarzy typu : już nigdy więcej u was nic nie kupię czy mam nadzieję, że stracicie wszystkie klientki, ktoś nawet napisał, że cofnął like'a na fb (!!!!! dla mnie to jest strasznie "cofnęłam like".... o boshe, dokąd zmierzasz świecie?). Albo mój hit - musiałam zdezynfekować miejsce na wannie, gdzie stał żel do mycia twarzy waszej firmy... umarłam dwa razy jak to przeczytałam, naprawdę... jakby co najmniej BingoSpa ogłosiło, że "dzisiaj będzie do twojego żelu do twarzy, skarbie".
Kurcze, jestem pewna, że specjaliści w BingoSpa zjadają sobie już ołówki i paznokcie myśląc jak wyjść z tego kryzysu ;>

Nie jestem miłośniczką BingoSpa, nawet nie miałam nigdy żadnego ich kosmetyki, ale wielu osobom przydałoby się wyluzować i nie szukać drugiego dna, tam gdzie go nie ma. Czy ta reklama ma seksualne sugestie? Dla mnie nie, ale jeżeli dla kogoś tak - to czy seks jest czymś poniżającym dla kobiety? Bo chyba o to się rozchodzi, że "na twarz" jest takie poniżające i obrażające dla kobiet... jeżeli seks jest dla ciebie poniżający to robisz to źle ;) 

A Wy co o tym myślicie?

Buziaki, Mila :) 

P.S. Dodam jeszcze jedno - to jest mój blog i moje zdanie, jeżeli się z nim nie zgadzasz to podziel się tym - dyskusja i wymiana zdań na poziomie jest zawsze mile widziana :) 

sobota, 5 kwietnia 2014

Loki na tampony... wtf?

Po prawie czterech latach interesowania się włosami, dbaniem o włosy i łykaniem każdej informacji na ich temat myślałam, że widziałam już wszystko o włosach. Ale chyba nie... doszłam do wniosków, że w pewnym punkcie, kiedy myślisz, że wszystko wiesz i wszystko widziałeś twoja czasoprzestrzeń zaczyna się zaginać i zawracać i nagle zaczynasz dowiadywać się coraz dziwniejszych informacji na temat włosów i ich pielęgnacji oraz stylizacji. Moje ostatni odkrycie? Loki zakręcane na tampony. Czyli rzecz jakiej jeszcze w internetach nie widziałam.


Na szczęście na nowe tampony, nie używane (Bogu dzięki!), ale kurcze... no nie wiem... jakieś dziwne uczucie... na prezerwatywy też można zakręcić loki, pewnie wyszłyby bardzo ładne i drobne, a do tego prezerwatywy są już mokre hmmm... 

Jeżeli chcecie zobaczyć cały filmik, to zamieszczam go niżej. Podziwiam entuzjazm tej dziewczyny, ja bym tak nie potrafiła :P 
Jakie piękne loki, jak je zrobiłaś?
Tamponami! 


A może podoba Wam się ten sposób i spróbujecie? :P Ja raczej nie, bo mąż chyba zamknąłby mnie w psychiatryku, gdybym zaczęła zakręcać sobie włosy na tampony... jednak wolę loki na chusteczkach nawilżanych KLIK. Ale do odważnych świat należy ! :D 

Buziaki, Mila :)

piątek, 4 kwietnia 2014

Słodko-gorzkie rozczarowanie, czyli PinkJoy - włoskie kosmetyki

Dzisiaj będzie o PinkJoy, to pudełko które w każdej edycji oferuje kosmetyki z różnych krajów. Od pudełku usłyszałam od BeautyLiving, która zapytała mnie czy we Włoszech są kosmetyki, którymi warto się zainteresować? Są i to nie mało, ale o tym w jakimś innym wpisie (na pewno niedługo się pojawi, za chwilę rozpocznie się sezon wakacyjny, więc warto taki wpis umieścić, może któraś z Was będzie wybierała się w tamte rejony).


Szczerze to w pudełku PinkJoy spodziewałam się jakiejś na naprawdę włoskiej firmy, która jest przesiąknięta aromatem pizzy, spaghetti i Lamborghini (które czyta się lamborgini, a nie lambordżini, gdyby druga forma była poprawna to na makaron byśmy wołali spadżetti - taka ciekawostka językowa), jak Felce Azzurra.... a co tam znalazłam? O tym za chwilkę. Zacznijmy od początku.

Ze szczęściem przeczytałam wiadomość o tym, że pudełka zostały wysłane. Moje pierwsze pudełko niespodzianka, wow! Emocje jak nigdy, tak samo jak emocje przy otwieraniu, dreszczyk emocji i podniecenia. Pudełko nie było różowe :( i chociaż przeprosiło, to sorry pudełko - ale nie wybaczam. Miało być różowe... ale przynajmniej przypomina mi pudełko do pakowania pizzy na wynos, może to specjalnie? Karton jest taki sam, zapach podobny, wiem, bo pracując we Włoszech w pizzerii składałam też te pudełka (a ja głupio myślałam, że te pudełka przyjeżdżały już złożone... nie, nie, za każdym pudełkiem jest praca biednego kelnera!). No nic, jakoś to przebolałam.


Wnętrze za to bardzo wiosenne, z serduszkiem (też cię kocham pudełko!). No i kosmetyki! Najpierw dorwanie kartki ze spisem kosmetyków, potem szczęście a za chwilę... czekaj, czekaj... czy nie jest ich za mało? Nie wszystko się zgadza, chociaż spodziewałam się, że próbki będą trochę większe, tak jak w rosyjskiej edycji PinkJoy. A co znalazłam w środku?



 Tutaj macie opisy kosmetyków wg producentów:


No i moje odczucia:


1. Żel do mycia ciała Omnia Botanica, mięta i róża. Bezpieczny wybór, w końcu chyba każdy się myje (chyba, mam nadzieję). Zapowiada się obiecująco, zapach cieszy, może się polubimy. Firmy nie znam, pierwszy raz widzę, zapytałam męża - nie zna, szwagierki - nigdy nie słyszała. Ale to chyba jakiś luksusowy kosmetyk, bo pół litra żelu pod prysznic Dove kosztuje nigdzie więcej niż 2 euro, a tutaj za 200 ml wołają ponad 5 euro...
2. MB Nail Lab - wysuszać do lakieru w zakraplaczu. Nie spodziewałam się, ale niedawno myślałam, żeby nabywać takie cóś... przyda się, ale przecież nie każda dziewczyna maluje paznokcie ;) Firmy nie znam...a to ta sama firma co następna - nie wiem, czemu na kartce przekonują nas, że to nie to samo - to samo, tylko inna linia Miss Broadway.
3.Eyeliner w pędzelku Miss Broadway. No cóż, kolorówki się nie spodziewałam, ale nie można zaprzeczyć - włoskie kosmetyki kolorowe są znane i lubiane... Ale w życiu też o tej firmie nie słyszałam. Mąż nie słyszał, szwagierka nie słyszała, nie mam nikogo innego kogo bym mogła zapytać. Ale sprawdziłam na FB, ponad 70 tys. polubień, czyli znani są.
4.Omnia Botanica, krem do twarzy z olejkiem arganowym (próbka). Czekaj, czekaj.. znowu ta sama firma? Fajnie gdyby to nie była próbka.. a nie sorry - miniprodukt! Fajnie gdyby to nie był miniprodukt :> Spodobało się mi za to zamknięcie, no i próbka  miniprodukt jest dosyć spory.

No i dodatkowo dwa polskie kosmetyki na światowym poziomie, a raczej ich próbki miniprodukty (dorzucane do każdego pudełka) czyli:
5. Mydełko Scandia Cosmetics, mandarynka z bergamotką. Za zdjęciu się ukryło. Faktycznie jest małe, ale zużyję je do rąk.
6. The Secret Soap krem do rąk gorzka czekolada z pomarańczą - może na raz wystarczy.

A na osłodę dorzucili jeszcze przepis na Panna Cotta.
No cóż... nie jestem rozczarowana zawartością pudełka, bo mi pasuje - używam eyelinery, wysuszać spadł mi jak z nieba, a inne produkty też ciekawe i fajne. Tylko kurcze, wyszło na to, że we Włoszech nie maja ciekawych kosmetyków do zaoferowania, jakby ten kraj był jakiś ubogi kosmetycznie. Dzięki temu pudełku poznajemy tylko dwie marki, szkoda, można było zrobić o wiele więcej.
Kolorówka jest na pewno kontrowersyjnym tematem - wcześniej wiele osób narzekało, że nie było rosyjskiej kolorówki, teraz narzekają, że pojawiła się włoska... nie dogodzisz :D Mi to nie przeszkadza, chociaż jakbym się nie malowała ani nie używała lakieru to bym była nieźle wkurzona. Moim zdaniem takie pudełka albo powinny stawiać na pielęgnację, albo na kolorówkę... albo chociaż informować ile będzie kolorówki w środku.

Czy skusze się na następne pudełko? Jeżeli jakiś kraj mnie zainteresuje to tak... no może nie tak od razu, odczekam sobie jeszcze edycję albo dwie i zobaczę czy będzie pojawiać się więcej różnorodnych firm w jednym pudełku. Powtarzam jeszcze raz - nie jest źle, ale mogli znaleźć o wiele więcej fajnych, włoskich firm, które oferują naprawdę super kosmetyki w niższych cenach.

A Wy co myślicie o pudełkach? Lubicie dreszczyk emocji, czy wolicie wiedzieć co kupujecie? Spodobał Wam się jakiś produkt z tego pudełka?

Buziaki, Mila :)


środa, 2 kwietnia 2014

Ogórkowa świeżość w butelce - płyn micelarny Dermedic, Hydrain 3 Hialuro

Dermedic, Hydrain 3 Hialuro trafił do mnie jeszcze jakoś w tamtym roku i ponurej zimy dał mi trochę wiosny, wszystko przez jego zapach. I chociaż w składzie ogórka nie ma to dla mnie pachnie przepięknie, świeżo i ogórkowo! Od razu po jego użyciu mam wrażenie odświeżenia, naprawdę super, a przy tym zapach nie jest duszący czy zbyt intensywny.


Co obiecuje producent i jak ma się to do rzeczywistości? (Zmieniłam trochę sposób opisów kosmetyków, to co obiecuje producent zaznaczone jest na szaro i kursywą, moje na czarno)

Płyn micelarny H2O zmywa makijaż i wszelkie zanieczyszczenia, pozostawiając uczucie świeżości i czystości - micele estrów kwasów tłuszczowych `przyciągają` zanieczyszczenia bez potrzeby nadmiernego tarcia skóry wacikiem.
Zanieczyszczenia oczyszcza bardzo dobrze, uwielbiam go w tej roli! Ale z makijażem sobie tak dobrze nie radzi... ma problemy z pogrubiającymi lub wodoodpornymi tuszami, także z kredką i eyelinerem ma mały problem, po prostu potrzeba mu więcej czasu. Ale z podkładem i cieniami radzi sobie idealnie. Ogólnie jestem na tak!
Nie podrażnia oczu - hypoalergiczny - czystość, jaką daje woda termalna nie powoduje podrażnień.
Nie wysusza skóry - Hyaluronic Acid - kwas hialuronowy, kompleks Hydroveg VV - zmiękczają i utrzymują nawilżenie warstwy rogowej skóry.
Faktycznie, nie podrażnia oczu, jest bardzo delikatny dla oczy oraz ich okolic. Biedronkowy micel podrażniał mi te okolice, za to Dermedic sprawdza się idealnie.
Nie zatyka porów. Nie pozostawia filmu na skórze.
Zawiera wodę termalną ze źródeł Uniejowa. 
Całkowicie się zgadzam! Zero zatykania, zero filmu.
Dodatkowo po jego użyciu często nie muszę sięgać też po krem do twarzy, ponieważ zapewnia delikatne nawilżenie. 


Butelka jest porządna, nic się nie wylewa, a zamknięcie na pstryk dobrze trzyma. Butelka 200 ml kosztuje około 20 - 25 zł. Jak dla mnie to trochę dużo... ale za taki efekt warto zapłacić!
Moja ocena to 10/10 - mimo, że nie rozpuszcza od razu wodoodpornych kosmetyków i pogrubiających tuszy to nie podrażnia ( a nawet łagodzi podrażnienia), doskonale oczyszcza, nawilża skórę i jeszcze ten świeży zapach - naprawdę idealny!

Dla zainteresowanych skład:
Aqua, Glycerin, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Sodium Hyaluronate, Urea, Diglycerin, Sodium PCA, Hydrolyzed Wheat Protein, Sorbitol, L-Lysine, Allantolin, Lactic Acid, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Parfum, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol.

A dla przypomnienia - TUTAJ recenzja micelarnego płynu Be Beauty z Biedronki, który niekoniecznie tak dobrze się u mnie sprawdził.

Znacie firmę Dermedic? Ich inne kosmetyki też są takie udane?


Buziaki, Mila :) 

wtorek, 1 kwietnia 2014

Zapasy a zbieractwo kosmetyczne

Mniejsze lub większe zapasy kosmetyków ma chyba każda z nas. Zapasy pasty do zębów, żelu pod prysznic czy szamponu ratują nas przed gorączkowym biegiem do sklepu, kiedy coś jest potrzebne na teraz. Poza tym co jakiś czas trafi się jakaś promocja, obniżka, gratisy i w ten sposób zapasy robią się naprawdę spore. A potem szybko z zapasów przejść w zbieractwo kosmetyczne - kiedy mamy o wiele za dużo kosmetyków.


Lubię mieć świadomość posiadania zapasów kosmetyków, lubię wiedzieć co na mnie czeka, motywuje mnie to do szybszych zużyć, ale szybko z małego zapasu robi się duży zapas, a potem zaczyna się zbieractwo.
Mam 14 żeli pod prysznic, 5 dezodorantów, 6 kremów do twarzy i 9 balsamów do ciała, ale teraz w Rossmannie jest super promocja, to dokupię jeszcze na zapas. 
Takie słowa może wypowiedzieć kosmetyczny zbieracz i najczęściej tak to działa. Zbieractwo zaczyna się w momencie, kiedy mamy za duże zapasy (czyli jakie? Jak dla mnie takie, które spokojnie wystarczą nam na 3 miesiące), czasami są to zapasy nawet na kilka lat (!!!), których większość będzie prawdopodobnie przeterminowana zanim je otworzymy. Zbieractwo jest złe. Zbieractwo jest przyczyną tego, że po wejściu do drogerii po pastę do zębów wychodzimy z reklamówką kosmetyków, które nie są nam potrzebne ani teraz ani w najbliższym czasie, a do tego wydajemy dużo kasy na nie. Na końcu zamiast oszczędzać, wydajemy więcej.



Promocje są fajnie, pomagają zaoszczędzić i pozwalają nam na zakup czegoś więcej. Ale promocje to też przekleństwo dla zbieracza kosmetyków. Żel w promocji, tusz do rzęs w promocji, lakier do włosów w promocji, szampon w promocji i setki innych - wszystko to kusi, a zbieracz lubi być na bieżąco, lubi wiedzieć co się dzieje w jakim sklepie i nie boi się nadrobić kilka kilometrów tylko po to, żeby kupić dodatkowe kosmetyki.A punktem tego wszystkiego jest to, że te kosmetyki nie są mu potrzebne! I to jest w sumie największy problem, wydawanie kasy na coś, czego nie potrzebujemy.

Optymalną sytuacją jest posiadanie tylko jednego kosmetyku w zapasie, ale to trudne, bardzo trudne. Wiem o tym doskonale, bo sama mam trochę większe zapasy.

Kiedy, więc mamy za dużo?
Wtedy, kiedy czujemy, że mamy za dużo. I na pewno to czujemy, bo każdy zbieracz prędzej czy później zaczyna mieć wyrzuty sumienia (które potem próbuje zadusić, tłumacząc się z zakupów...). A jeżeli nie potrafimy tego wyczuć, to warto określić sobie zapas, na np. 3 miesiące - czyli jeżeli zużywamy jeden żel na miesiąc, to w zapasie nie możemy mieć więcej niż trzy. Warto o ograniczeniu zapasów poinformować także innych, dzięki temu mamy wsparcie. A poza tym wyrzucić z newslettera Rossmanna, Hebe i inne drogerię. Nie sprawdzać gazetek i nie żyć promocjami!
Zbieractwo zawsze powoduje wyrzuty sumienia, zbieractwo często wiąże się też z kłamstwem - bo jak się wytłumaczyć facetowi z tego, że kupiłyśmy kilkadziesiąt kosmetyków w zapasie? Jakim cudem znalazły się w naszej szafce no i co najważniejsze - po co się tam znalazły, skoro mamy już bardzo duże zapasy?


Jakie są moja zapasy? W niektórych rzeczach za duże, w niektórych w sam raz. Przedstawiam tutaj tylko zapasy kosmetyków pielęgnacyjnych, bo wszystkie kolorowe są w użyciu (a mam ich dużo, za dużo, ale już od dawna nic nie kupuję), ale na dniach zrobię taką listę kosmetyków kolorowych. Kosmetyki w nawiasie to liczba aktualnie otwartych kosmetyków z tej kategorii, czyli totalny numer to liczba bez nawiasu plus ta w nawiasie.

Balsamy do ciała: 2 (1)
Balsamy modelujące: 2 (0)
Żele pod prysznic: 6 (2)
Peelingi do ciała: 1 (1)
Dezodoranty: 1 (2)
Kremy do twarzy: 1 (2)
Kremy pod oczy: 0 (2)
Żele do mycia twarzy: 1 (1)
Płyny micelarne: 1 (2)
Balsamy do ust: 0 (3)
Szampony: 1 (1)

Suchy szampon: 0 (1)
Odżywki: 1 (2)
Olejki do ciała i włosów: 0 (7)
Maski do włosów: 0 (2)

Mydła do rąk: 2 (1)
Kremy do stóp: 0 (2)
Kremy do rąk : 2 (1)

Mokre chusteczki: 2 (2)

To pewnie nie wszystkie kosmetyki, wpisałam tylko te kategorię, jakie przyszły mi do głowy.
Jak widać większe problemy niż z zapasami mam z używaniem otwartych kosmetyków, walczę z tym i otwieram nowy kosmetyk, dopiero wtedy, kiedy zużyłam wszystkie otwarte z tej kategorii. Jak widać najwięcej mam olejków do włosów i ciała :D A w zapasach najwięcej żeli po prysznic - dałam ponieść się promocji ;) czego w sumie żałuję, bo to dla mnie ponad pół roku zapasu, stanowczo za dużo.

A jakie są Wasze zapasy? Jesteście bardziej zbieraczami, czy wolicie mieć mały zapas?

Buziaki, Mila

Wszystkie zdjęcia pochodzą z serwisu weheartit.com
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...